Oto paradoksy historii - wyzwolenie spod dyktatury, uzyskanie wolności skłania niektórych publicystów, nawet zasłużonych w kulturze umysłowej, do olśniewania czytelników nonsensami.
Nasz prezes honorowy, Stefan Bratkowski, skojarzył przed kilku laty marsz w rocznicę tragedii smoleńskiej zwolenników PiS z marszem Mussoliniego na Rzym. Napisał w „Forum Dziennikarzy” dawnej formuły że Wódz - Jarosław Kaczyński - wezwał do obalenia legalnych władz państwa, do unicestwienia „naszej” demokracji. Trzeba zatem – konkluduje - „rodzącemu się faszyzmowi po prostu zagradzać drogę”.
I nagle po latach, 29 listopada A. D. 2016, w „Rzeczpospolitej” Jerzy Surdykowski, były wiceprezes SDP, wysoce wykształcony, zachowujący się w stanie wojennym niezawiśle, jak i Bratkowski oraz dziesiątki koleżanek i kolegów, teraz w felietonie „Daleki horyzont” (nb. frazeologia kłania się redaktorowi Surdykowskiemu, gdyż horyzont nie jest nigdy daleki czy bliski, natomiast bywa szeroki lub wąski) wyraził podobne lęki. Chociaż może finezyjniej, przynajmniej na początku swego felietonu: niby broni poczynań politycznych prezesa PiS, że on wbrew obiegowym opiniom wcale nie „prowokuje konfliktów, nie antagonizuje ludzi i środowiska”; po prostu dąży do zawładnięcia Polską, więcej: do przeobrażenia jej w państwo totalitarne pod swą wyłączną władzą. Toteż sięga do autorytatywnego wzorca konstytucji kwietniowej 1935 r. Tu więc były wiceprezes SDP zapomniał, że owa „autorytarna konstytucja kwietniowa” ocaliła ciągłość państwa polskiego, legitymizowała bowiem utworzenie samoistnego rządu RP na wychodźstwie. Piłsudski podpisał ją dlatego, żeby uśmierzyć rozwydrzoną demokrację, ustabilizować rządzenie państwem i właśnie w poczuciu nieomal profetycznym na wszelki wypadek, gdyby Polska postradała suwerenną władzę nad swym terytorium. Z dwóch pierwszych powodów podobna ustawa zasadnicza byłaby dziś zbawienna. Jednak lider PiS nie dąży niestety, przynajmniej na razie, do uchwalenia nowej konstytucji. Za to jego kapryśny koalicjant Kuzkiz15 głosi potrzebę tego dokonania. I chwała mu.
Im bliżej końca felietonu, tym więcej głupstw. Na przykład zdaniem byłego wiceprezesa SDP reforma pisowska szkolnictwa jest zasłoną dymną „dla wprowadzenia programów nauczania będących kuźnią «nowego patriotyzmu» młodzieży opartego na upadłych powstaniach, kulcie Żołnierzy Wyklętych i smoleńskiego bohaterstwa (bohaterstwa?)”. Surdykowski naczytał się widocznie książek i artykułów niedawno zmarłego akademika Janusza Tazbira, który w artykule drukowanym swego czasu w „Polityce” zarzucił polskiej literaturze, choć nie był literaturoznawcą, że kreowała na bohaterów narodowych jedynie „nieudaczników”, dopiero w PRL pojawili się prawdziwi bohaterowie, którym się udało; exemplum film i dzisiejszy serial… „Stawka większa niż życie”, z fabułą przecież o proweniencjach literackich, a że tandetna, to nieważne.
Ślady myśli Tazbira i Stefana Bratkowskiego czytelnik felietonu Surdykowskiego znajdzie nadto sporo w ostatnim akapicie i aż oczy przeciera. Autor przyznaje bowiem, że przeraża go wizja prominentów PiS, którzy chcą stworzyć Polskę: 1. autorytarną, 2. upaństwowioną, 3. klerykalną, 4. anachroniczną i 5. sarmacką.
Ad. 1 Po pierwsze, nie każdy autorytaryzm z definicji jest zły. Gdyby go w I Rzeczypospolitej było więcej nie niż tylko Jana Zamoyskiego, a w Drugiej gdyby trwał dłużej, przerwany śmiercią Piłsudskiego, nie byłoby być może obu katastrof państwa. Po wtóre – w dzisiejszej Polsce przed 25 października zeszłego roku było tego autorytaryzmu w wydaniu Tuska tak dużo, że premier arcyskutecznie, więc właśnie autorytarnie, zasłonił przed opinią publiczną niezliczone oszustwa, które trzeba teraz przy wrzaskach pogrobowców PO niszczyć mozolnie i wytrwale.
Ad. 2 Co to znaczy „Polska upaństwowiona”? Powinna być inna, nie państwowa – teoretyczna? Stać się skrawkiem Unii Europejskiej? A może trwać w rozproszeniu na samoistne regiony: śląski, kaszubski? Należeć jak spłacheć do Federacji Rosyjskiej? Muszę zapytać politologa, co to znaczy „Polska upaństwowiona”, czy Francja i Wielka Brytania, Stany Zjednoczone też mogą być upaństwowione? Nie da się ukryć, zaskakujące myśli Surdykowskiego wprowadzają twórczy ferment w życie publiczne.
Ad. 3 W ubeckim dossier jestem nazwany „zagorzałym klerykałem” – dlatego że w niedzielę
i święta uczestniczyłem we mszach świętych, byłem bowiem indoktrynowany przez kler katolicki. „Gazety Wyborcza”, jakże bliska ideologicznie i merkantylnie obu prezesom, jednemu honorowemu, drugiemu byłemu wiceprezesowi, wyśmiała nas z SDP i Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, że 24 września zorganizowaliśmy sobie pielgrzymkę na Jasną Górę, a więc jako klerykałowie będziemy naszych czytelników uzależniać od głupoty. A powinniśmy obstawać, żeby w Polsce zamiast spotkań religijnych odbywały się publiczne konwentykle i pochody uliczne dewiantów - wtedy Polska nie byłaby klerykalna, a tymczasem księży wszędzie pełno i wciąż pouczają Polaków, jak powinni się zachowywać. To jest nie do przyjęcia przez światłych postępowców młodej i starszej generacji – to jest klerykalizm niszczący świeckość „Polski, nieupaństwowionej” (jeszcze).
Ad. 4 Tu prześwietnemu intelektualiście chyba pomyliły się słowa albo uderzał w niewłaściwie klawisze – zapewne chciał napisać konserwatywna, bo anachroniczna to nie bardzo wiadomo wobec czego miałaby być taka. Natomiast konserwatyzm to jednoznaczne zaprzeczenie postępu, teraz definiowanego marksistowsko. A przecież Polska jedynie tak postępowa, nie anachroniczna wobec swych dziejów i wyzwolona ze swego nieszczęsnego katolicyzmu, jest w stanie uratować dusze i umysły Polaków, wyprowadzić ich z prowincjonalizmu, kulturowego zaścianka, grajdołu umysłowego i wreszcie po ponad tysiącletnim uzależnieniu od głupoty religijnej i patriotycznej, wznieść się na poziomy postmarksitowskiej poprawności politycznej. Tylko że Surdykowski nie wie, że znakomita większość Polaków chce, aby wszelkie pozostałości „postępu marksistowskiego” pozostały tam, gdzie ich jedyne stosowne miejsce - na śmietniku historii.
Ad.5 Zdaje się, że dawny wiceprezes SDP w roli dzisiejszego mędrca nie wie też, co to jest sarmatyzm. Polecam przeto historię literatury Ignacego Chrzanowskiego, zwłaszcza fragmenty odnoszące się do twórczości największego epika końca XVII w., Wacława Potockiego, tudzież książkę Tadeusza Mańkowskiego „Genealogia sarmatyzmu”. A nawet rozprawy wspomnianego Tazbira, którego ocena tego nurtu dziejowego jest ambiwalentna, a nie stygmatyzowana piętnem „zacofania”. Żeby autorowi „Dalekiego (w znaczeniu szerokiego) horyzontu” ułatwić zrozumienie proponowanych lektur, to od razu wyjaśniam, że sarmatyzm jest pojęciem nader bogatym w znaczenia historyczne: obyczajowe, kulturowe, wspólnotowe, państwowe, narodowe etc. Jaką tedy antywartość, jaką destrukcję sarmatyzmowi przypisuje Surdykowski, że jest mu przydatny do postponowania Kaczyńskiego i PiS? Ciekawy problemat.
Jednak mniejsza o powyższe kwestie. Surdykowski boi się prezesa PiS, wprawdzie może mniej niż Bratkowski, który straszył nas i siebie, że lider PiS chciał dokonać faszystowskiego zamachu stanu, prezes honorowy SDP we wczesnym dzieciństwie przeżył jeden, nazistowski, i nie może jeszcze dzisiaj przezwyciężyć tamtej traumy. I Surdykowski również się boi. Że Kaczyński w „dalekim horyzoncie” doprowadzi Polskę do zguby.
Jak psychiatria nazywa syndrom strachu przed tym, co się sobie wyobraża przy lekceważeniu empirii albo przy podporządkowaniu jej do swych fantomów? Obaj prezesi, w tym jeden były, cierpią w różnym nasileniu na te same zaburzenia określane uczenie mianem paranoi; tym ona w nich wyrazistsza, że zintegrowana z megalomanią. A taka symbioza wyklucza trzeźwe widzenie świata i skazuje na jego opisywanie w wymiarach nonsensów.
Czy jesteśmy w stanie pomóc naszym obecnemu prezesowi honorowemu i byłemu wiceprezesowi w wyzwoleniu swych jaźni z lęków, a umysłów z absurdów?
Jacek Wegner
