Wracam do książki „Wywiady prasowe wszech czasów” (Warszawa 2005). Są w niej Robert Louis Stevenson, Mark Twain czy G.K. Chesterton. A także Adolf Hitler, Benito Mussolini, Józef Stalin, Mao Zedong. Marylin Monroe i John Lennon. Podobno pierwszy wywiad – z przywódcą mormonów – wydrukował ponad sto pięćdziesiąt lat temu „New York Tribune”.

 

„Wywiad” czy „rozmowa”? Analizę gatunku przeprowadził kiedyś medioznawca Włodzimierz Głodowski, a pracę zatytułował „Wywiad, czyli rozmowa na temat” (Warszawa 1999). Wywiad-rozmowa zmieniał się przez ostatnie dwa wieki i – choćby dla własnej przyjemności – dobrze czasem podelektować się klasyką. Tym bardziej, że ostatnio z powodu instytucji autoryzacji wywiad ma złą prasę.

Wyborcza.pl podała, że kilka dni temu „The New York Times” wprowadził regułę, zgodnie z którą jego dziennikarze mają odmawiać autoryzowania wypowiedzi wywiadowanych osób. Między innymi dlatego, że sztabowcy Baracka Obamy i Mitta Romneya żądali wglądu do tekstów; redakcja nie chce wygładzania zdań ani skreślania tego, co się nie podoba politykom.

Generalnie w Stanach Zjednoczonych nie ma obowiązku autoryzacji. W Polsce jest inaczej, bo zgodnie z prawem prasowym „dziennikarz nie może odmówić osobie udzielającej informacji autoryzacji dosłownie cytowanej wypowiedzi, o ile nie była uprzednio publikowana”. Pewnie dlatego informacje z USA mogą cieszyć polskich dziennikarzy – dają im nadzieję na zmiany. Piotr Najsztub na szybko komentował dla Wyborcza.pl, że jest przeciwnikiem autoryzacji, bo „albo istnieje odpowiedzialność dziennikarska, albo jej nie ma. Trzeba dać szansę dziennikarzowi na poniesienie odpowiedzialności za słowa. Autoryzacja tę odpowiedzialność zdejmuje”.

Teresa Torańska docenia instytucję autoryzacji, ale jej zalety widzi tylko w dłuższych rozmowach: „Gdyby trzeba było autoryzować wszystkie rozmowy dla gazety codziennej, przestałaby wychodzić!” – powiedziała „Super Expressowi”.

Z drugiej strony w szybkim gazetowym wywiadzie najłatwiej o błąd – jeśli podczas autoryzacji rozmówca go wychwyci, to lepiej dla tekstu. Problem polega na tym, że przy okazji rozmowy o autoryzacji myślimy nie o wyłapywaniu błędów, ale o manipulowaniu tekstem przez rozmówcę, wycinaniu tego, czego sam się w swoich słowach przestraszył, albo o oddawaniu wywiadów w ręce rzeczników prasowych czy innych urzędników i sekretarzy. Kiedy tacy dopadną wywiad, dziennikarzowi nie chce się żyć – dostaje z powrotem zdania powykręcane tył naprzód ze słownictwem, które nie ma nic wspólnego z jasnym, zrozumiałym dla odbiorcy językiem wypowiedzi dziennikarskiej. Więc rozmowę trzeba redagować jeszcze raz. I jeszcze raz autoryzować.

W gruncie rzeczy to, czy autoryzacja jest konieczna, czy nie, nie ma moim zdaniem większego znaczenia. Jeśli dziennikarz i rozmówca traktują się poważnie, to nie będą utrudniać sobie życia. Ten, kto zawali, prędzej czy później, sam na tym straci. Dziennikarz nie będzie chciał rozmawiać z kimś, kto w autoryzacji wszystko przekręci albo nie da zgody na publikację. A rozmówca może się zrazić do źle przygotowanego dziennikarza; albo do takiego, który nie potrafi zredagować tekstu i spisuje wszystko jak leci. I drugi raz nie będzie chciał rozmawiać.

Problem z wywiadem leży gdzie indziej. Jakiś czas temu usłyszałem nieoficjalnie opinię, że rządowi bardzo pasuje obecny stan polskiego dziennikarstwa. Taki oto, że dziennikarze nie są w stanie zadawać kompetentnie pytań. A skoro nie padają istotne pytania – nie ma kontroli władzy. Zdziwiłem się tylko, że polityk, który to mówił, był w dobrym nastroju.

 

 

Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

25 września 2012

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl