23 stycznia, pierwszy dzień roboczy po zaprzysiężeniu 45 prezydenta Stanów Zjednoczonych. Spotkanie z przedstawicielami amerykańskiego businessu oraz obietnica obniżenia podatków od firm oraz osób indywidualnych. 24 stycznia, drugi dzień roboczy, podpisanie rozporządzenia o wycofaniu się Stanów Zjednoczonych z  Partnerstwa Transpacyficznego, jednego z elementów strategii gospodarczej Baracka Obamy. Następnie zamrożenie zatrudnienia w administracji państwowej oraz podpisanie dyrektywy zakazującej przekazywania pieniędzy federalnych organizacjom pozarządowym na finansowanie aborcji, dokonywanych za granicą.  Jeszcze dziś, 24 stycznia prezydent ma podpisać rozporządzenie w sprawie renegocjacji NAFTA, umowy między Stanami Zjednoczonymi, Meksykiem i Kanadą. A nowy, nominowany właśnie minister handlu Wilbur Ross, zresztą miliarder, tak to skomentował: ”Lepsze, korzystniejsze są umowy bilateralne, dwustronne niż wielostronne”, a  jako światowej sławy entrepreneur, wie o czym mówi. Ross podczas przesłuchania poprzedzającego jego nominację powiedział także: ”Jestem zwolennikiem wolnego handlu. Ale handlu sensownego, a nie takiego, który szkodzi amerykańskiemu pracownikowi i krajowej bazie przemysłowej”. Szkoda, że te stare jak świat zasady przez 27 lat  podobno wolnej Polski, nie docierały  do kolejnych władz, postkomunistów i platformersów, bo być może i naszą gospodarkę  i „zwijające się państwo”, nie trzeba byłoby odbudowywać niemal od podstaw.

  Wracając do wątku głównego, co to praktycznie znaczy? Ze od wczoraj  wszystko będzie inaczej.  Zadnego podwyższania podatków i marnotrawienia  pieniędzy na wciąż nowe wydatki budżetowe i  rozbudowę pomocy socjalnej na niewiarygodną skalę. Która ma mniej wspólnego ze sprawiedliwością społeczną, a więcej – widzę to w Wielkiej Brytanii – z systemem produkowania jednostek nieudolnych, roszczeniowych, nie umiejących zadbać o swoje życie  i na zawsze skazanych na tzw. „pułapkę socjalu”.  Następnie, zamrożenie zatrudnienia, a może i odchudzenie administracji państwowej? Wystarczy spojrzeć na etatystyczną Francję czy warszawski magistrat, żeby wiedzieć o co tu chodzi. Potem -renegocjacje umów międzypaństwowych na bardziej korzystne dla Ameryki – przy czym nie ma żadnego powodu, abyśmy, w ramach „Poland First!”, nie mieli ostro negocjować z Amerykanami własnych spraw.  No i stop aborcji – tymczasem finansowania dokonywania ich za granicą, a potem? Zobaczymy, co będzie potem, ale początek jest raczej znaczącym kierunkowskazem.  Wszystkie te ruchy  sygnalizują  konserwatywne podejście do życia, do biznesu, do  modelu welfare state, które winno zostać ograniczone. No i  gdzie tu „nieprzewidywalność” nowego prezydenta?   

  Zmierzam do tego, że ten cały Armagedon, media, ulica, który rozegrał się podczas kampanii Donalda Trumpa i towarzyszył uroczystości inauguracyjnej, miał tyle wspólnego ze „spontanicznym” protestem społecznym, co „spontaniczna” obecność robotników podczas manifestacji studenckich w 1968 roku.  Bo tu chodzi o wizję przyszłego świata, która tworzy się na naszych oczach oraz o rozmontowywanie lewicowo-liberalnych układów, które namnożyły się jak komórki raka na zdrowych organizmach państw i narodów, oraz pozbawianie lewicy ich  przywilejów.  Stąd ten cały harmider, zdominowanych przez lewaków mediów i organizacji pozarządowych, stąd notoryczny brak obiektywizmu brytyjskich BBC i amerykańskiej CNN,  The Washington Post oraz polskich Gazety Wyborczej i TVN24. Przecież budowanie, wznoszenie tych struktur trwało 50 lat! Od początku rewolucji kontrkulturowej, to mozolne przesuwanie na lewo myślenia o państwie, rodzinie, sekularyzacja społeczeństw, monopolizacja władzy w polityce, wielkich światowych organizacjach jak ONZ,  Unia Europejska,  Swiatowy Fundusz Walutowy, w mediach, tzw. non-profit organisations, które jak się okazało, są bardzo yes-profit, że wskażę tylko kilka kierunków działań.  Donald Trump tkwi w tej rzeczywistości nie od dziś, zna ją na wylot, i najwyraźniej zamierza się tej niszczącej tendencji rozwojowej przeciwstawić.

  Spójrzmy na hasło „America First!” - w porównaniu z socjalistycznym misjonarzem Obamą, dla którego najważniejsze były ideały lewicy, a nie dobro rodaków – cóż to za  odświeżająca perspektywa! A potem ten krótki adres  – i dobrze, bo Trump chyba lepiej czuje się w Amerykańskiej Radzie Businessu niż na trybunie – w którym opowiadał o zwykłych Amerykanach, zapomnianych i pokrzywdzonych przez arogancki i nie liczący się z ludżmi polityczny establishment. O tym, że chce tych ludzi zdjąć z zasiłku, zaoferować im pracę,  zwrócić  poczucie godności oraz szansę na przyzwoite życie.  „Nieważne, jaki jest rząd, lecz ważne czy jest kontrolowany przez naród” – mówił Trump.  I to hasło  idzie ostatnio przez świat  jak burza. Na tej fali wybory wygrał przecież i Orban i Kaczyński, a w Wielkiej Brytanii doszło do Brexitu. Nowy prezydent wiele miejsca poświęcił zapaści państwa, ubóstwu milionów ludzi, upadkowi przemysłu i edukacji, eksplozji przestępczości – zwłaszcza pośród  Afroamerykanów i Latynosów -  oraz narkomanii. Znaczące było jedno długie zdanie: „Przez wiele lat obcy przemysł bogacił się na amerykańskim, dotowano armie innych krajów przy kurczeniu się naszej, broniliśmy granic innych państw, rezygnując z obrony naszych”. Przecież to najbardziej konserwatywne orędzie  głowy państwa, skierowane do świata,  jakie  słyszałam od półtora roku!

  I teraz, czy Państwo bardzo się dziwią, że George Alagiah z BBC czy Hala Gorani z CNN zaczynają swoje wywiady z gośćmi - już  bezceremonialnie łamiąc zasady rzetelnego dziennikarstwa niemal wyłącznie sojusznikami ideologicznymi - od „ Jak zdaniem pana/i  będzie wyglądało życie w Ameryce  za kadencji najbardziej nieprzewidywalnego prezydenta Stanów Zjednoczonych?” Ciekawe, ilu z tych polityków, dziennikarzy, w Stanach, we Francji i w Polsce, rzeczywiście orientuje się o co tu właściwie chodzi, a ilu to po prostu „useful idiots”. Stawiam duże pieniądze na to, że  twórca CNN  Ted Turner czy były szef Parlamentu Europejskiego Martin Schulz  należą do tej pierwszej kategorii.  A  biedne feministki, maszerujące po ulicach amerykańskich miast, i wysłuchujące absurdalnych wystąpień  Cher czy Madonny, militanckie oddziały  ochrony środowiska czy  działaczy  pro-aborcyjnych – do tej drugiej.  W tym departamencie zaskoczyły mnie właściwie tylko dwa wydarzenia – dziwaczne wystąpienie Meryl Streep  podczas uroczystości wręczenia Złotych Globów, bardzo anty-trumpowskie, świetna aktorka, nie musiała się fatygować. Chyba że chodziło o zamieszanie dookoła nazwiska, co zwykle przekłada się na liczbę proponowanych ról w hollywoodzkich blockbusterach. I  protest – któryż to, ach któryż  raz?! – Madonny, która jednak dotąd  zasłynęła skandalizowaniem  na estradzie w kategorii „jak wiele można publicznie pokazać i nie zostać aresztowana przez policje obyczajową?”. Ale tu z kolei chodziło raczej o przypomnienie, że  kiedyś, dawno, dawno temu istniała pewna piosenkarka popowa, która dobrze się sprzedawała, a teraz - fatalnie.  To też jest interes, i w grę wchodzą duże pieniądze. Drobny przyczynek do tematu:  motywacja „zagniewanych” i „zaniepokojonych”.

                                                                        Elżbieta Królikowska-Avis. 24 stycznia 2017

   

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl