Stary, znany jeszcze z PRL (a może i wcześniejszy) sposób, by adwersarza wystawić na pośmiewisko, by zniechęcić czytającego do czytania tego, co adwersarz napisał, polega na tym, że pomawia się owego adwersarza o… nadmiar emocji, które prowadzą go do utraty kontroli intelektualnej nad tym, co pisze.
Szkoda wielka, że takiego właśnie „chwytu” użył red. Jacek Wegner, polemizując z mim felietonem „Czas >>właściwy<< i >>niewłaściwy<<. Felieton ów zaś – był polemiką z jego tekstem „Sens>>Wołynia<<”.
Już w pierwszych słowach tekstu Jacek Wegner przypisuje mi „święte oburzenie”, co jest elegancką wersją słowa „oszołomstwo”. Dalej też zarzuca mi „nadmiar adrenaliny” (w domyśle: w miejsce namysłu i zdrowego rozsądku).
Zapewniam więc najpierw red. Wegnera, że pisząc swój felieton polemiczny z tekstem wyżej wymienionego o filmie „Wołyń” byłem – jak napisał kiedyś ś.p. Leonard Cohen – cold as a new razor blade. Że mnie lekko „rzuciło” po przeczytaniu inkryminowanego felietonu to fakt. Ale gdy usiadłem do pisania, byłem już zupełnie spokojny, bo tego wymagało zebranie argumentów w polemice.
Polemika z moją polemiką, którą natychmiast opublikował Jacek Wegner, nie wniosła absolutnie nic nowego – poza wspomnianym wyżej zarzuceniem mi histerii publicystycznej. Wegner nie ustosunkował się merytorycznie do żadnego z zadanych mu przeze mnie w moim felietonie pytań. Porównał za to dzisiejszą Polskę do PRL, gdzie – jak pisze – nie atakowało się autorytetów antykomunistycznych, żeby nie dostarczać amunicji (argumentów) czerwonym ideologom w walce z owymi autorytetami. Zdaniem Wegnera dziś jest podobnie – nie powinno się dawać żadnych argumentów naszym adwersarzom czy wręcz wrogom (politycznym, moralnym, kulturowym, światopoglądowym etc. etc.), zwłaszcza tow. Putinowi, który chce nas „połknąć” i osłabienie morale Ukraińców może ten proces przyspieszyć.
Przedkładanie wątpliwych koncepcji „geostrategicznych” nad prawdę polską, z takim trudem torującą sobie drogę po ’89 r. jest zabiegiem… powiem: dziwnym. Zapytałem w swoim felietonie mego adwersarza, kiedy jego zdaniem będzie „dobry czas” na Polską Prawdę i czy jest w stanie przytoczyć takie momenty z powojennej historii naszego kraju, gdy taki czas był i został wykorzystany. Za taki moment – ale bardzo, bardzo krótki! – można by z biedą uznać czas tuż po Sierpniu’80. Ale zaraz pojawili się różni mądrale i znów była jedynie zadyma, awantury w gazetkach związkowych, ciut ciut sporu w publicznych mediach. To wszystko. Co było potem – wie Jacek Wegner równie dobrze, jak ja i wszyscy Polacy: ruszyła fala kłamstwa wzmacniana SB-eckim terrorem. A potem Okrągły Stół… Ech… Szkoda czasu!
Toteż stanowczo odrzucam argumenty Jacka Wegnera, które w gruncie rzeczy nie odnoszą się do meritum sporu. Mamy jako naród prawo do mówienia o naszej historii, do sporów o nią, ale w obrębie własnego podwórka, bez oglądania się na Ukraińców (którzy eskalują antypolonizm dzień po dniu), Putina (który i tak zrobi, co sobie zaplanuje i żadna Ukraina mu nie przeszkodzi, a już na pewno nie pomoże nam) i innych. Nie należy też w żadnym wypadku pchać się na siłę z „Wołyniem” na Ukrainę ani gdziekolwiek indziej – Smarzowski nakręcił ten film dla Polaków; kto na świecie chce, niech go ogląda, ale niech nie robi nam łaski, bo to upokarzające.
Zaś Jerzego Biernackiego zapytam tylko: w którym miejscu mojego felietonu polemicznego z tekstem Jacka Wegnera ja wzywam do pokazywania koniecznie tego filmu Ukraińcom? Mnie się wydaje, że napisałem dość jednoznacznie i wyraźnie: nie pchać się tam! Natomiast chylę czoła przed Wojtkiem Smarzowskim za to, że film nakręcił!
No a już argument kol. Biernackiego, żeby najpierw do Polskiej Prawdy, czyli tzw. prawdy prawdziwej, przekonać Unię Europejską i tą drogą szukać możliwości dotarcia z tą prawdą do Europy i dalej uważam za… powiem łagodnie: chybiony. Czy Jerzy Biernacki nie obserwuje tego, co obserwują wszyscy zainteresowani sprawą - że Unia Europejska przyjmuje każdą „narrację” (to dobre słowo, bo pokazuje, że treść zależy nie od faktów, a od narratora!), która jest przeciw Polsce?
Nie znajduję innych argumentów jak te, które przynosi nasza polska codzienność AD 2016. Sojuszników mamy, jakich mamy, wrogów także. Musimy z tym żyć.
Ale od mrzonek trzymajmy się z daleka.
I myślmy raczej po polsku, bo to w naszym kraju wcale nie jest takie powszechne.
