Miałem tej książki nie czytać, bo wiedziałem, co w niej znajdę; wiedziałem, bo tzw. wróble wszystko wyćwierkały. Ale że dziennikarze i publicyści za często mówią o czymś, czego nie znają, koniec końców postanowiłem przeczytać. Żeby jednak wiedzieć.

Książka, o której mówię, nosi tytuł „Ziarno prawdy”. To „kryminał” Zygmunta Miłoszewskiego, wydany przed kilku laty przez oficynę WAB.

Od zawsze kocham powieści kryminalne, więc i wspomnianą powieść Miłoszewskiego przeczytałem do końca, choć „po drodze” dwukrotnie miałem ochotę rzucić tę literacka szmirę i ohydę w diabły i jak najszybciej o niej zapomnieć. Doczytałem jednak – i dobrze, na końcu okazało się bowiem, że autor najwyraźniej zgubił gdzieś tzw. piątą klepkę i mordercą uczynił… jedną z wcześniejszych ofiar! Świetnie spisywali się prokurator Szacki i jego liczni pomagierzy, nie ma co. Takie asy – a identyfikacji zwłok przeprowadzić porządnie nie potrafili…

Ale może po kolei. Powieść Miłoszewskiego to najohydniejszy z możliwych antypolski i antykatolicki rzyg. Cokolwiek się tam zdarza ważnego – jest odorem tych pisarskich rzygowin przesiąknięte: Sandomierz zamieszkują same kreatury, pozerzy, oczywiście antysemici i w ogóle żydożercy. Do tego obskuranci, ciemnogrodzianie, ohydne typy. Miasto zaś samo – to matecznik antysemityzmu, żydobójstwa, obłudy; nie pomaga nawet urokliwy pejzaż sandomierski – bohater docenia go tylko raz, bliżej końca powieści. Wcześniej patrzy na uliczki, zaułki, zabytki z jakimś trudnym do uzasadnienia wewnętrznym obrzydzeniem, no, co najmniej z oporem. Dotyczy to szczególnie sandomierskiej katedry, całej wypełnionej ohydnymi obrazami, ze szczególnym uwzględnieniem „dumy” tej świątyni - jakiegoś hiperrealistycznego XVIII-wiecznego bohomazu, obrazującego żydowskie zezwierzęcenie, mordy rytualne, zabójstwa chrześcijańskich dzieci etc. etc. Rozpłatane brzuchy, noworodki gotujące się w kadzi z krwią, poodcinane chrześcijańskie głowy – ten obraz był przez lata chlubą Sandomierza, aż ktoś się zreflektował i obraz zasłonięto jakąś materią, wieszając na niej – co?! Oczywiście portret Jana Pawła II! Ot taka normalna katolicka obłuda…

Skumulowanie takiej i podobnej antypolskiej ohydy wydaje się chwilami jakimś sennym koszmarem. Po co to? Albo: więc można aż tak? Z taką dozą pogardy, nienawiści, najwymyślniejszych łgarstw wobec ziomków? Wobec swego kraju?

Ale bądźmy sprawiedliwi – są w książce Miłoszewskiego postacie sympatyczne. To dwie panie prokuratorki (w tym przełożona Szackiego) oraz jedna sędzina. I nie może być inaczej, skoro te panie jedna za druga lądują z Szackim w łóżku, przejawiając przy tym trudne do wcześniejszego odkrycia talenty seksualne. Jedna z tych pań jest do tego mężatką, i to w gruncie rzeczy szczęśliwą. Szacki poznaje z czasem także jej męża, sympatycznego sybarytę – ale to mu wcale nie przeszkadza nadal kopulować z „koleżanką po fachu”. No, skoro jej to nie przeszkadza, a mąż o niczym nie wie…

Z uporem maniaka Miłoszewski usiłuje sprawiać w swej powieści wrażenie, że zbrodnie (jest ich kilka) to dzieło jakiegoś Żyda – nienawistnika; mordy stylizowane są na tzw. mordy rytualne. Prokurator Szacki idzie z początku tymi tropami, choć w nie nie wierzy. Ale jako dochodzeniowiec sumienny nie może od takich tropów abstrahować, tym bardziej że te partie dają autorowi świetną okazję do podsycania polsko – żydowskich resentymentów, rzekomo ciągnących się przez stulecia, a o to generalnie idzie w całej powieści „Ziarno prawdy”. Swoją drogą tytuł – na zasadzie a rebours – pasuje do książki jak ulał.

Sandomierz Miłoszewskiego to w świetle omawianej powieści jądro ciemności polskiego antysemityzmu i obskuranctwa. Przy okazji można więc napluć na wszystko – nawet na Artura Żmijewskiego, czyli sandomierskiego filmowego „Ojca Mateusza”, sportretowanego w książce wyjątkowo ohydnie, łącznie z insynuacjami, które podpadają zapewne pod kodeks karny. W ogóle gdybym był prezydentem czy burmistrzem Sandomierza, podałbym Miłoszewskiego do sądu, wizerunek tego starego i pięknego miasta jest bowiem w „Ziarnie prawdy” zohydzony w stopniu trudnym do wyobrażenia. Na szczęście mało kto czyta Miłoszewskiego, zwłaszcza omawianą książkę (choć „salon” zrobił jej reklamę jak się patrzy), więc turyści Sandomierza nie omijają.

Nie znam kraju, w którym można by wydać taką książkę – nienawistną wobec kraju i jego obywateli, szczującą na siebie wyznawców różnych religii, przepełnioną cynizmem i zwykłą ohydą.

Ale my jesteśmy tolerancyjni. U nas można.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl