Takiej okupacji jeszcze nie było. A zdarzały się w naszym Sejmie od jego powstania pod koniec XV w. ekscesy szkodzące państwu. Można by rzec, że staropolski sejm od drugiej połowy XVII w. wywoływał i zrazem kumulował anarchię. Później doszła armia zdrajców, a wiadomo, czym się skończyło i nawet „Wieszanie” opisane przez Rymkiewicza nie pomogło...  

Od 1944 r. mamy legiony nowych zdrajców – przeróżnych. Dzisiejsi od 25 października ub. r. donoszą na Ojczyznę do Unii Europejskiej. Teraz okazało się, że mamy także warchołów. Tylko że tamci, rzekłbym, oryginalni z I Rzeczypospolitej przede wszystkim zrywali posiedzenia izby i zamykali, za przyzwoleniem władz najwyższych: króla i marszałka, posiedzenie sejmową. Na następne trzeba było czekać dwa lata po wybraniu na sejmikach nowych posłów.

Wszelako najwięksi renegaci i warchoły nie wpadli na pomysł, żeby nie wychodzić z sali sejmowania – ten wynalazek parlamentarny to współczesny wkład w anarchię polską. Być może Krzysztof Kłopotowski doznaje teraz Schadenfreude, bo niedawno w tym miejscu z iście masochistyczną rozkoszą (a może w wizji profetycznej?) przytaczał słowa Bismarcka, że w wolnym kraju Polacy „sami się wykończą”.  

A jednak ten chwyt nieopuszczania pomieszczeń deliberacji sejmowych zastosował, owszem, ten, który czuł się odpowiedzialny za wspólnotę państwową. Gdy oto królowi Sobieskiemu jego agenci, których miał wielu wśród średniozamożnej szlachty (dziś powiedzielibyśmy klasy średniej),  przekazali tajną wiadomość, że szykuje się zerwanie sejmu przy rozpatrywaniu projektu królewskiego o jednorazowych wysokich podatkach, bo Turek znów zagraża - monarcha wszedł do izby pełnej podgolonych łbów i oświadczył, że nie wyjdzie, dopóki panowie bracia (posłanek wtedy nie  było) nie zaakceptują jego dezyderatu. Mimo rozrastającej się anarchii obowiązywał jeszcze niepisany obyczaj, a obyczaj, zwłaszcza polityczny, jest częścią kultury, że  posłowie nie opuszczali izby, dopóty był w niej król. Tak więc wszyscy, z najjaśniejszym panem, przesiedzieli – nie rotacyjnie! – trzydzieści sześć godzin.  Łatwo sobie wyobrazić, co to była za tortura – mała sala sejmowa, okna maleńkie wysoko usytuowane, których najprawdopodobniej nikt nie otwierał, strasznie duszno i cuchnąco, ciemno, posłowie siedzieli na ławach bez oparć. Jak sobie radzono z potrzebami fizjologicznymi? W każdym razie chciwość i buta posłów została złamana, uchwalili podatek ekstraordynaryjny. Trzydziestosześciogodzinny paraliż parlamentu przysłużył się Ojczyźnie.   

Dziś natomiast mamy opozycję, wśród której – mogę się założyć -  nikt nie zna owego epizodu  z Sobieskim, taka ona mądra. Najlepiej się czuje na ulicy i we wszelkiej destrukcji wrzeszcząc, że w rządzie jest nierząd, w kraju nie ma wolności (wolność utożsamia z demokracją, co wydatnie świadczy o „subtelności” jej rozumowania).

Czasy Sobieskiego bezpowrotnie minęły. Piłsudski usiłował inaczej rozprawiać się z rozwydrzeniem opozycji, której głównym nurtem była endecja, jak dzisiaj ideologiczno-merkantylni  spadkobiercy PZPR-UB/SB. Przychodził do izby i zwracał się do obecnych z litewska po polsku: „poselinis sfajdanis”.

Na nic. Jan Żaryn, radykalny dziedzic Narodowej Demokracji, w niedawno wydanej książce uznał rok 1930 za czas zniweczenia przez Marszałka możliwości  pojednania się z opozycją. Akurat! Ona była podobna do dzisiejszej, choć umysłowo mniej prostacka, destabilizowała rząd, paraliżowała sejm, publicznie lżyła Piłsudskiego, jak dzisiejsza Jarosława Kaczyńskiego. Piłsudski kazał uwięzić w Brześciu Litewskim byłych jej posłów. Nie przypilnował jednak, żeby na strażników zamkniętych wybrać psychicznie zrównoważonych funkcjonariuszy, toteż bez jego wiedzy dochodziło w twierdzy brzeskiej do bicia więźniów. Ale państwo odzyskało swą moc i powagę

Czy również nasze kiedy i jak odzyska?

Sejmowy protest włoski posłów skłócił nawet Kościół; niektórzy hierarchowie głośno krytykują kard. Dziwisza, który w świątecznym kazaniu telewizyjnym wystąpił z gałązką oliwną. Współczesnej opozycji nie przekonają żadne argumenty, ona nie jest bowiem merytoryczna, podobnie  jak jej poprzedniczka z Dwudziestolecia, (jednak tamta była, jak rzekłem, na wyższym poziomie intelektualnym niż Mateusze, Ryszardy, Grzegorze, Adamy, Mazguły) sprzeciwia się nie programom politycznym w imię dobra wspólnego, a dla swych synekur; jest niemoralna: 1. paraliżuje działalność prawomocnie wybranych władz ustawodawczej i wykonawczej, 2. uwłacza godności Rzeczypospolitej i jej prawie sześćsetletniej tradycji parlamentarnej, 3. ośmiesza nas wobec społeczności międzynarodowej, 4. zagraża bezpieczeństwu, na razie wewnętrznemu, a być może – co niej daj Bóg -  zewnętrznemu, państwo skonfliktowane aż to tego stopnia staje się bowiem zawsze łakomym kąskiem sąsiadów od wieków utrzymujących się z rozbojów.

 Właśnie. Co będzie 11 stycznia, gdy do pomieszczeń sejmowych wrócą posłowie mający praworządną większość? Sala parlamentu będzie dalej okupowana przez opozycję, której głupota i nikczemność są tożsame z protestującymi przeciwko Konstytucji 3 Maja? A nie ma ani Sobieskiego, który umiał opozycję przechytrzyć, ani Piłsudskiego, który miał odwagę brutalnie ją pacyfikować. Za to mamy do cna ogłupiałą przez 45 lat PRL część społeczeństwa, która przyniosła samouwięzionym posłom… opłatek, znak pokoju.  Niejako żeby pokazać, można tu sparafrazować slogan propagandy polskoludowej: partia z narodem, naród partią - iż społeczeństwo z opozycją, opozycja ze społeczeństwem. To była istna perwersja polityczna.

Oby tylko 11 stycznia nie doszło do przelewu krwi. Czy PiS i jego adherenci mają tyle siły duchowej, żeby nie dać się sprowokować? Niech sobie opozycja protestuje, jak chce, byle bez przemocy. Pomieszczeń do odbywania sesji sejmowych jest w stolicy bez liku. A że obradować byłoby mniej wygodniej, trudno, ale większość parlamentarna takim zachowaniem lekceważącym protestującą opozycję obnażyłaby przed całym narodem jej puste warcholstwo.  

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl