Książka – zbiór rozdziałów o „grubych rybach” polskiego biznesu - jest gruba. Trudno ją przeczytać jednym tchem, łatwo zacząć i niełatwo dokończyć, ale lektura na pewno nie rozczaruje. Bo jest to coś więcej niż reportaż czy cykl sylwetek. To fresk polskiej transformacji widziany poprzez życiorysy osób, które wywarły na nią znaczący wpływ.

Michał Matys jest łodzianinem, znanym dziennikarzem śledczym, autorem wielu filmów dokumentalnych. Przez lata opisywał odradzający się po 1989 roku polski kapitalizm. Teraz wydał książkę, która jest sumą jego dziennikarskich doświadczeń.

Bohaterami książki Matysa są: Kulczyk, Solorz, Krauze, Sołowow, Czarnecki, Góral, Gudzowaty, Szlanta, Kluska, Czempiński. Refleksji starczy na kilka wieczorów. Refleksji często smutnych, ale i optymistycznych. O ludziach przedsiębiorczych i sprytnych, inteligentnych i odważnych, zwycięzcach i ostatecznie przegranych. Krótko podsumowując ich losy można by powiedzieć, że potrafili wyczuć wiatr historii, dostosować swój potencjał do przemian, że umieli dobrze kupić i jeszcze lepiej sprzedać, a w kilku przypadkach skorzystali na układach z politykami i tajnymi służbami. Ale to ostatnie stwierdzenie nie jest niczym nowym. To prawda o polskiej transformacji znana od lat, ale to tylko pół prawdy.

Książka Matysa mówi więcej. Pokazuje, że nie wszyscy bogacili się tymi metodami, że są (że byli też tacy), którzy uczciwie zapracowali na swoje miliony (miliardy) i tacy, którzy nie wywożą zdobytego w Polsce kapitału za granicę. Można by powiedzieć, że na wielu stronach książki Matysa dominuje obraz Polski układowej, opanowanej przez sieci powiązań polityczno-biznesowych, niemal mafijnych. W tych układach tkwili również dziennikarze… Ale to znowu tylko część prawdy, bo z drugiej strony byli tacy przedsiębiorcy, którzy do materialnej wielkości doszli własnymi siłami. To wszystko jednak wydaje się dziś oczywiste, bo znane z wcześniejszych publikacji. I nie na tym polega siła tej publikacji.

Michał Matys stawia przed sobą i czytelnikiem duże wymagania. Zaryzykuję opinię, że przygniata swoim perfekcjonizmem. Bo komu chciałoby się z taką drobiazgowością przedstawiać rok po roku wydarzenia, transakcje, sukcesy i porażki bohaterów swoich narracji. Kto z taką pieczołowitością podawałby fakty, omawiał dokumenty, cytował wypowiedzi, żmudnie kreślił sieci towarzyskie i biznesowe. Nie byłem w stanie tego wszystkiego ogarnąć, połączyć w zrozumiałe konstelacje, ale autor robił to za mnie, wprowadzając krok po kroku w meandry interesów i powiązań biznesowo-politycznych, w których uczestniczyło – jak się okazuje – co najmniej kilkudziesięciu polskich ministrów, wielu premierów i prezydenci naszego kraju. To zbiorowy portret interesów nie zawsze korzystnych dla Polski, ale prawie zawsze opłacalnych dla uczestników omawianych transakcji.

Autor podaje setki dat, liczb, faktów, nazwisk, wydarzeń, przytacza mnóstwo wypowiedzi, cytuje dokumenty. Czasami miałem wrażenie, że gdyby choć trochę zwolnił tempo i chciał mniej napisać, to może byłoby lepiej dla spójności obrazu, który przedstawia. Czytelnik nie jest w stanie sprawdzić tego wszystkiego, o czym Autor książki pisze. Musi mu wierzyć na słowo. Zaufać. I ufa.

Tym, co stanowi o sile tej książki nie są same tylko opowieści. O tych biznesmenach pisali też inni dziennikarze. Sprawy i ludzie zostały już wcześniej omówione. Może nie tak szeroko, ale też w interesujący sposób. W tym jednak przypadku rzecz dotyczy warsztatu Autora, który jest pierwszorzędny. Naprawdę, nie przesadzam.

Matys wraca do swoich bohaterów po latach. A ma dobrą pamięć. Pamięta szczegóły rozmów, detale wystroju wnętrz, porównuje to, co się zmieniło i pisze o tym, co zostało po staremu. Po 10 latach będzie pamiętał to samo lustro weneckie przed wejściem do gabinetu Gudzowatego. Zauważy, że Krauzemu w czasie rozmowy nie drgnie ani jeden mięsień twarzy. Zadaje krótkie pytania. Czasem wydawałoby się, że wręcz naiwne, a czasem ostre jak brzytwa. Rzuca hasła, bulwersuje. Narazi się Krauzemu, zjedna sobie Kluskę, zaintryguje Sołowowa. Formułuje jednoznaczne sądy, choć na ogół jest bezstronny. Każdego z bohaterów przedstawi w odmiennym świetle, bo nie było dwóch takich samych, a droga do kapitału, choć niekiedy podobna, w każdym przypadku zawsze była inna. Wiodła przez podwórkowe znajomości, uczelniane i biznesowe koneksje, znajomości z politykami i ekspertami oraz poprzez zwykłe szczęście podbudowane dobrym rozpoznaniem rynku czy chytrością transakcji. Biznesmeni na całym świecie – pisze Matys – nie są ani aniołami, ani demonicznymi, krwawymi kapitalistami. Ten dwuznaczny obraz przybliża nas do prawdy. Matys nie koloryzuje, nie odejmuje nikomu, nie dodaje. Czuję, że Autor jest zafascynowany swoimi bohaterami i tych fascynacji wcale nie ukrywa. Bo – o czym też pisze – polscy bogacze wykazali się niebywałymi talentami.

Matys nikogo ze swoich bohaterów nigdzie wprost nie oskarża, chociaż duszne opary korupcji unoszą się wokół kilkunastu co najmniej transakcji. Pozostawia domysły, zdaje się na inteligencję czytelnika, zawiesza rozstrzygnięcia spraw, z którymi często nie potrafił poradzić sobie polski wymiar sprawiedliwości. Do dziś nie wiadomo, komu zależało, by skrzywdzić Kluskę, komu się on naraził, w jakie interesy i czyje wdepnął. Ale takich spraw jest więcej – niewyjaśnionych, tajemniczych. Jak choćby oskarżenia prokuratury wobec Szlanty, który chciał ratować polskie stocznie. „Grube ryby” Matysa to polska transformacja w pigułce. Można ją połknąć, ale można się też udławić, jeśli ktoś jest nazbyt wrażliwy…

Luksus i filantropia. Szachy i szybkie samochody. Samoloty i rafinerie naftowe. Podatki i ich omijanie. Zyskiwanie i tracenie, nie tylko kapitału, ale również przyjaciół. To ważne wątki pojawiające się na stronach tej książki. Biznes miesza się z polityką i odsłania więcej niż szpiegowskie opowieści.

Matys umie rozmawiać. Słucha, a oni mówią. Otwiera się przed nim Solorz, kiedy dzieli się pomysłem wprowadzenia pod strzechy nowych technologii. Niedoceniony wizjoner, który wyprzedził niemal wszystkich w Europie. Chłopak z „trójkąta bermudzkiego” w Radomiu, który „zrozumiał demokrację”. Bywa jednak, że oni nie chcą mówić albo odpowiadają frazesami. Do tych musi mieć cierpliwość. Rozmawia też przez telefon albo posyła mejle, bo przebywają gdzieś we Francji lub za Oceanem, jak Czarnecki. Rzetelnie przekazuje opinie, uczciwie skrywa tożsamość informatorów, jak rasowy dziennikarz śledczy. Zaimponowali mu Góral i Kluska – i szczerze o tym pisze. Akurat sympatii do tej dwójki nie ukrywa.

We wstępie - jak na dziennikarza z Łodzią związanego przystało - Matys przywołuje cytat z „Ziemi Obiecanej”, że dla mądrych jest zawsze dobry czas, a uczciwym dobre czasy nie są potrzebne, bo oni mają niebo. To w Łodzi zrodził się na ziemiach polskich kapitalizm, choć nie do końca był on polski. Książka „Grube ryby” kontynuuje w pewien sposób ten wątek i pokazuje polskich miliarderów, którzy znaleźli się dzięki swoim talentom i brakowi hamulców, a także dzięki układom, własnej przedsiębiorczości, a czasami z pomocą szczęścia, na szczytach finansowej piramidy wśród najbogatszych ludzi świata.

 

Marek Palczewski

25 kwietnia 2017

 

Michał Matys Grube ryby. Jak zarobili swój pierwszy miliard, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2017

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl