„Betlejewski. Prowokacje” – to program w TTV, o którym stało się głośno. W rozmowach zarejestrowanych ukrytą kamerą były policjant godzi się na propozycję szmuglowania nielegalnych imigrantów; emeryt przystaje na aplikowanie boagatym ludziom narkotyków, a 20 – latek na to, że jako kierowcą prezeski będzie zarazem świadczył jej usługi seksualne. Czego to ludzie nie zrobią dla pieniędzy – sugeruje twórca i performer (tak się określa) Rafał Betlejewski. Właśnie, czego Betlejewski nie zrobi dla pieniędzy i sławy (?).
Po programie wyemitowanym 25 września spotkała go fala krytyki. Można o tym przeczytać na stronie serwisu http://mediumpubliczne.pl/, którego jest redaktorem naczelnym. Po wyczynie Betlejewskiego kilku dziennikarzy zrezygnowało ze współpracy z tym serwisem. Właściwie nie warto by w ogóle o tym programie pisać: był chamski i przekroczył wszelkie normy dobrego smaku, nie wspominając o etyce dziennikarskiej. Warto jednak chwilę poświęcić rozumieniu przez niektórych dziennikarzy pojęcia „prowokacja”. Każde nagranie ukrytą kamerą, każde wkręcenie w coś, każdy wygłup dla zdobycia błahych informacji nazywany jest prowokacją. To źle służy prowokacji dziennikarskiej jako takiej, bo rodzi negatywne skojarzenia i naraża dziennikarzy stosujących prowokację w słusznej sprawie na ataki ze strony osób prowokowanych.
Ustalmy punkt wyjścia. Prowokacja dziennikarska jest uzasadniona tylko w konkretnych sytuacjach dziennikarstwa śledczego. Gdy naprawdę ważnych dowodów przeciwko komuś oskarżanemu o niecne czyny nie można zgromadzić, nie posługując się ukrytą kamerą czy bez sprowokowania go do podjęcia nielegalnych działań. Można ewentualnie zgodzić się, że osobie posądzanej o branie łapówek, spróbują dziennikarze wręczyć tzw. korzyść majątkową (najlepiej za wiedzą prokuratury – przykładem może być reportaż „Prokurator” Jarosława Jabrzyka). Ale na ogół, w uznanych powszechnie za wzorcowe śledztwach dziennikarskich (Watergate, Łowcy skór, Afera w Samoobronie), nie stosowano ani ukrytej kamery, ani prowokacji, bo nie była potrzebna. Można zrozumieć prowokację Pawła Mitera pokazującą nieprawidłowości w gdańskim sądzie. Można docenić przebierankowe prowokacje (a właściwie tzw. reporterkę wcieleniową) Güntera Wallraffa czy Howarda Griffina (pierwszy udawał ciemnoskórego Somalijczyka w Niemczech, drugi Murzyna w USA). Bo te wszystkie prowokacje czemuś służyły; cele były szlachetne, a zarazem praktycznie nieosiągalne w inny sposób. Te prowokacje służyły dobrej sprawie. A czemu mają służyć prowokacje performera (bo przecież nie dziennikarza – Betlejewskiego)? Moim zdaniem – niczemu oprócz rozgłosu dla ich autora. Można postawić pytanie, czy tego samego celu nie mógłby on osiągnąć za pomocą normalnych, tradycyjnych, dziennikarskich środków? Mógłby, tylko musiałby znaleźć prawdziwych ludzi, którzy robią to, w co wkręca performer swoich rozmówców, naruszając ich godność osobistą i raniąc ich psychikę. Prawdziwa, rzetelna robota dziennikarska jest o wiele bardziej żmudna i trudniejsza od performerskich prowokacji. Tyle tylko, że zajmuje więcej czasu i nie może liczyć na poklask gawiedzi.
Marek Palczewski
27 września 2016
