W Rzymie był jubel. Wszyscy ważni tam pojechali. Oczywiście poza górnikami z kopalni „Krupiński”, którzy wprawdzie mogliby pojechać, bo pracy już nie mają. Milionowe złoże prześwietnego węgla pozostanie na niewielkiej głębokości nienaruszone, chyba że ktoś je kupi. No, bo jest ono na 300 – 400 metrach, a nawet jeśli trochę głębiej, to w takiej np. kopalni „Halemba” w Rudzie Śląskiej węgiel jest prawie 1000 m. głębiej. Tłoczy się więc tam powietrze i zużywa ogromne ilości prądu, ale wiceminister energii Tobiszowski tym się nie przejmuje, bo rejon „Halemby” to pana ministra elektorat. Nad Tobiszowskim jest Tchórzewski, ale on też uważa, że dobrze czyni dla Śląska, Polski, a już szczególnie dla Unii Europejskiej. Mówi, że inaczej nie może, bo związany jest umowami unijnymi, tak więc tutaj niby trwają jeszcze jakieś przetargi, biedni okłamani górnicy i ich żony maszerują do Panienki Częstochowskiej i na Wawel, ale czy to pomoże? Księdza Kordeckiego już nie ma, a kłamczuszki współczesne, mocne jedynie w gębie, mówią co innego, a co innego robią.

Ze związkowcami też nikt się już w Polsce nie liczy. Patrzę czasem na ich manifestacje, trochę maszerują, ale i tak to coraz grubsi obywatele – pokrzyczą, potrąbią, zatrzymają na kilka godzin ruch miejski i tyle.

Decydenci gospodarczy nabrali wody w usta. Jeśli jednak podziemne skarby czarnego węgla trafią w końcu w niemieckie łapy – zostaną rozliczeni.

Wycinka drzew nadal nie ustaje, a minister od środowiska ma się dobrze. Ocalał. Chodzę po Warszawie i fotografuję piękne pniaki wycięte „prywatnie”. Już nie będą pochłaniać CO-2. Wycięto bardzo dużo drzew, ile dokładnie – nie wiemy. Teraz pracowici posłowie, którym poprzednio zabrakło wyobraźni, poprawiają prawo, bo Prezes zmarszczył brwi. Może w końcu spadnie jakaś szyszka… Na razie minister jest bardzo zadowolony, bo nie zawiódł się na posłach. Co innego samorządy – ci z Łeby wskazują, że trzeba zachować drzewostan rzadkich gatunków, które tam chronią bardzo zagrożone tereny. Mimo to właściciele nie ustają w działaniu – wyrąbali w rejonie Łeby ponad 4 ha bardzo niezbędnych tam drzew. Wolnoć, Tomku, w swoim domku – mówi minister, który chodzi w zielonym mundurze.

Trzy niemieckie koncerny prasowe mają dominującą ilość nakładu wśród regionalnych gazet. Dużo było szumu, że tak dalej być nie może, że w żadnym z unijnych krajów nie dopuszczono do podobnych dominacji na rynku prasy. Karmi się nas papką informacyjną, powtarzając slogany. Teraz już nie mówi się o repolonizacji, wymyślono nowe słowo – wytrych: dekoncentracja kapitału. Posłowie zabierają się do sprawy jak pies do jeża, robią epokowe odkrycia o kolizji naszych pomysłów z prawem unijnym. To wszystko od dawna było wiadomo. Głosy, które teraz dochodzą z Wiejskiej i Alei Ujazdowskich to uzasadnienie ogólnej niemożności działania. Za chwilę dowiemy się, czego nie da się zrobić. Będzie tak, jak ze sprawą abonamentu telewizyjnego – zmarnowany czas i urzędnicza indolencja. Zamiast zrobić to, co obiecano, pojawią się nowe pomysły, których realizacja – oczywiście – musi trwać. Czekaj tatka latka.

Repolonizacja, reindustralizacja – to są oczywiście obiecujące słowa. Ale to tylko słowa. Obiecanki cacanki, gruchy obijają się same o siebie.

Gdy czytamy informacje o „przebiegu prac”, można odnieść wrażenie, że to zabawa niekompetentnych i leniwych biurokratów. Tak jest prawie zawsze; gdy mowa o legalizacji, o opracowaniu prawnym, wyznaczane są odległe terminy, jakby te właśnie prace polegały na gigantycznych zmaganiach z materią i przeciwnościami losu. Rządzą ludzie, którzy za duże pieniądze, w tempie przez siebie ustalonym, praktycznie niekontrolowanym, pracują w rytmie „przyjechałem, usiadłem za biurkiem, popisałem trochę i pojechałem do domu”.

Sprawa „repolonizacji” mediów wałkowana jest od dawna. W komunikacie rządowym czytamy: „Pod koniec stycznia pojawiły się sugestie, że ustawa o regulacji mediów w Polsce miałaby przypominać model francuski(…),     a projekt dokumentu jest  j u ż  gotowy”. Teraz mamy prawie kwiecień. Najbardziej zabawne jest słowo  „już”. Ile ma trwać owo „już” – trudno powiedzieć. To tak, jak „kilometr z hakiem”, gdy tenże hak może mieć nawet kilometrów pięć. Jeśli robotnik nie wykona normy, obcina mu się wynagrodzenie. Wybrańcy narodu to jednak święte krowy. Oni sami decydują, ile godzin popracują. Przechodzę często koło biura pewnej pani senator. Raz nawet widziałem, jak otwierała drzwi, ale petentów – nigdy.

Doktor Judym patrzy na to całe towarzystwo z jakiejś chmurki i myśli sobie: „Po co ja się tak szarpałem?” I znowu przyjdą wybory, partie zadecydują, a ci sami któryś już raz zaczną przekonywać, jak to tym razem wszystko zrobią w trosce o ludzi, ich wyborców. Wielu ich nie będzie, ale wystarczy, by powtórzyła się historia już po raz n-ty. Kolejne zastępy leniuszków w bardzo eleganckich garniturach, na tle logo swojej partii będą wygłaszać poważne i kategoryczne oświadczenia – wszem i wobec: „Żadne poważne państwo w Europie nie pozwoliłoby, aby kapitał obcy…” Ale nasi pozwalają.

Stefan Truszczyński, 27 III 2017 r.

 
Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl