Poruszenie chyba nie mniejsze niż w sprawie tzw. trybunału konstytucyjnego - że tracimy swobody obywatelskie, bo władza nie dopuszcza dziennikarzy do wiedzy o swych poczynaniach.    

Odpryski owych wrzasków znalazły się i na naszym portalu. Z Andrzejem Stankiewiczem rozmawia (16 bm.) Błażej Torański. Rozmówca skarży się, że „nie będziemy mogli (my, dziennikarze - J. W.) wykonywać fundamentalnych zadań”, demaskować złego rządzenia państwem. Stankiewicz jest jednak na tyle inteligentny, iż w przeciwieństwie do drugiego zakamieniałego przeciwnika PiS z łamów „Rzeczpospolitej” - Michała Szułdrzyńskiego - zdaje sobie chyba sprawę ze swej  nieco apriorycznej i w pewnym stopniu demagogicznej krytyki Prawa i Sprawiedliwości, gdyż w ostatnich miesiącach mniej, zdaje się, drukuje na łamach tego dziennika tekstów dezawuujących frontalnie politykę Jarosława Kaczyńskiego i jego partii.             

Natomiast nasz kolega Marek Palczewski podejmując tego samego dnia na naszym portalu ten temat przywołuje właśnie Michała Szułdrzyńskiego.   

            Stankiewicz powiada, że to dobrze, iż nie wszyscy dziennikarze mogą wchodzić (za przepustkami oczywiście) do Sejmu, gdyż trzeba mieć doświadczenie i wiedzieć, jak pracować w obsłudze parlamentu (on oczywiście wie) i być właściwie ubranym; powinno się reprezentować redakcję „zarejestrowaną zgodnie z prawem prasowym” (na którym, mówiąc na uboczu, ciążą wciąż proweniencje polskoludowe), a nie jakiś tam pierwszy lepszy portal Ciekaw jestem, czy nasz portal byłby w mniemaniu Stankiewicza owym „pierwszym lepszym”, a koleżanki i koledzy piszący doń byliby godni ubiegać się o przepustkę do Sejmu. Szkoda że Torański nie zapytał go o to, gdyby bowiem Stankiewicz z wysokości z swej pozycji dziennikarskiej orzekł, że nie moglibyśmy dostąpić zaszczytu pisania relacji sejmowych, poprawilibyśmy jakość naszego pisania i redagowania…

Ale sam postulat dzielenia instytucji medialnych na godne i niegodne kojarzy się brzydko – z czasami, kiedy władza wyalienowana ze społeczeństwa decydowała o redakcjach „słusznych” i „niesłusznych”. W latach dziewięćdziesiątych Stankiewicz był na studiach dziennikarskich UW wyróżniającym się uczestnikiem grupy, z którą miałem zajęcia warsztatowe. Wyglądał na lat dwadzieścia kilka, więc miał pewne, że tak powiem, doświadczenie peerelowskie – czy to bezpośrednio życiowe, czy dziedziczne rodzinne, może więc genezą tego pomysłu dzielenia redakcji jest właśnie tamta niby-Polska?

            Rozbudowuje on też wizję owych „ograniczeń”, że np. do Sejmu mogliby wchodzić dziennikarze z pięcioletnim stażem i co roku trzeba by „weryfikować, czy ktoś nie zmienił tematyki”. Po słowie „weryfikować” już wiemy na pewno, że umysłowo dojrzewał w PRL i pod wpływem jej dyktatury. Tylko dlaczego Torański nie „łapie” go in flagranti  na tym „weryfikowaniu” i nie zarzuca mu replikowania dążeń peerelowskich strażników do tolerowania jedynie „słusznych”  mediów?

            Dalej Stankiewicz przyznaje, iż uważa, że wydanie dwu przepustek jednej redakcji jest stanowczo  za mało. Ma więc być wedle niego  nadal tłoczno w kuluarach i na korytarzach gwarno jak na bazarze? Nie rozumie, dlaczego rząd chce „zamknąć” dziennikarzy w jednym budynku, raczej pomieszczeniu. Owo zaś niezrozumienie jest, delikatnie mówiąc, nieprawdą.

Stankiewicz może się i nie przepychał przez gromady dziennikarzy z mikrofonami, kamerami, notesami, bo interesowali go głównie politycy PO (rzadziej z PSL) i do nich miał zawsze i wszędzie dostęp poza kolejką, nawet prywatnie. Jest bowiem, chociaż w tej wypowiedzi udzielanej Torańskiemu pozuje na bezstronnego, fanatycznym zwolennikiem i chwalcą formacji rządzącej przed ostatnimi wyborami. Jak już pisałem na naszym portalu,  po stu dniach rządów Donalda Tuska opublikował książkę omawiającą ten czas rządzenia; nie wiem, co ona warta, nie czytałem i nie widziałem jej w żadnej księgarni, natomiast byłem na promocji i stąd wiedza, że ocieka dytyrambami na cześć byłego premiera.

Marek Palczewski („Cenzura w Sejmie?...”) też jest oburzony projektem marszałka Kuchcińskiego, a podstawą motywującą ową dezaprobatę są oceny wspomnianego Michała Szułdrzyńskiego. Ach, ten dziennikarz niemal łka, że demokracja jest w zaniku, gdyż Sejm nie wpuszcza dziennikarzy. Tu dopiero widać ukąszenie peerelem.  Dlaczego Palczewski nie konstatuje, że w tej opinii jest zbyt dużo przesady, tylko przyjmuje ją, jakby określił Stankiewicz, bez żadnych weryfikacji.

Co gorsza – szanowny kolega Palczewski nie piętnuje kłamstwa i Szułdrzyńskiego, i Jarosława Kurskiego, z „Gazety Wyborczej”. Obaj twierdzą, jakoby projekt ograniczenia przestrzennego pobytu dziennikarzy podczas sesji sejmowych był niezgodny z Konstytucją RP. Dziennikarz z „Gazety Wyborczej” jest perfidny, bo nawet wskazuje art. 61, który miałby być gwałcony przez marszałka Kuchcińskiego. Liczy, że czytelnicy jego gazety nie przeczytawszy, uwierzą – kłamstwa obliczone na niewiedzę odbiorcy są permanentnymi trikami propagandowymi pisma Michnika. Dziwić się zatem trzeba, że Marek Palczewski, dziennikarz i zarazem naukowiec medioznawca  tego nie wie, a może wie, lecz idzie  śladami Kurskiego. Tymczasem odnośny artykuł nakazuje jedynie w czterech punktach władzom państwowym udostępniania wiadomości o swych działaniach. Jak to się ma do treści wypowiedzi Palczewskiego, Stankiewicza, Szułdrzyńskiego? Jak materialność do maligny…

            Palczewski puentuje swe wywody, rzekłbym: szantażem, że jeśli zamierzenie  marszałka Sejmu wejdzie w życie, to podzieli nasze środowisko na dziennikarzy „swoich”,  „lepszych” i „gorszych”. Skąd taka groźba? Przecież samo ograniczenie liczby dziennikarzy i przestrzeni, gdzie mają pracować w czasie sesji Sejmu, nie zapowiada w żadnym razie   „dzielenia” dziennikarzy na lojalnych i krytycznych. Znów odezwały się nawyki z przeszłości. Albo Marek Palczewski popłynął na fali niechęci do wszystkiego, co kojarzy się z PiS…

            Palczewski i Stankiewicz przystrajają się w pstrokate szaty orędowników wolności słowa, a przecież z ich wypowiedzi wyziera aż nazbyt wyraźnie irracjonalna niechęć do formacji zwycięskiej w ostatnich wyborach. Do wszelkich abominacji lub sympatii każdy ma prawo, ale od dziennikarzy kultura ich zawodu wymaga, ażeby perswadując społeczeństwu swe racje, nie abstrahowali od faktów, konkretów, nie przekazywali mu swych zmyśleń, bo dziennikarstwo jest, jak nauki przyrodnicze, ściśle związane z empirią. Bez niej wszelka wypowiedź dziennikarska staje się kłamstwem.  

Jacek Wegner

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl