O fake newsach znowu głośno, bo głos zabrał Krzysztof Ziemiec. Było to dla wielu zdumiewające odkrycie, bo przecież sam Ziemiec był niegdyś twórcą jednego z nich. Ale, co też pamiętamy, przeprosił za swój błąd. Tyle, że na swoim koncie Facebookowym, a nie w Wiadomościach TVP. Rzecz była wcale niebanalna – dotyczyła Lecha Wałęsy i ekspertyzy grafologicznej jego podpisów pod dokumentami o współpracy z SB. Ziemiec powiedział, że materiały są autentyczne, co potwierdził grafolog, a okazało się, że w tamtym momencie takiej opinii jeszcze nie było.

Nie piszę tego, by krytykować Ziemca za tamtą pomyłkę, to się każdemu zdarzyć może. Można też powiedzieć, że ówczesny fake news stał się za jakiś czas newsem. Chodzi mi raczej o to, że często, po pierwsze nie wiemy, kto naprawdę wymyślił konkretnego fake newsa, a po drugie to, co nazywamy fejkiem wcale nie musi nim być. W tej kwestii narosło już wiele nieporozumień, a każdemu dyskutantowi wydaje się, że wie, czym jest fake news, bo jego własne przekonanie ma być prawdziwe. To już Kartezjusz dowiódł, że nikt nie chce mieć więcej rozsądku, bo uważa, że ma go pod dostatkiem.

Moim zdaniem za fake newsa należy uznać informację, która jest rozmyślnym i świadomym wprowadzeniem w błąd, czyli która, po prostu, jest kłamstwem. I nie należy stawiać znaku równości pomiędzy propagandą a fejkiem, bo ta pierwsza może opierać się na prawdziwych, w szczególny sposób wyselekcjonowanych faktach i ich odpowiedniej interpretacji. Fake news służy do celowego wywołania nieprawdziwego „obrazu rzeczywistości”, po to, by skompromitować osoby, postawy czy zjawiska, ale również w celu o wiele bardziej banalnym: by na nim po prostu zarobić. Jego siłą jest cecha dużego prawdopodobieństwa w stosunku do opisywanego przedmiotu/zjawiska/wydarzenia oraz podobieństwo do zdarzeń i faktów z przeszłości. Jego polityczna moc może być ogromna (np. kłamstwa Trumpa w czasie kampanii w USA i fejki przeciwko Clinton; były oczywiście też fejki w stosunku do Trumpa), choćby z tego powodu, że szybka weryfikacja prawdziwości tych newsów często jest niemożliwa, a szybko zapadają one w pamięć.

Ziemiec w swoim artykule w piśmie „Idziemy” podał jako przykład fake newsa informację z Super Expressu o tym, że Kukiz kupił mieszkanie w Warszawie „za bezcen”. To nie jest fake news, lecz news sensacyjny, tabloidowy, oddziałujący na emocje soft news. Prawdą jest bowiem, że kupił „za bezcen”, ale – jak tłumaczy – miał do tego prawo. Podobnie jak wiele innych osób, które skorzystały z tego prawa. I jeśli mieszkał w tym mieszkaniu, to nie było w tym nic nielegalnego. Wątpliwości SE dotyczyły tego „jeśli”.

Jednak największym dziś problemem jest nie to, że są fake newsy (wszak one były zawsze), ale to, że coraz trudniej je zweryfikować. Ziemiec pisze: „Pytanie, czy odpowiednie państwowe służby – niezależnie od partyjnych barw i rządów – mają o tym wiedzę i potrafią z tym walczyć”, czyli sugeruje, że fake newsami powinny zająć się „odpowiednie służby”. Moim zdaniem proponowane przez niego remedium nie będzie skuteczne. Nie jest bowiem możliwe weryfikowanie tysięcy fejkowych wiadomości, mimo, że i Facebook, i amerykańskie media, i media skandynawskie próbują już monitorować fejki i z nimi walczyć. Wielu jednak przyznaje, że jest to beznadziejna praca. Ponadto pomysł, żeby tym się zajęły służby państwowe jest dla mnie nie do zaakceptowania. Kto, co, jak, według jakiego prawa, z jakiego paragrafu, itd? Chcę przypomnieć, że w Polsce nie mamy nawet sprawnie działającego prawa prasowego. Po drugie, dziś i tak prawo jest bezbronne wobec fali nienawiści w Internecie, a to jest nawet większe zagrożenie niż czasem nieprawdziwe, ale zabawne fejki. Zagrożenia oczywiście nie należy lekceważyć, ale nie należy się spodziewać, że szybko (jeśli w ogóle kiedykolwiek) uda nam się rozwiązać ten problem.

Co zatem pozostaje? Edukacja, edukacja i jeszcze raz edukacja. Młodzieży od najmłodszych lat pokazywać, w jaki sposób fake newsy są tworzone, gdzie są publikowane oraz jak się przed nimi bronić. Najlepszą odpowiedzią na fejki może być wzrost profesjonalizmu. Powrót do wiarygodnej prasy, do treści dostarczanych przez fachowców. Obawiam się jednak, że i to będzie trudne. Dziennikarze, zarówno lewicowi, jak i prawicowi tak często zarzucali swoim adwersarzom kłamstwa, że odbiorcy poszukujący wiarygodnego medium są dziś zdezorientowani. Przyjdzie więc żyć im w przekonaniu, że „ich” media przynajmniej nie kłamią… i narazić się na „przyjazną propagandę”. To było właśnie powodem wzrostu nieufności do tradycyjnych mediów i wzrostu zaufania do mediów społecznościowych (w tym Facebooka), które propagują fake newsy. Koło się zamknęło, wpadliśmy we własne sidła, z których próbujemy wydostać się - jak baron Munchhausen z bagna – ciągnąc się za własne włosy…

 

Marek Palczewski

29 marca 2017

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl