Zdenerwował się na nas prezydent Francji, gdyśmy zaproponowali na przewodniczącego Rady Europejskiej Jacka Saryusz-Wolskiego i powiedział polskiej premier, że kierujemy się zasadami, a oni, w domyśle: Unia Europejska zdominowana przez Niemców i Francuzów, mają fundusze. Na początku naszej partycypacji w UE kazano nam „cicho siedzieć”. A teraz, gdyśmy przestali chcieć „cicho siedzieć”, szantażuje się nas, że zostaną nam zabrane fundusze strukturalne, jeśli będziemy przeciwstawiać się mądrości prominentów Unii Europejskiej.
Ciekaw jestem, czy prezydent Francji, którą papież Jan Paweł II nazywał „najstarszą córą Kościoła”, jest ukontentowany swą maestrią dyplomatyczną. Powiedział nareszcie bez ogródek, co odczuwa większość polityków Zachodu. Ich bowiem nie obchodzi Polska, a tym bardziej irracjonalne, jak im się wydaje, zasady Polaków. Owo désintéressement podziela zresztą klika europosłów quasi polskich, z nazwy polskich, którzy również brzydzą się zasadami, żywią za to chęć odwetu na partii konkurencyjnej, że demokratycznie zdobyła w Polsce władzę. Muszą się więc odegrać i na demokracji, i na swych rywalach rządzących Rzecząpospolitą, jak mniemają, tymczasowo. Popierają zatem, chyba i inspirują, dążenie swych popleczników zachodnich do zastąpienia funduszami tej demokracji, którą niby chcą bronić za wszelką cenę, także za cenę schamienia życia publicznego, wszak prezydent Francji zapewnia, że pieniądze są do wzięcia – lecz bez zasad. Na to zareagował w Radio” „Wnet” Wojciech Cejrowski nazywając prezydenta Francji chamem i uznając, że ów powinien nas przeprosić.
Francja ma wielki dorobek polityczny: wymyśliła sprawny systemu gilotynowy i morderczy, sprawdzony w Wandei na swych współbraciach, z których skór głosiciele postępu bez zasad wyrabiali rękawiczki lub wszywki do bryczesów. Napisał o tym niedawno współczesny rodak prezydenta Hollande’a - Reynald Secher „Ludobójstwo francusko-francuskie. Wandea departament strachu” (przekład polski Mariana Mieszalskiego, 2013).
A tak, w rzeczy samej my mamy zasady i z nich nie zrezygnujemy, nawet gdybyśmy chcieli, bośmy się do nich przez tysiąc lat przyzwyczaili, na nich się wychowali. Ta determinacja wynika implicite z przemówienia Ryszarda Legutki na forum Parlamentu Europejskiego kilka dni przed ową dyplomatycznie „subtelną” wypowiedzią gospodarza Champs Elisée. Legutko dobitnie wytknął politykom UE ich małostkowość, biurokratyczność, ciasnotę horyzontów i nieuczciwość przede wszystkim w stosunkach z nami. Znamienne, że w naszych mediach owo wystąpienie reprezentanta Polski nie zostało w kraju należycie odnotowane, przynajmniej, tak mi się wydaje, gdyż nie dotarłem do żadnego komentarza prasowego ani nie usłyszałem w mediach elektronicznych żadnych reperkusji. Przede wszystkim nie znam też reakcji polityków unijnych na ostre (i chwała!) słowa Legutki pod ich adresem, na pewno w ogóle nie wywołały żadnego rezonansu; zabijanie milczeniem niewygodnych opinii to nie tylko, jak widać, polska specjalność.
Lecz ostatecznie nieważne. Politycy UE nie umieliby sobie wytłumaczyć, dlaczego Legutko to i t a k powiedział. Dla nich niezrozumiałe jest stawianie korzyści materialnych (owe fundusze Hollande’a) poniżej wartości duchowych określonych krótko mianem zasad. Przed 1939 r. tę hierarchię wyznawały w pewnym zakresie oprócz nas Stany Zjednoczone, bez których obie wojny światowe byłyby przegrane przez obrońców kultury europejskiej.
Po złamaniu traktatów przez Niemców pokonanych w 1918 r. i ponownym rozpoczęciu zbrojeń jeden jedyny Piłsudski przewidywał, co będzie dalej i dlatego zaproponował Francji wspólną tzw. wojnę prewencyjną. W kilkanaście dni po uderzeniu niemieckie zakusy ekspansjonistyczne byłyby najpewniej zduszone. Ale Francji się nie chciało, zmęczona I wojną oddawała się w swych sklepikach i kafejkach błogiemu nic nierobieniu oprócz plotkowania. Jest więc odpowiedzialna za hekatombę II wojny światowej
Niemcy, już uzbrojeni po zęby, uderzyli na Francję w maju 1940 r. Miała ona w 1939 r., wedle Normana Daviesa, najsilniejszą armię lądową w Europie, tymczasem wołała, że nie będzie umierać za Gdańsk. Nie chciała walczyć mimo zawarte z nami traktaty, oczywiste więc, że oddała swą stolicę bez wystrzału. W czasie wojny podzielona na część kolaborującą z Niemcami (nazistami, jak to zwykło się mówić w subtelnym języku subtelnej dyplomacji zachodniej, żeby moralnie sfrustrowanym, subtelnym Niemcom nie sprawiać przykrości) oraz część przez nich okupowaną, gdzie ruch oporu, Résistance, był na poziomie szkolnych ćwiczeń z dawnego przedmiotu przysposobienia wojskowego. Francuzów wciąż napełnia dumą pamięć o owym Ruchu Oporu, albowiem le maquis, słowo pochodzące od „zarośli”, a przenośnie oznaczające partyzantów (logiczne: żołnierzy ukrywających się w zaroślach), niby odpowiednik bojowników „leśnych” z naszego Podziemia, ma w intencji Francuzów zmazywać hańbę rządu Vichy, który w zaplombowanych wagonach wysyłał Niemcom Żydów na śmierć w obozach przez nich tworzonych na naszych ziemiach. Na procesie Adolfa Eichmanna nie mówiono o tych transportach, dlatego że Francuzi z Vichy organizowali je z własnej woli i własnymi środkami, żeby w zamian uzyskać od Niemców jakieś dobra materialne, chociażby spokój. Trawestując Dostojewskiego: skoro nie ma zasad, wszystko jest dozwolone...
Nikt dotychczas nie oskarżył „Francji o udział w tym ludobójstwie, drugim po wandejskim, a trzecim po Nocy św. Bartłomieja. Za to Francja po zakończeniu wojny została zaliczona do grona wielkich mocarstw, ponieważ gen. Charles de Gaulle miał zasady i dlatego zawstydziwszy się tchórzostwem swej ojczyzny, walczył na emigracji, u boku Anglii i USA, o jej honor. Doprowadził pod koniec wojny do powstania liczebnie dużej armii francuskiej i wszedł do grona zwycięskich wielkich mocarstw jako czwarte ogniwo. Myśmy mieli łącznie – na Zachodzie i w kraju – nie mniejsze siły zbrojne i o wiele więcej większych zwycięstw, ale Wielkiej Czwórce bardziej zależało na udziale w wojnie Armii Czerwonej, której miliony trupów ratowały życie żołnierzy alianckich, że potraktowała nas, jak chciał Stalin, niczym pariasów. De Gaulle nie uczestniczył jednak w jałtańskim sprzedaniu Polski Sowietom. Natomiast publicznie mówił o podobieństwie aksjologicznym Polaków i Francuzów. Dziś chyba przewraca się w grobie słysząc wypowiedź Hollande’a, zresztą za życia i swych rządów Francją zawsze borykał się z lewicą. Gdziekolwiek ona bowiem włada, tam wszędzie są cynizm, oszustwa i regres społeczny. Acz w istocie opłacalne jest lekceważenie wszelkich zasad, ponosi się jedynie koszty zszarganego honoru, który przecie w dobie poprawności politycznej jest śmiechu warty.
Jesteśmy zbyt dumni, żeby tak łatwo jak dzisiejszy Zachód wyzbyć się zasad, naszych polskich zasad. Dzisiejsi „postępowi” mędrcy rodzimi i zachodni nazywają dumę polską nacjonalizmem. Niech!
Karolina Lanckorońska, sukcesorka arystokracji, warstwy najbardziej przecież odpowiedzialnej za śmierć Pierwszej Rzeczypospolitej, ale i zasłużonej w walce o jej niepodległość, a przez władców PRL prawie unicestwionej, napisała we wspomnieniach z Ravensbrück: „czułam tak bardzo intensywną wdzięczność wobec Stwórcy za przynależność do narodu, który w rozpaczliwej walce o własny byt broni zarazem wszystkich najwyższych dóbr ludzkości”. I dodaje: „Niemców, którzy mają ze wszystkich narodów najwięcej pychy i najmniej dumy, nic u nas bardziej nie złościło niż właśnie owa wrodzona duma, którą nazywali impertynencją, choć im głęboko imponowała. Nie pamiętam, którą z dziewcząt spotkał zarzut: «niech pani nie będzie taka bezczelna tylko dlatego, że nosi literę P!»”.
Myśmy już raz przywołali Francję do porządku moralnego, do poszanowania zasad. Było to bardzo dawno. Po śmierci króla Zygmunta Augusta, zaraz po Konfederacji Warszawskiej, w pierwszej elekcji viritim, szlachta wybrała na króla polskiego i wielkiego księcia litewskiego, władcę Rzeczypospolitej, Henryka de Valois, brata monarchy francuskiego. Francja wstrząsana była krwawymi walkami religijnymi. Tamtejsi katolicy popełniali zbrodnie na kalwinach. Noc św. Bartłomieja przeszła do ponurych dziejów kontynentu, a w języku współczesnych pojęć etycznych nazywa się po prostu ludobójstwem.
Henryk Walezy, brat panującego, zanim został w dalekim kraju wybrany przez Polaków, Litwinów, i Rusinów na króla, dowodził w swej ojczyźnie wojskami oblegającymi nadatlantycką twierdzę La Rochelle opanowaną przez innowierców, po francusku określanych mianem hugenotów. Agent króla Francji w Rzplitej pisał do swego mocodawcy, że jeśli dojdą nad Wisłę jakiekolwiek wiadomości o okrucieństwach pod Roszelą, to na nic plany osadzenia Henryka w Krakowie. Acha! Więc Henryk nie tylko dowodził armią, ale również dopuszczał się jakichś bezeceństw. Szlachta chciała jednak mieć brata króla Francji na tronie, gdyż wyobrażała sobie, że mogłaby w tym związku z powodzeniem szachować niemieckich Habsburgów, lecz od razu żądała odeń, żeby przestrzegał jej praw, żeby dostosował się do jej kultury politycznej, do jej z a s a d.
Po wyborze trzeba było przywieźć nowego władcę na Wawel. Grupa szlachecko-możnowładcza: dziesięciu katolików i czterech innowierców, wybrała się do Paryża. Posłowie byli uzbrojeni w dokument, który nad Sekwaną podziałał jak bomba, tym bardziej że na miejscu coś jeszcze dodali. Otóż oficjalni wysłannicy Rzeczypospolitej przywieźli z sobą uchwałę Konfederacji Warszawskiej o wolności religijnej w Rzeczypospolitej; ale żeby było poważniej - wpisaną już do tzw. artykułów henrykowskich, od imienia wybieranego pana, które były prawną umową między poddanymi a panującym, raczej: panującymi, albowiem postanowienia te obowiązywały do końca Pierwszej Rzeczypospolitej. W artykułach henrykowskich jest tedy zapisane zobowiązanie do zachowania wolności religijnej: „A iż w tej zacnej koronie narodu polskiego i litewskiego, ruskiego, inflanckiego i innych niemało jest różnowierstwa, przestrzegając na potem jakich sedycyj i tumultu, z tej przyczyny rozerwanie albo niezgody w religii, warowali to sobie niektórzy obywatele korony konfederacją osobliwą, że w tej mierze w sprawie religii mają być w pokoju zachowani, którą my obiecujemy trzymać w pokoju czasy wiecznymi”.
Kiedy więc w paryskiej katedrze Notre Dame pretendent do tronu wawelskiego opuścił postanowienie o utrzymaniu pokoju religijnego, przedstawiciele Rzeczypospolitej od razu w tejże świątyni zaprotestowali jednomyślnie, odważnie i ostro. Oto Jan Zborowski wykrzyknął po łacinie: „jeśli nie zaprzysięgniesz, nie zostaniesz królem”; jego towarzysze manifestując swe poparcie wyciągnęli szable i wznieśli je do góry. Możemy sobie wyobrazić, jaki był rwetes. Najpierw wykrzyknięte zdania łacińskie, później metaliczny, jak uderzenie dzwonu, dźwięk wyciąganych z pochew szabel i jeszcze błysk metalu nad głowami... Obecni w kościele nie tylko Francuzi, ale też rezydenci innych dworów europejskich, zapewne oniemieli i osłupieli z przerażania i zdziwienia - jak to, poddani śmią pretendentowi do korony, bratu monarchy francuskiego, dyktować jakieś warunki, grozić bronią? Tego jeszcze w nowożytnej Europie nie było. To Rzeczpospolita Obojga Narodów narzucała kontynentowi chrześcijańskiemu nowe prawo, nowe zasady współżycia.
Henryk w każdym razie wrócił do opuszczonych akapitów i zaprzysiągł tolerancję, gdyż Francji bardzo zależało na przymierzu z potężną Rzecząpospolitą; graniczyła ona długą linią z odwiecznym rywalem politycznym Francji - państwem Habsburgów.
Henryk potwierdził wszystkie prawa. Tymczasem delegaci Rzplitej szybko się zorientowali, że los kalwinów we Francji jest po prostu straszny. Naprędce tedy, ad hoc, zredagowali po łacinie dezyderaty zmierzające do przyznania innowiercom francuskim takich samych praw, jakie mieli katolicy i niekatolicy w ich ojczyźnie; opracowaniu nadali tytuł "Postulata polonica". I ni mniej, ni więcej dopuszczeni przed oblicze monarchy, przy całej świcie dworskiej, przedłożyli je tronowi. Król Francji był wobec autorów uprzejmy, miły, ale też bardzo skrępowany, niechętnie i nieszczerze przyjął, gdyż nie miał innego wyjścia, owe postulaty polskie. A jednak w przeciwieństwie do dzisiejszego prezydenta Francji był dobrze wychowany, miał maniery i nie kpił z zasad polskich, nie szantażował reprezentantów Rzeczypospolitej żadną alternatywą.
I pomyśleć – dzisiejszy prezydent „pierwszej córy Kościoła” nadyma się pychą, upokarza nas na oczach świata, a jest kiepskim znawcą historii swego kraju i kontynentu, politykiem zaś cynicznym, na dodatek bez kindersztuby, wiadomo – liberał lewicowy.
Jacek Wegner
