Zasada nowoczesnego antypatriotyzmu polskiego: trzeba kłamać, żeby Polski było mniej o tyle, o ile będzie w niej więcej kłamstwa.
To odwrotność idei Jerzego Narbutta, potomka bohatera Powstania Styczniowego, wybitnego prozaika, poety, publicysty, autora hymnu „Solidarności”, zmarłego w 2011 r., a z premedytacją przemilczanego i w PRL, i w dzisiejszej Rzeczypospolitej. Jerzy Biernacki, nasz kolega, niepośledni publicysta, nazwał go Wielkim Zamilczanym. Narbutt skorelował w książce wspomnieniowej „Żniwo lat pięćdziesięciu” (którą notabene powinno się jak najszybciej wznowić) patriotyzm z prawdą: „(…) więcej Polski tylko o tyle, o ile będzie w niej więcej prawdy”. Mówiąc na uboczu, wykorzystałem tę dewizę w mojej książce „Rzeczpospolita – duma i wstyd”. A tutaj powiem kilka słów o dzisiejszej Polsce karlejącej przez brak prawdy i odwagi Polaków.
Znaczna część naszych elit jest bowiem duchowo niedorozwinięta i tworzy z szerokimi, a nieświadomymi stanu rzeczy kręgami społeczeństwa państwo ułomne. I właściwie trudno się dziwić, gdyż zostało ono w powiciu moralnie okaleczone. „Narodziny polskiej demokracji dokonały się w okolicznościach wybitnie niedemokratycznych. Wolę społeczeństwa respektowano, o ile nie godziła w interesy biznesowe i ideowe «elit» uzurpujących sobie – rzadko kiedy otwarcie - prawo do wyłącznego decydowania o losie państwa”- napisał Jacek Kloczkowski w eseju „III RP – państwo nieprzemyślane”, drukowanym w pracy zbiorowej „Rzeczpospolita 1989-2009”, rok. wyd. 2009.
Z jakim więc trudem parlament i rząd Beaty Szydło usiłują naprawić nasze państwo zepsute nie tylko niedorozwojem moralnym „elit”, o jakich pisze Kloczkowski, ale też niefrasobliwością, naiwnością, głupotą społeczeństwa. Dzisiejsze skutki bezkarnego zła i bezmyślności (właściwie trudno odróżnić jedno od drugiego – piekielne pomieszanie) zatruwają nasze dusze i uniemożliwiają zmianę reguł wspólnego bytowania w jednym państwie. W „Hańbie domowej” Jacka Trznadla (nb. czas ku temu, żeby wznowić tę książkę, wydaną po raz pierwszy na w emigracji i w solidarnościowym Podziemiu, ponownie zaś i oficjalnie na początku lat 90) Zbigniew Herbert mówi o pisarzach służących swym piórem sowietyzmowi polskiemu, że dla nich to było wtedy, w Polsce jałtańsko-teherańskiej, eldorado. Zaiste, im kto był bardziej serwilistyczny, tym lepsze miał synekury. I teraz ci serwiliści, dożywający swych, dni tudzież ich spadkobiercy (nazywani w książkach Doroty Kani, Jerzego Targalskiego, Macieja Marosza „resortowymi dziećmi)” przy aprobacie dużej części społeczeństwa oburzają się na parlament i rząd pisowski, że chce ich pozbawić części zagrabionego nam, tzw. ludziom pracy, majątku, czyli zmniejszyć emerytury, których wysokość przekracza nieraz wielokrotnie emerytury ich ofiar.
Tymczasem, jak już tu pisałem, Zdzisław Krasnodębski uważa, że zwycięstwo PiS jest historyczne, ostateczne. W artykule „Opozycja totalna - czy parlamentarna” („Rzeczpospolita”, 5-6 styczna 2016 r. autor wbrew tytułowi nie roztrząsa żadnej alternatywy, natomiast ocenia rzeczywistość aktualną, na pozór groteskową (okupowanie sali sejmowej, urządzanie w niej „koncertów” śpiewaczych etc.) i wyrażając sympatię ku Prawie i Sprawiedliwości kończy swą enuncjację optymistycznym akcentem, że „na szczęście Polacy potrafią już samodzielnie myśleć, nie czekając na podpowiedzi «Gazety Wyborczej» czy TVN i nie pobiegną na wspólną demonstrację z Antifą, z neomarksistami i palikotowcami, jak subtelni konserwatyści. Antypisowskiego powstania nie będzie”.
