Awantura, do której w tym tygodniu doszło w SDP ma swój walor edukacyjny. Znalazłem niedawno opis następującego badania, które przeprowadzono kilka lat temu w Stanach Zjednoczonych. Zgromadzono dwie grupy studentów. Jedną lewicową, drugą konserwatywną. Określono zakres tematów, na które studenci mieli rozmawiać. Porównano ich poglądy przed i po rozmowie. Okazało się, że po bezpośredniej konfrontacji i wymianie argumentów studenci zbliżyli się do siebie.
Zaczęli wypracowywać wspólne rozwiązania nawet w tak dogmatycznych dla Amerykanów kwestiach jak posiadanie broni. Ale potem sprytni następcy Elliota Aronsona przeprowadzili drugi eksperyment. Najpierw obie grupy, lewicowa i prawicowa, miały czas same dla siebie. Ich członkowie mogli wewnątrz grupy uzgodnić poglądy, pobić pianę, ponarzekać na przeciwników, ośmieszyć ich we własnym gronie, umocnić postawy, z góry spacyfikować i ośmieszyć osoby skłonne do kompromisu. Potem znowu ich skonfrontowano z przeciwnikami. Różnica była diametralna. Zamiast wcześniejszego dialogu była agresja, zamiast kompromisu było umacnianie postaw, zamiast przełamywania barier zwiększanie podziałów. Można sobie wyobrazić te reakcje zachodzące po wcześniejszych konsultacjach: „no tak, wiadomo było, że tak powie, przecież to lewak”, „typowa prawicowa manipulacja”, „nie będę słuchał fanatyka, muszę być twardy jak koledzy”.
Myślę, że te badania musiały mieć poważny wpływ na politykę, także w naszym kraju. Niedawno Carl Bernstein tłumaczył w Polsce, że ta generalna, można by rzecz globalna, tendencja jest taka, że ludzie chcą odnajdywać w mediach potwierdzenie swoich poglądów, chcą umacniać postawy, a nie szukać nowych treści, diagnoz i propozycji rozwiązań. Dlatego pojawiły się media tożsamościowe. I stąd moim zdaniem, agresywne podsycanie nienawiści do księży w polskich mediach lewicowych, i stąd tak jednoznaczne interpretacje dotyczące katastrofy smoleńskiej w polskich mediach prawicowych.
Co to wszystko ma do SDP? Ano to, że w zeszłym tygodniu na Foksal zobaczyłem opisany powyżej mechanizm w działaniu modelowym. Odbywało się to, niestety, w gronie ludzi, którzy choć w swoim wewnętrznym środowisku powinni być do jakiegoś stopnia na to uodpornieni, a okazali się najbardziej podatni. Wśród dziennikarzy, mieliśmy i tu dwie grupy. Zwolenników obecnego prezesa i zwolenników jego przegranego konkurenta z zeszłorocznych wyborów, który - jak było widać - z walki nie zrezygnował.
Wydawałoby się, że sytuacja powinna podlegać negocjacjom i interpretacjom. Szef SDP wziął udział w konferencji kandydata na premiera. W statucie organizacji istnieją zapisy mówiące o tym, że nie wolno mu się „angażować w działalność polityczną”. Jedna, spora grupa działaczy twierdzi, że udział w konferencji był „angażowaniem się”. Inna, spora grupa twierdzi, że nie był „angażowaniem się”. Już sam fakt, że istnieje tego rodzaju podział powinien pobudzać do dyskusji na temat tego, jak szczegółowo interpretować statutowy zapis, i do - przepraszam za wyrażenie - wypracowania przepisów szczegółowych. Skoro udział w konferencji polityków wzbudził tak duże kontrowersje, to znaczyło, że niewątpliwie był on niepożądany przez dużą część członków stowarzyszenia. A to oznacza, że dyskutować nad nim należy. Z drugiej strony fakt, że duża część członków stowarzyszenia uważa, że prezes bądź to nie naruszył statutu, bądź że jego krytykom również zarzucano przekraczanie granic apolityczności, sprawia, że dość trudno w tym momencie sytuację zinterpretować jednoznacznie, a już na pewno, że nie jest ona jednoznaczna na tyle, by przeprowadzić zwykłą egzekucję prezesa. Więc - wydawałoby się to oczywiste - w zaistniałej sytuacji trzeba sprawę zdiagnozować, przemyśleć, przedyskutować i wypracować rozwiązanie.
Zamiast tego mieliśmy grupę, która uważała, że prezesa SDP Krzysztofa Skowrońskiego trzeba zdetronizować, wyrzucić natychmiast nie tylko z prezesury, ale i z SDP, i - w domyśle - zastąpić go jego konkurentem, Grzegorzem Cydejką. Mieliśmy też drugą grupę, taką, która uważa że wróg atakuje „naszego prezesa” i bezrefleksyjnie trzeba go bronić. O poziomie koncyliacyjności obu grup może świadczyć fakt, że podczas konferencji - także z ust panelistów - padały argumenty niezbyt świadczące o deklarowanej „apolityczności” i „obiektywizmie”. Skarbnik SDP wypomniano na przykład, nie mniej nie więcej, że była kiedyś w Solidarności Walczącej. Przekręcano wypowiedzi Pawła Lisickiego i Łukasza Warzechy, którzy rzekomo mieli „potępić” Skowrońskiego, a tak naprawdę po prostu go skrytykowali za to jedno konkretne zachowanie. Stwierdzenie Krystyny Mokrosińskiej, że „mamy problem” zmieniono w tezę, że „Mokrosińska była przerażona”. Tak to już bywa w czasach świata „tożsamościowego”, a ludzie którzy do niego nie chcą równać kroku i próbują mieć własne zdanie, są do niego równani przez innych.
Za nowymi trendami w dziennikarstwie, mediami tożsamościowymi i tak dalej, kryje się z reguły zwykła, naga walka o władzę. Czy to zawsze źle? Niekoniecznie. Rządzący, jak lider maratonu, powinni słyszeć za plecami dyszenie opozycji. Tylko to może sprawić, że będą się starać i przestrzegać standardów. Problem zaczyna się wtedy, kiedy „tożsamościowe narracje” zaczynają przenosić się w sfery, gdzie decydować powinny doświadczenie, analiza albo nawet matematyka, i kiedy zaczynają decydować o interpretacji przepisów, czy to wewnątrz stowarzyszenia, czy w kraju. Na przykład, kiedy to one a nie fachowe ekspertyzy stanowią o polityce zagranicznej, przyczynach kryzysu lub lotniczej katastrofy. I kiedy to one, a nie dialog wewnątrz stowarzyszenia, zaczynają decydować o przyszłości SDP.
Wiktor Świetlik
7 października 2012
