Za kilka tygodni w studiach Kanału 4, telewizyjnej propagandówki Partii Pracy, tej „na lewo od Tony Blaira”, odbędzie się wielka gala. Przez cały dzień celebryci stacji będą pojawiać się w kolejnych slotach  urodzinowego programu – od pierwszego szefa Jeremy Isaacsa do wieloletniego gospodarza głównego wydania dziennika, Jona Snowa i jego kolorowej gromadki.

 

   Kiedy w 1982 roku Channel 4  się pojawił – a był to okres świetności Partii Konserwatywnej, idącej od zwycięstwa do zwycięstwa -  miał być w zamierzeniu telewizją dla mniejszości etnicznych i seksualnych, wspierającej trudne wówczas zadania „Guardiana”, Komunistycznej Partii Wielkiej Brytanii, jej organu  gazety „Morning Star” i związków zawodowych, tutaj zawsze związanych z lewicą. Wkrótce potem KPWP, po udowodnieniu, że jest finansowana przez Kreml, została zdelegalizowana, „Morning Star” ledwie zipie (nakład 14 tys.), a prawdziwa epidemia  lewicowego liberalizmu zdążyła już zainfekować resztę brytyjskich mediów, łącznie z BBC.  Projekt był ambitny, czwarty w kraju – po BBC1, komercyjnej ITV i BBC2 –  kanał telewizyjny, obiecujący w dodatku „telewizję wartości”. Lewicowo – liberalnych, jednak wartości.  Szeroką i zróżnicowaną ofertę ważnych,  świetnie zrealizowanych i społecznie użytecznych programów. Rodzaj lewicowej wersji telewizji służby społecznej,  promowanej niegdyś przez pierwszego szefa BBC, lorda Reitha, czyli „informować, edukować, bawić”. W tamtych czasach – przypomnijmy, że konserwatyści rządzili krajem przez 18 lat, od 1979 do 1997 roku – można było, z pewną dozą przesady, nazwać Channel 4  „telewizja opozycyjną” i anty-establishmentową. Pierwszy szef nowej stacji Jeremy Isaacs, autor pamiętnej serii dokumentalnej „The World At War”, która także w Polsce zebrała świetne recenzje,  wydawał się niezłym wykonawcą całego  projektu. Jednak od początku „coś poszło nie tak”. Do nurtu hard  left  propaganda w jakimś momencie  dołączył drugi, hard porn,  Kanał 4  zrobił szpagat,  z którego nie mógł się już podnieść.

     Bo z jednej strony  Channel 4 stał się  barykadą, na której brytyjska lewica walczyła o socjalizm, feminizm, prawa gejów, aborcje i eutanazję, równocześnie  pokazując „ciemne strony konserwatyzmu” i religii,  choć nie dotyczyło to islamu czy New Age’u, z drugiej – w jakimś momencie gwałtownie się  skomercjalizowała, w stronę  rozrywki „alternatywnej”, trashu, kiczu i campu. Czyli  postkomunista Jon Snow jako gospodarz newsów, staranny dobór informacji oraz gości w studiu, aby broń Boże nie wywiązała się merytoryczna dyskusja, flagowy program dokumentalny Dispatches,  podejmujący a to temat ocieplenia klimatu,  to znów praw gejów w Indiach,  skończywszy na propagandzie sączonej przez  serial Brookside, który zasłynął  pokazaniem pierwszego w dziejach telewizji pocałunku lesbijskiego. Lecz kiedy po 7 latach  stery  Channel 4 przejął Michael Grade ze swoją obsesją „słupków”, na ekranie kolejnych kanałów, dziś już 6, ku zgorszeniu „tradycyjnej” lewicy, zaczęły pojawiać się  prawdziwe „dziwadła i makabrydy”. Jak program interaktywny „The World”, gdzie widzowie byli zapraszani do konsumpcji robaków  czy kąpieli w świńskim moczu, „Eurotrash” (golizna, transwestyci) i inna produkcja parterowa, której wprowadzenie przyniosło Grade’owi przydomek „pornografa Kanału 4”.  A sama stacja została  nazywana  przez  prezentera liberalnego jakim niewątpliwie jest  Jeremy Paxman z BBC 3, „freak show”, „cyrkiem”. I, choć po kilku latach  Michael Grade odszedł,  nic się nie zmieniło. „Lewacki, tandetny cyrk”. Nic dziwnego, że  dziś Channel 4 może tylko marzyć o wyjściu  z tego, jakby na to nie spojrzeć, „alternatywnego” getta.

     A co dziś można zobaczyć na 6 ekranach Channel 4?  W programie  Film 4, z którym wiązałam tyle nadziei, zamiast zapowiadanych arcydzieł - „Scary Movie” i „Aliens vs Predator”.   Dalej, serie z bardzo  wyzwoloną młodzieżą w roli głównej jak „Scrubs” (”Scierki”) i „Shameless” („Bezwstydni”) i sitcomy jak „Ojciec Ted”,  satyrę na  katolickiego księdza (jakżeby inaczej?!) i jego zwariowaną trzódkę. Wobec innych wspólnot religijnych, islamskich czy żydowskich, Channel 4  stosuje taktykę  „mówić dobrze albo wcale”. W najlepszym czasie antenowym możemy zobaczyć  gejów i transwestytów, jak Paul O’Grady zwany Dziką Lily, oraz alternatywnych kabareciarzy, zabawiających coraz mniej liczne grono widzów „aferami rozporkowymi” i dowcipasami w stylu Wojewódzkiego i Figurskiego. Ich tarczą strzelniczą bywają nieodmiennie: David Cameron, królowa, aktualny papież, „bigoteria” oraz  brytyjski „ciemnogród”. Podczas świąt Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy emituje się programy „dokumentujące prawdziwe stosunki między Jezusem i Marią Magdaleną czy  też zabawy studyjne jak „Klient artykułów duchowych („ A Spiritual Shopper”), gdzie z elementów znanych religii, łącznie z  animizmem, publiczność może  złożyć  sobie, jak puzzla,  własną. No i te nie kończące się kursy gotowania („Jamie’s  30 Minute Meals”),  poradniki jak  dokonać przeprowadzki („Location, Location, Location”), zorganizować wesele  w stylu cygańskim („Gipsy”s Wedding”) i poradniki lekarskie np. „Embarrassing Bodies”.

   Ambicje Ojców Założycieli  Channel 4 sprzed 30 lat zostały pogrzebane z jednej strony przez wściekłą, lewicową propagandę, z drugiej – komercjalizację w stylu camp. Czego więc w takiej sytuacji można życzyć Jubilatowi? Na początek, stonować agresję i skończyć z obrażaniem ludzi, zwłaszcza, kiedy ci ludzie stanowią większość telewidzów. A zaraz potem – powiedzieć stop wszystkim zabiegom komercjalizacyjnym, choć to nie będzie  łatwe.  Inaczej  stacja nadal będzie tkwić w getcie, tracić widzów, a  obchody  40-lecia mogą niespodziewanie okazać się  stypą.   

 

 

Elżbieta Królikowska-Avis

Londyn, 28 września 2012.

 

   

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl