Swiat w szoku, nowy, 45 prezydent Stanów Zjednoczonych – po wystąpieniu inauguracyjnym. Bardzo wyważonym i bardzo koncyliacyjnym, co potwierdza opinię przyjaciele Donalda Trumpa, że początkowa ostrość i brutalność haseł , to próba zaistnienia, wyróżnienia się z gromady kandydatów, „po czym nastąpi ucywilizowanie zachowań i złagodzenie emocji". Trump mówił: ”Będę prezydentem wszystkich Amerykanów. Czas, by Ameryka zagoiła rany podziałów”. A dlaczego tę niespodziewaną prezydenturę nazywam zwycięstwem demokracji? Bo o ile kandydatura Hillary Clinton została wskazana przez lewicowo-liberalny polityczny establishment, Donalda Trumpa wybrali obywatele, Amerykanie.
Wieści o kolejnych sukcesach Trumpa cyrkulowały po świecie głównie z pomocą tygodnika z wyższych sfer „Hello!”, który rejestrował kolejne wystawne wedding parties, jak dotąd trzy, oraz otwarcie jego największych inwestycji, międzynarodowej sieci Trump Tower, kasyna, bajeczne spa resorts, budowle, które stanowiły nowe akcenty w wielkich metropoliach świata. Potem program TV „The Apprentice”, który prowadził przez 14 sezonów, gdzie dzielił się swoim bogatym biznesowym doświadczeniem. A od chwili rozpoczęcie długiej kampanii prezydenckiej, zawsze można było liczyć na liberalny establishment oraz media, chętne by zmieszać Trumpa z błotem – że przypomnę kilka ostatnich komentarzy mandarynów Unii Europejskiej. „Trump, to zagrożenie dla demokracji” – komentował, choć nie powinien, prezydent Francji Hollande. „Ja głosowałbym za kobietą” – mówił oględnie Jean-Claude Juncker, „wybór Trumpa to katastrofa dla świata” – poszedł jak zwykle na całość Martin Schultz. W podobnym tonie wypowiadał się sztab wyborczy Hillary Clinton, stacja CNN, The Washington Post, New York Times, brytyjski Guardian, włoska La Unita, niemiecki Zueddeutsche Zeitung i polska Gazeta Wyborcza. We właściwym odczytaniu układu sił i racji pomógł mi pewien wywiad z Rudolfem Giulianim, który od początku wspierał Donalda Trumpa i wskazywał na rolę, jaką w kreśleniu fatalnego wizerunku Trumpa odegrała partia demokratów, powiązane z nią media, fundacje i rozmaite progresywne organizacje pozarządowe. I wskazał na „korytarz informacyjny”, gdzie wypowiedzi Hillary Clinton i innych liczących się demokratów, były potem nagłaśniane przez sojuszników w Europie, Azji i Australii. Od początku tej kampanii prezydenckiej role zostały podzielone: światowa lewica za Clinton, prawica - Fox News, murdochowski Sky News, prezydent Węgier, były premier Australii Tony Abbott, amerykańska Polonia od czasów prezydenta Reagana głosująca na konserwatystów - za Trumpem.
W całym tym wyborczym galimatiasie, moją uwagę przykuły dwa, zdaniem moim, najważniejsze fakty. 1/ że Ameryka dojrzała do zmian. I 2/ że Donald Trump jest pierwszym amerykańskim politykiem, który miał odwagę przeciwstawić się tyranii politycznej poprawności, bez kluczenia i krygowania się jak robią to republikanie. A konsekwencje obu tych faktów ujawniły się przy urnach wyborczych. Ameryka wydaje się tak zmęczona i gotowa na zmiany, że wolała głosować za kandydatem spoza establishmentu, na „wielką niewidomą” i „znaki zapytania”, niż na kontynuację znanej i nisko ocenionej polityki demokraty Baracka Obamy. Wybór jakby nie było „czarnego konia” był ruchem dość desperackim, ale pokazywał dramatyzm nowej sytuacji , która nabrzmiewała od lat aż pękła 8 listopada. O jakie zmiany chodzi? Przez 40 ostatnich lat następowało przesunięcie na lewo myślenia o państwie, polityce, społeczeństwie, rodzinie, religii, roli mediów, edukacji młodzieży, powinności sądów, etc. Krok po kroku eliminowano z życia wszystko, co łączyło się z dotychczasowym porządkiem cywilizowanego świata, w istocie nie było segmentu życia państwa, obywateli, która nie uległaby transformacji. I tak cały europejski dorobek moralny i prawny znalazł się w koszu, a przykazania dekalogu zastąpiła ideologia politycznej poprawności, „ biblia naszych czasów”, tkwiąca korzeniami w myślowym dorobku Rewolucji Francuskiej. Czasem te zmiany odbywały się przy pomocy demokratycznych wyborów, ale jeśli „narody nie dorastały do demokracji”, następowały próby podważenia legitymacji do rządzenia zwycięskiej partii - ostatnie przykłady, to Węgry, Polska, kwestionowanie legalności Brexitu, no i zobaczymy czy teraz protesty „w obronie demokracji”, nie rozleją się po Stanach Zjednoczonych. A więc owe zmiany, do których dojrzały Stany Zjednoczone, znaczą koniec, albo wyhamowanie tyranii lewaków. Czy to dziwne, że Amerykanie potraktowali Trumpa – do końca nie wiadomo czy słusznie – jak swojego sojusznika?
W przestrzeni medialnej krążą mity, które liberalne media podają za prawdę, i które nawet konserwatywni dziennikarze łykają jak indyk kluski. Zamiast więc powtarzać je za Washington Post czy CNN – czy nic państwu nie mówi fakt, że jeden z wysłanników TVN27 relacjonował z Atlanty? - dobrze jest patrzeć i dodawać jedno do drugiego. Hasłem wyborczym Trumpa było „to make America great again”, „uczynić Amerykę znowu wielką”. Jak by na to nie spojrzeć, jest to hasło konserwatystów. No i Hillary Clinton i jej „ Stronger together”, raczej odniesienie do PR , organizacji mityngów i psychologii sukcesu? Kolejny mit – Trump nie ma programu, a Clinton ma. Przepraszam, ale żaden z kandydatów ani na chwilę nie zająknął się na temat programu, bo w kampanii prezentuje się jedynie „kiełbasę wyborczą”, czyli obiecuje wszystkim wszystko. Co do Trumpa, do dziś nie znamy jego programu, ale Clinton, owszem, znamy. Z agendy demokratów i dotychczasowej polityki Baracka Obamy, która miała być kontynuowana. A więc aborcja, eutanazja, sekularyzacja społeczeństwa / co potwierdziły przecieki Wikileaks, gdzie demokraci w niewybredny sposób krytykowali katolików/, pacyfizm, który pozwolił Rosji rozgrywać swoje sprawy na Krymie, potem na Wschodniej Ukrainie, a ostatnio na Bliskim Wschodzie. Było tam także coś o Polakach, „którzy stawiają Amerykanów pod ścianą”. Trump plótł wprawdzie trzy po trzy o tym, że „chciałby uścisnąć dłoń Putina”, ale to demokraci, jako programowi pacyfiści – co pokazały długie rządy Obamy - dążyliby do porozumienia z Rosją. To nie są bajania lewicowych mediów, to są fakty.
Kolejny mit - „Donald Trump to człowiek spoza politycznego establishmentu i nie ma pojęcia o mechanizmach rządzenia”. A Barack Obama miał? Przecież całe życie spędził na campusach uniwersyteckich, potem trochę w senacie stanu Illinois, więc całe to gadanie jest funta kłaków warte. Następna wrzutka: Trump – skandalista. Nie podobał mi się jego sposób opowiadania o kobietach, to że wyzyskując lukę prawną, latami nie płacił podatków, jego snobizm i wzięcie nuworysza. Jednak choć są to sprawy naganne czy też niesympatyczne, nie był wówczas politykiem, który w Ameryce jest jednak rodzajem role model, wzorca osobowego. A kłopoty Hillary Clinton są jednak znacznie poważniejsze: nigdy nie wyjaśnione zarzuty korupcyjne w czasach kiedy jej mąż Bill był gubernatorem w Arkansas, bliski impeachment Billa – prezydenta, który skłamał pod przysięga, fatalne decyzje Hillary w sprawie Libii, kiedy była sekretarzem stanu, wykłady za 500 tys. dolarów w zamian za usługi dla rozmaitych firm, przyjmowanie bardzo wysokich donacji np. od Arabii Saudyjskiej, znanej z łamania praw obywatelskich. No i używanie prywatnej skrzynki mailowej w sprawach państwowych top secret i narażanie bezpieczeństwa kraju. Czy w tych zarzutach Trumpa i Clinton jest jakaś symetria? Nie ma żadnej. Następny mit, transmitowany przez liberalne media: ten rasista Trump. Otóż, czy może być rasistą człowiek, którego dwie z trzech żon, to cudzoziemki? Pierwsza, Ivana, to Czeszka, a ostatnia, Melanie, to Słowenka, i na pięcioro dzieci, czwórka, to półkrwi Czesi i Słoweńcy. Te wszystkie sagi o „murach na granicy z Meksykiem”, „zakaz wjazdu do Stanów przez muzułmanów”, nie mają nic wspólnego z rasizmem, to raczej serwituty na rzecz kampanii wyborczej. Wiedza o podwyższonym poziomie lęku Amerykanów z powodu przypadków terroryzmu, no i o tym, że Latynosi, zwłaszcza na południu Stanów, mocno podbijają w górę statystyki policyjne.
To, co się zdarzyło ostatniej nocy w Stanach Zjednoczonych, to sygnał kryzysu zaufania do lewicowych elit i kierunku, w jakim prowadzą świat. Kilka lat temu ten trend pojawił się na Węgrzech, rok temu w Polsce, ostatnio w Wielkiej Brytanii. To się nazywa karaniem politycznego establishmentu przez wyborców. Za demagogię, arogancję i styl sprawowania rządów, za bezwzględne karanie tych, którzy mają inne zdanie - słynne „Hitlerem w prawicę” - za tyranię poprawności politycznej i odbieranie ludziom ich poczucia bezpieczeństwa. Ten nurt - nazywany przez amerykańskich demokratów, Unię Europejską czy agendy ONZ populizmem - narasta i będzie nabierał wigoru. A tymczasem świat zalewa fala hejtu - proszę tylko spojrzeć na CNN, BBC czy TVN24. Czy nawet Polskie Radio24, gdzie dyrektor katedry amerykanistyki Uniwersytetu Warszawskiego powiedział dziś: „na Trumpa głosowali ci, którzy nie chcą PP, co jest zrozumiałe, no i nie chcą przyzwoitości w polityce”.
Elżbieta Królikowska-Avis. 9 listopada 2016
