Nie mamy i nie mieliśmy szczęścia do ministrów zdrowia; i to jest chyba główna przyczyna niedomagań tej dziedziny życia państwowego i społecznego, a nie tłumaczenia, że system ochrony zdrowia jest bardzo drogi, że brakuje pieniędzy, że składka powinna być wyższa etc. Nie – złe są koncepcja, organizacja lecznictwa i moralność jego menedżerów.

            Wypowiedź ministra zdrowia, Konstantego Radziwiłła, w „Wiadomościach” TVP1 z 19 stycznia br. jest zbyt enigmatyczna, żeby mogła być zapowiedzią dobrej zmiany. Przede wszystkim skojarzyła się z deklaracją nieżyjącego już ministra zdrowia, Zbigniewa Religi. W roku 2005 na podniosłej uroczystości, wręczania zasłużonemu lekarzowi medalu Gloria medicinae ów minister w okolicznościowym przemówienia powiadomił obecnych, że „sytuacja w służbie zdrowia zacznie się poprawiać w 2007 r.” Nikt z obecnych nie śmiał zapytać ministra, dlaczego dopiero za dwa lata i na czym będzie polegać ów początek „poprawy sytuacji”. Oczywiście, jak wiemy, „sytuacja” się nie poprawiła, a przeciwnie pogorszyła za rządów Platformy „Obywatelskiej” - aż tak, że dzisiaj umiera wielu chorych, którzy nie zdążą się po ośmiu, dziesięciu i więcej miesiącach dostać do specjalisty. Najpierw muszą się zgłosić po skierowanie do lekarza tzw. pierwszego kontaktu, aby zamówić tę wizytę, trzeba od godz. 7-8 rano dzwonić do rejestracji; naturalnie dodzwonić nie sposób, bo tylu jest telefonujących,, więc chory idzie pieszo i zapisuje się w rejestracji za dwa, trzy lub więcej dni, po czym dostawszy się, jeżeli nie umrze, do lekarza internisty otrzymuje odeń właściwe skierowanie i właśnie czeka kilka miesięcy. Specjalista po zbadaniu wyznacza mu nowe terminy z kilkumiesięcznym oczekiwaniem. Choremu pozostaje jedynie modlitwa, by dożywał do tych wizyt. A lekarze – tzw. pierwszego kontaktu i specjalista – mają spokojne sumienie, że leczą. Najspokojniejsze mają zaś premier i minister zdrowia, że w całym kraju funkcjonuje system lecznictwa, składki są płacone, przez obywateli, pieniądze szeroką strugą płyną do budżetu. A że liczba Polaków w Polsce maleje – to naturalne skutki procesów biologicznych i historycznych: ponownego szukania chleba poza Ojczyzną. 

            Tymczasem kolos pod nazwą Narodowego Funduszu Zdrowia, jak to zawsze w instytucjach  centralnych tworzonych przez komunistów i ich progeniturę, wykonuje swe zadania co wynika z powyższego, opieszale, wadliwie, za to zużywa tony papieru i zapełnia niezliczone przestrzenie twardych dysków.

            Kiedy Jarosław Kaczyński był premierem, zapewniał, że w zlikwiduje NFZ, który już wtedy był funduszem narodowego niezdrowia. Ówczesny premier nie spełnił obietnicy, gdyż osaczony przez Platformę „Obywatelską”, sukcesorkę wszelkich indywiduów postpezetpeerowskich, musiał walczyć o przetrwanie. I nie przetrwał, więc system ochrony zdrowia z całą cyniczną premedytacją psuły PO i SLD, wszak była to dla tych partii gruba kiesa do podziału. Niedawno Jarosław Kaczyński, będąc w opozycji, sformułował na forum Sejmu ultimatum: albo znikną kolejki do lekarzy, albo Arłukowicz przestanie być ministrem zdrowia. Nic z tego – tercet Tusk-Kopacz-Arłukowicz był silniejszy od prezesa PiS, znienawidzonego przez popłuczyny peelerowskie w PO i jej zidiociałych adherentów, których nadal jest mnóstwo.

            Paradoksalnie – w Polsce ludowej system lecznictwa działał stokroć lepiej niż dzisiejszy. Kiedy na przełomie lat 1989 /1990 i w początkach ostatniego dziesięciolecia XX w. słyszałem wśród beneficjantów PZPR lub po prostu najzwyklejszych głupców, że za „komuny było lepiej”, czułem, się aż do bólu oszukany przez historię: jak to? Tyle ofiar w walce z tą tzw. komuną poszło na marne i społeczeństwo nie rozumie przemian! Natomiast później, gdy Akcja Wyborcza Solidarność wskutek swej, że tak powiem, nieokiełznanej nieudolności straciła władzę nad krajem i zdołała zaledwie podjąć nieudaną próbę dostosowania przedwojennych kas chorych i lecznictwem zajął się ą SLD - zacząłem się przekonywać, że w tej jednej jedynej dziedzinie: lecznictwa - „za komuny było lepiej”.

            Kiedy przeto w „Wiadomościach” TVP1 19 stycznia A. D. 2016 zobaczyłem ministra zdrowia, odetchnąłem z ulgą. Nareszcie! Przypomniano sobie o systemie lecznictwa, niczym o ugorze niezaoranym jeszcze inteligentną myślą i szlachetną intencją.

I czegośmy się dowiedzieli od ministra Radziwiłła? Ze NFZ będzie zniesiony w 2018 r. Wypisz, wymaluj wspomniane zapewnienie śp. Religi, że za dwa lata zacznie się „poprawiać sytuacja w służbie zdrowia”. Była też w tej wypowiedzi Radziwiłła gwarancja, że lekarze, którzy pacjenta leczyli w szpitalu, będą go dalej „pilotować”, bo rehabilitacja jest – jak zapewnił minister zdrowia – tak samo ważna, jak proces leczenia. Minister Radziwiłł powiadomił też, że będzie (kiedy? – w nieokreśloności) w ogóle zniesione ubezpieczenie zdrowotne. Żaden lekarz ani szpital nie będzie od pacjentów wymagać dowodów ubezpieczalnianych.

To chyba wszystko z podanych planów reformy. I nikt, z kim o tym rozmawiałem, nie umiał powiedzieć, czy przy braku ubezpieczenia zdrowotnego (kiedy ma być zniesione – też niewiadomo) - bo minister uznał ubezpieczenie zdrowotne za „niedemokratyczne, nieegalitarne - wszyscy będziemy płacić za każdą wizytę, zabiegi, pobyt w szpitalu żywą gotówką? A może wszyscy będą jednakowo opodatkowani na lecznictwo? A jeśli ktoś nie pracuje i nie chce lub nie może uiszczać składek, to będzie leczony za darmo, czyli na koszt jego współobywateli płacących składki? Ta informacja pana ministra eksploduje pytaniami, i to nie tylko absurdalnymi...  

Najgorsze, że minister nic nie powiedział o dotychczasowych trudnościach z dostaniem się do lekarzy. tzw. pierwszego kontaktu i tym bardziej do specjalisty – czy do niego nadal będziemy czekać miesiącami – niekiedy aż do śmierci?

            Czy minister Radziwiłł nie wie, że nie takich informacji i obietnic, jakimi ich uraczył 19 stycznia, oczekują obywatele Polski znękani głupotą, cynizmem i  nieudolnością swych z własnego wyboru przedstawicieli? Jego wypowiedź była jakby zakonspirowana, niczym oczywiście zachowując właściwe proporcje, czyny Arłukowicza, wymuszone postulatem Kaczyńskiego, będącego w opozycji, o jego odwołaniu, jeśliby nie zlikwidował kolejek do lekarzy. Arłukowicz przy błogosławieństwie premier Kopacz nie tylko że do tego nie doprowadził, to jeszcze utworzył stanowiska tzw. konsultantów medycznych z nieujawnionymi kompetencjami i pensjami.

            I oto po takich doświadczeniach minister zdrowia z rządu Beaty Szydło, której i któremu ufa większość Polaków, wypowiada zdania, gdzie zamiast wskazania działań, które miałyby być pojęte od razu – zapowiada ich bezterminowe rozpoczęcie albo inicjację po dwóch latach. Zamiast  ujawniania konkretów - tajemnice, niepokojące dla zdrowia i tak już zagrożonego od 1990, z kilkuletnią przerwą, narodu.  

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl