Przyznaję, że doszło do sporu między mną, a prof. Robertem Trabą, Dyrektorem Badań Historycznych Polskiej Akademii Nauk w Berlinie. A właściwie to były zarzuty skierowane ku mojej osobie.
Chodziło o konferencję w dn. 14 września 2016 r. w siedzibie Polsko-niemieckiej Fundacji Pojednanie (Stiftung Polnisch-Deutsche Aussöhnung) przy ul. Zielnej w Warszawie: „Polska i niemiecka narracja historyczna-kody pamięci”. Otworzył ją prof. dr hab. Krzysztof Miszczak, Dyrektor oraz członek Zarządu Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. Moderatorem był red. Marek Zając, sekretarz Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej. Pierwszy panel poświęcono „Falsyfikacji kodów pamięci w Europie”. Kody pamięci to pomysł prof. dr hab. Artura Nowaka-Far z Instytutu Prawa Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.
Profesor stwierdził, iż zajmuje się tą tematyką od 2013 r. Mówił, że chodzi o aspekt miedioznawczy, prawny i językoznawczy. Włączamy w nasze badania także ludobójstwo ormiańskie. Chodzi o skróty myślowe i pamięci jak są traktowane ważne wydarzenia historyczne. A dlaczego to robimy i z jakiego powodu jest to tak istotne? Nie możemy nikogo pozbawiać ich własnych rozliczeń, także katów. A z drugiej strony co mamy przekazać naszym wnukom? Jest to istotne dla samej prawdy i nawet dla dziejów ludzkości. Jeśli były niemieckie obozy koncentracyjne to kodem mają być właśnie „niemieckie obozy koncentracyjne”. To bardzo szczególne dla przyszłości. A dlaczego mamy to badać? By nie nastąpiło wyzbycie się odpowiedzialności przez katów i przypisywanie jej ofiarom. Żyjemy w kulturze Google’a”. I Polska na tym cierpi. Bo jeśli kłamstwo powtarza się wiele razy, to ono tkwi w pamięci innych. I to na całym świecie. Niedawno pojawiło się określenie: „polska Treblinka”. Ile wysiłku, ile pracy będzie wymagało to by doszło do wiedzy bardzo wielu osób na całym świecie jak było naprawdę?
Pisałem o tym w artykule: „Wyzbycie się odpowiedzialności przez katów i przypisywanie jej ofiarom?”, który ukazała się na sdp.pl 19-09-2016 r.
Przypomniałem też wystąpienie prof. dr hab. Ruth Leiserowitz, z-cę dyrektora niemieckiego Instytutu Historycznego w Warszawie. Podkreślała, że zawód historyka się zmienia, to co piszą o ważnych i istotnych wydarzeniach historycznych się zmienia i to zależy...uwaga! od okresów koniunktury na scenie politycznej, a nawet nastawienia i zapotrzebowania społecznego. Wszyscy w tym bierzemy udział poprzez publikowanie książek, występowanie w mediach z różnymi tezami, obrona własnych, atakowanie cudzych poglądów. Pamięć „per se”, jak się wyraziła pani profesor z gruntu jest zafałszowana. Bo należałoby przyjąć, że jest ktoś, kto wie, co było prawidłowe albo jak to było naprawdę. Dziś historyk inaczej pracuje, przyjmuje odmienne perspektywy i przyjęło się zaniedbywania, czy po prostu opuszczanie pewnych narracji.
Jako przykład podała byłe Prusy Wschodnie i jak traktuje się ich dzieje we współczesnych Niemczech. Sielankowo. O tym jak sielankowo się tu mieszkało przed wojną, ukazują się albumy z pięknymi pałacami i cudnymi krajobrazami. Dużo jest literatury na ten temat. W telewizji ukazują się regularnie programy na ten temat. Ale to jedna strona-podkreślała pani profesor. Nikt nie przypomina o tym jak się zmienił zasięg terytorialny Prus Wschodnich po przegranej Polski w 1939 r. Włączono północne Mazowsze z Ciechanowem (nazwę zmieniono na Zichenau) i Płockiem (Schröttersburg). Osiedlanie Niemców na tym obszarze, wyrzucano Żydów. Miasta miały zmieniać swój charakter. Przez wiele lat nikt o tym nie mówił Niemczech. Okazało się , że mamy znakomitą liczbę akt i to z uwzględnieniem tych ziem. I są podstawy by zacząć dyskusję na ten temat. I nie przemilczać go.
Profesor R. Traba mówił do mnie na innej, październikowym spotkaniu poświęconym wydanej książce: „Polsko-niemieckie miejsca pamięci 2007-2015” (Deutsch-polnische Erinnerungsorte 2007-2015), w obecności red. Adama Krzemińskiego, który jest znawcą problematyki niemieckiej, iż to była to zła konferencja, nie przynosząca korzyści. I ja nie powinienem powoływać się na jej efekty. Tak, to było powiedziane publicznie, ale ogólnie, bez żadnych konkretów, jakie dokładnie to są zarzuty. Kilka osób, które były obecne później mówiły mi o swoim zaskoczeniu dlaczego tak ważnej konferencji odmawia się jej niewątpliwie istotnego znaczenia.
Dodam, że mówiłem w październiku 2016 r. o tłumaczeniu przed Sądem Rejonowym w Moguncji (Amtsgericht in Mainz) red. Malte Borowiacka, iż to, że na oficjalnej stronie drugiego programu niemieckiej telewizji publicznej ZDF (Zweites Deutches Fernsehen) ukazał się artykuł ze zwrotem: „polskie obozy zagłady w Majdanku i Auschwitz” z powodu francuskiej Agencji ARTE?
Uczestniczyłem w tym posiedzeniu z radcą prawnym Lechem Obarą i razem działaliśmy w imieniu Kancelarii Radców Prawnych „Lech Obara i Współpracownicy” w Olsztynie i Stowarzyszenia olsztyńskiego „Patria Nostra”, odważnie od lat angażującego się w obronę prawdziwie polskich i patriotycznych racji.
Jak wyjaśniał dziennikarz ZDF tak ufała Francuzom, że bez żadnych zmian, u siebie zamieściła to, co przygotowała ARTE. Czyli, to co napisała ta agencja automatycznie znalazło się u Niemców?! Czy można w to uwierzyć, że na stronie internetowej zamieszcza się coś, czego nikt nie czytał i sprawdził w ogóle, co tam jest napisane? I wcale nie chodzi o cenzurę, ale o o d p o w i e d z i a l n o ś ć! Tak, dziennikarską odpowiedzialność! ZDF nie mogła tego „zwalić” na ARTE, bo to ukazało się u nich w takim kształcie. Jak się nie pilnuje zasadniczych dziennikarskich standardów, to trzeba „beknąć”. Sorry panowie! Ale, to Wy Niemcy za to odpowiadacie.
Takie lekceważące odniesienie do tych dziennikarskich zdarzeń z „polskie obozy” widać nie tylko z profesorskich wypowiedzi. ”Rzeczpospolita” w wydaniu z 31 maja 2017 r. napisała o „Polskie obozy” w niemieckich podręcznikach historii”. I to u renomowanego wydawcy Ernst Klett Verlag. Jego podręczniki historii od 2009 r. informują o „polskich obozach” i „polskich gettach”. I to w książkach dla 11 i 12 klasy. Obowiązują w Bawarii i innych landach RFN. Autor Piotr Jendroszczyk podaje, że w rozmowach z niemieckimi dziennikarzami słyszał, że termin „polskie obozy” jest nieprawdziwy, ale jest to określenie geograficzne?! I tu jest owo drugie, podwójne dno. W latach 1939-1945 Polski jako takiej nie było. Na geograficznych mapach było przecież „Deutsches Reich” i Generalgouvernement-Generalne Gubernatorstwo, a nie Polska (Polen).
W artykule „Gdzie ci niemieccy dziennikarze, dlaczego opinia publiczna milczy?” z 30-01-2017 r. na łamach sdp.pl odwoływałem się do wypowiedzi publicysty i dziennikarza Kazimierza Wóycickiego. Pytał mnie byśmy my Polacy sobie nie szkodzili, czepiając się używanych przecież wciąż za Odrą zwrotów o „polskich obozach”. „Rzeczpospolita” napisała: „Brak podstawowej znajomości historii, niedbalstwo, bezmyślność, brak wyobraźni i oczytania oraz zwykła nierzetelność...zdarza się i celowe fałszowanie historii w określonych środowiskach, którym ułatwia (dodajmy i to bardzo) zadanie obecność „polskich obozów” w mediach.
„Rzeczpospolita” cytuje na koniec wypowiedź prof. Traby:
-Uczestnicząc przez wiele lat w spotkaniach z uczniami, nauczycielami i środowiskami edukacyjnymi, nie spotkałem się z przypadkiem niewiedzy co do tego, kto stworzył obozy zagłady-tak dyrektor Centrum Badań Historycznych PAN w Berlinie.
To skąd są te zwroty o „polskich obozach”? I dlaczego Centrum Badań Historycznych PAN w Berlinie nie wystąpi o wycofanie podręczników fałszujących dzieje II wojny światowej. Chyba nie trzeba dodawać, że najwięcej wiedzy czerpiemy z podręczników w szkole. A te jak widać w Niemczech wciąż podają fałsz i nieprawdę! Czy mamy tak to zostawić, bo dyrektor jednej instytucji „nie spotkał się z przypadkiem...”?! Czy jak się działa w Berlinie, to nie chodzi także przede wszystkim o obronę polskich racji?!
Andrzej Dramiński