Jednakże co znaczy w powyższym cytacie sformułowanie „subtelni konserwatyści”? Uważam się za konserwatystę, jak niemało moich koleżanek i kolegów po piórze; co więcej - z radością zauważam, że młodzi dziennikarze podobnie, rzekłbym, konserwatywnie patrzą na świat. Wielu z nich wstępuje do naszego stowarzyszenia. Zebranie Oddziału Warszawskiego 7 czerwca to znakomita sposobność do powiadomienia nas, ilu w mijającej kadencji młodych dziennikarzy zasiliło nasze szeregi. Kieruję ten postulat do kol. Marcina Wolskiego, żeby zadbał o przedstawienie zebranym takich wiadomości.
W moim odczuciu epitet Krasnodębskiego jest zaszczytny, aczkolwiek nie wiem, czy jestem subtelnie, czy gruboskórnie konserwatywny i tego nie zamierzam dociekać, ponieważ domyślam się, że owa dystynkcja w intencji autora jest ironiczna. Myślę tedy, że raczej nie o konserwatystów chodzi profesorowi z Uniwersytetu w Bremie – a o narodowców. Oni nieraz już zawstydzali, przede wszystkim właśnie konserwatystów, swymi naiwnymi i napastliwymi opiniami o PiS i Piłsudskim. Vide najnowsza książka Rafała A. Ziemkiewicza o skandalicznym tytule: „Złowrogi cień Marszałka”. Złowrogim cieniem w naszej historii są skutki działania demonów – Stalina, Bieruta czy Jaruzelskiego. Autor może, pozbawiony rzetelnej wiedzy o Dwudziestoleciu, nie akceptować polityki, szerzej - poczynań - Marszałka. Lecz czy wolno mu z dezynwolturą obrażać tym tytułem jego pamięć i nas, uważających dzisiaj, że Piłsudski jest bohaterem i dał Polsce sporo dobra, w każdym razie nie spowił jej „złowrogim cieniem”? Ziemkiewicz budujący swą pozycję publicysty-Katona powinien miarkować słowa. Gdybym uważając, że Dmowski uczynił dla Polski więcej zła niż dobra określił jego historyczne znaczenie mianem „złowrogiego cienia”, Ziemkiewicz nie poczułby się moralnie niekomfortowo? A współwyznawcy jego ideologii? Proponuję – niech Ziemkiewicz zapyta Jana Żaryna.
Żadna partia po 1989 r. tak się nie skompromitowała i nie narobiła tyle szkód, jak Platforma Obywatelska, bo premier Tusk znobilitował z trybuny sejmowej 14 sierpnia 2012 r. oszustwo publiczne uznając, że nie każde jest przestępstwem (pisałem już o tym i dlatego nie rozwijam wątku). Endecja i KPP w przedwojennej Rzeczypospolitej też były destruktywne. Pomniejszały nasze dusze i tak już skarlałe dziedzictwem przodków z wieku XVIII oraz zaborami. Dzisiaj ta duchowa miałkość uwidacznia się boleśnie w wypowiedziach medialnych czy książkowych twórców nawet inteligentnych. Piłsudski – do dziś ośmieszany czy nienawistnie lub z głupoty krytykowany - powtarzał wciąż przed 1918 r., że jeśli naród nie odzyska wolności, to zidiocieje. Potrzebujemy wolności - od zła, kłamstwa, krętactwa, oszustwa, a nie mając jej czyż nie idiociejemy? Owo pytanie skierowuję przede wszystkim do autora „Złowrogiego cienia Marszałka”.
Jacek Wegner
