Można by przypomnieć, że kobieta zmienną jest. Bo to i prawda i dobrze, że tak właśnie postępują panie. W końcu my jesteśmy „stąd”, a One z Wenus.
Pani Prezes Polskiego Radia zmieniła nagle zdanie: przyjęła początkowo nominacje, ale zaraz potem jednak odmówiła. Pan Czabański jej to wypomina.
Zdaje się, że urzędnicy, którzy tak naprawdę to powinni służyć społeczeństwu krótko po nominacji zaczynają wierzyć, że władza decyzyjna to tylko oni. I byłoby to w porządku gdyby obok jej „sprawowania” po prostu dobrze pracowali. Jednak, gdy następują złe nieporadne działania i jeszcze gorsze skutki podejmowanych decyzji zaczynają być widoczne gołym okiem to konieczna jest nie tylko kontrola ale także podjęcie radykalnych kroków.
Pani Stanisławczyk-Żyła była dotąd osobą średnio znaną. Może również dlatego, że ostatnia jej książka „Kto się boi prawdy? Walka z cywilizacją chrześcijańską w Polsce” to nie stek głupotek, ale ważne publicystyczne dokonanie. Autorka ma w dorobku jeszcze inne książki oraz komentarze prasowe przedstawiane wielomilionowej telewizyjnej widowni. Nominacje przyznał jej przed rokiem minister Skarbu Państwa. „Solidarność” radiowa oceniła ja dobrze po tym roku pracy. Rządziła, ale nie pchała się do mikrofonu w swojej firmie jak to często czynią prezesi.
Teraz jednak głośno o niej. Poruszyła opinię społeczną swoim nie często spotykanym działaniem. Twardo domaga się pozostawienia jej współpracownika na dotychczasowym stanowisku. To ewenement w naszym społecznym życiu, gdzie myśli się przede wszystkim o sobie.
Jeśli decydujący w konkursie na prezesa radia ponownie widzieli ja na czele tej instytucji to znaczy, że dobrze ocenili dotychczasową pracę. Ona zaś jeśli chce by pomagał jej w dalszym ciągu ten sam wiceprezes to nie tylko stanowi wyrażenie woli osobistej ale i troskę o firmę. To zupełnie nowa jakość zasługująca na pochwałę za lojalność pracowniczą. Bo lojalność winna być pojmowana wielostronnie. Stanisławczyk przyjmując prezesurę chce naprawdę odpowiadać ale wówczas, gdy będzie mogła pracować tak jak to ułożyła i tak jak to od stycznia ubiegłego roku się sprawdzało.
Niezrozumiały upór „narodowej” rady można odebrać, że chce się osłabić prezesa Radia. Wybrać go na stanowisko ale od razu utrudnić pracę. To jest oczywiście chore, nienormalne, zupełnie niezrozumiałe. Będzie Pani prezesem, ale pod naszą kontrolą! Oczywiście kontrola jest potrzebna i istnieje wiele metod kontrolowania. Ale winny one przede wszystkim dotyczyć oceny efektów całościowych działań. Skoro po roku doświadczeń oceniono Barbarę Stanisławczyk dobrze – dlaczego teraz nie respektuje się jej woli.
Człowiek, któremu powierzono decyzje w sprawach medialnych ironizuje, że to nie prezes ma wybierać wiceprezesów. Oczywiście, że powinno się dążyć do consensusu. Jednak gdy szef, któremu z zaufaniem powierza się prace nalega, by mógł współpracować z dotychczasowym zastępcą - bo to dawało dobre skutki – należy mu zaufać.
Zdawałoby się, ze Rada Mediów Narodowych po to została powołana, by teraz było inaczej niż poprzednio. Tymczasem okazuje się, że jest gorzej. Nastąpiła stagnacja, chaos, wzrosło napięcie wśród załogi Radia. Decyzje pozostawiono partyjnym gremium, a te dbają przede wszystkim o własne interesy. Nie widać dążenia do ustanowienie warunków dobrej pracy. Złe nominacje to rozbudzenie niepotrzebnych rywalizacji wśród kierownictwa firmy. W efekcie nieustające pretensje a nawet kłótnie. To niekończąca się walka o władzę. Oczywiście wszystko to odbije się na pracy Radia, na jakości programu.
Naczelni urzędnicy pozostaną w głębokich fotelach. Ciekawe na jak długo.
Ktoś powie, że są ustanowione jeszcze rady – nadzorcza i programowa. A ja powiem, że to fikcja! Istnienie rad programowych to parawan, zamulanie, „Parkinson”.
Owszem rady nadzorcze mogą być pożyteczne przy zaistnieniu sytuacji drastycznych - np. gdy prezes gwałci wiceprezesa. Ale cała władza – przynajmniej programowa – powinna być w jednych, zdecydowanych rękach. Tylko wtedy, gdy wiadomo kro decyduje – wiadomo kto odpowiada. Inaczej nigdy żadnego prezesa nie będzie można sprawiedliwie ocenić.
Nie tak dawno przez Polskie Radio rączym kłusem z tasakiem w ręku przebiegł wice prezes Jerzy Targalski. Jak to się skończyło – wiadomo. Na ile wówczas wyręczał swojego szefa, ówczesnego prezesa Radia Krzysztofa Czabańskiego, nie warto się dziś zastanawiać. Targalski był egzekutorem, brutalnym nawet wobec kobiet. Teraz chodzi o to, by podobnych błędów nie powtarzać.
Ważnym decydentom nie po to podstawia się limuzyny, by chrapali w nich głośniej niż warkot silnika. Luksusowe warunki – tak, ale tylko dla tych, którzy na to zasługują. Ślimaczenie się dotychczas wszelkich decyzji medialnych świadczy o tym, że „aniołki” Czabańskiego nie dorosły do powierzonych im ról.
Pani Stanisławczyk nie godzi się na rolę hetki pętelki, a to w naszej tchórzliwej rzeczywistości ewenement.
Jak to wszystko się skończy mamy dowiedzieć się 9 marca.
06.03.2017 Stefan Truszczyński
