Okazuje się, że ci, którzy zabronili wyświetlenia „Wołynia” w Kijowie, więcej, ci, którzy uważali, że ten film w ogóle jest zupełnie niepotrzebny (bo jątrzy!) mieli i mają rację… Bardzo przepraszam za szokujące sformułowanie, ale nie moje ono jest, a mojego starego znajomego, mojego szanownego i szacownego kolegi z Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP, mojego bardzo, bardzo dawnego Mistrza jeszcze z moich lat przedstudenckich – słowem red. Jacka Wegnera, także sąsiada z tych łamów.
Jego felieton „Sens >>Wołynia<<”? powoduje, że niedowierzanie miesza się u mnie z totalną rezygnacją. No bo jeśli intelektualista tej miary wypisuje rzeczy, za które powinien się – jako dobry Polak – wstydzić, rzeczy, które - gdyby sprawę rozpatrywać w szerszym historyczno-politycznym kontekście – powinny prostą drogą prowadzić do totalnego przewartościowania polskiego idiomu historycznego? To co o tym myśleć?
Tezy Jacka Wegnera sprowadzają się w gruncie rzeczy do dość prostej konstatacji: „Wołynia” nie należy teraz pokazywać (to co, na półkę położyć i czekać?!), pewnie też promować, bo to przeszkadza polsko-ukraińskiemu „pojednaniu”… Tak, Jacek Wegner naprawdę to napisał… Że film wszedł na ekrany w nie najwłaściwszym „momencie polityczno – historycznym.”
Wegner jest historycznym erudytą, więc historię stosunków Polski z krajami sąsiednimi przytacza wyczerpująco. Nie wiadomo tylko, po co. Erudycyjny popis ma zapewne pokazać, że zawsze to nasze wschodnie pogranicze było zapalne, ergo – z Ukraińcami należy obchodzić się jak z nie najświeższym jajkiem, jeżeli chcemy się z nimi w końcu „pojednać”. Publicysta nie słyszał zapewne wielkiego przeboju „Budki Suflera” „Do tanga trzeba dwojga”, ale przecież musi tę starą prawdę znać skądinąd. Więcej – jako katolik wie zapewne, że wybaczenie wymaga skruchy i wyznania win oraz – w miarę możliwości – naprawienia krzywd. Tymczasem na Ukrainie nie ma o tym mowy – antypolski szowinizm dobrze się tam czuje i tylko polskie elity polityczne (i część intelektualnych), zwane trafnie przez red. Michalkiewicza „Zasrancen”, jednać się chcą z Ukraińcami za wszelką cenę, wbrew faktom i zdrowemu rozsądkowi. Przyświeca im szczytny cel: Ukraina ma stanowić dla Polski zaporę przed zapędami Władymira Władymirowicza Putina…
To, co napisał Jacek Wegner, obraża nie tylko pamięć ofiar ukraińskiego ludobójstwa, których męczeństwem usiłuje się obecnie manipulować; obraża także tych, którzy o tę prawdę walczą niemal od początku istnienia III RP; obraża Prawdę jako dobro jedno z najwyższych, bo namawia do żonglowania nią w zależności od politycznej koniunktury.
Wobec tego zadam Autorowi „Sensu >>Wołynia<<” jeszcze tylko kilka pytań – i dam tej żenującej sprawie spokój.
Kiedy Autor widziałby właściwy moment na nakręcenie i pokazanie publiczności filmu takiego, jak „Wołyń?
Czy Autor rozumie fakt, że filmu „Smoleńsk” nie chcą wyświetlać w Berlinie, a filmu „Wołyń” w Kijowie? Zaś „Katyń” pokazano w Moskwie chyba tylko dlatego, że nakręcił go Wajda. „Historii Roja” Jerzego Zalewskiego nie chciano nawet na gdyńskim festiwalu…
Niemcy nie życzyliby sobie z pewnością oglądać wielu innych polskich filmów i seriali, gdzie pokazano by prawdę o bestialstwie i zezwierzęceniu „narodu panów” w latach wywołanej przezeń wojny. Rosjanie poczuliby się dotknięci wypominaniem im zbrodni niezwyciężonej Armii Czerwonej w czasie „oswobadzania” Europy Środkowej. Żydzi ciężko by się obrażali za wytykanie im kolaboracji z nazizmem i komunizmem… Etc. Etc.
Czyżby Autor zapomniał, że na prawdę o p r a w d z i w e j polskiej historii dobrego czasu nie było niemal nigdy? W PRL zakłamano wszystko: powstania narodowe, konspirację AK-owską, Akcję „Żegota”, powstanie antykomunistyczne 1944 – 1956, Październik‘56, Marzec’68, Grudzień’70, Radom i Ursus’76, Sierpień’80, Grudzień’81… Potem zakłamywano III RP: „upadek komuny”, „porozumienie Okrągłego Stołu”, reformy Balcerowicza Sachsa itd. Itd. Aż do niemal dnia dzisiejszego. A gdy wreszcie mamy państwo najbardziej wolne od wielu dekad (bo wolne nie jest zupełnie…), okazuje się, że nie możemy drażnić nikogo, to znaczy upominać się o prawdę o naszej polskiej historii, bo to „jątrzenie”, a my przecież mamy się „jednać”… Nie możemy (nie powinniśmy) drażnić Niemców, Rosji, Francji, Ukrainy, Żydów, „uchodźców”, muzułmanów, homoseksualistów, transwestytów, satanistów… Kogo jeszcze? Aha – genderystów, pedofili, apostatów, masonów… Uff… Ciężkie obowiązki spadają na Polskę – jak tu się poruszać, jak się reformować, odradzać, odkłamywać, żeby nikogo nie urazić, żeby się z każdym „pojednać”…
Ale ci, którzy uważają, że „prawda nas wyzwoli”, niech robią swoje. A „strategie polityczne” dla ubogich, „makiawelizm dla maluczkich” niech mają w du…żym poważaniu.
