Kto pamięta, że zanim skończyła się wojna, już 19 stycznia 1945 r. nowi władcy Polski utworzyli Centralne Biuro Kontroli Prasy i Widowisk przy... Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego? Od zarania Polski pojałtańskiej bezpieka stawała się więc de facto głównym cenzorem słów i obrazów przeznaczonych do rozpowszechnienia. Była to rzeczywistość iście diaboliczna, kto bowiem chciał publicznie głosić poglądy przez władzę nietolerowane, zadzierał tym samym z bezpieką, która z każdym miesiącem coraz bardziej terroryzowała grozą umęczone, osłabione wojną społeczeństwo. W listopadzie zaś tamtego roku owo centralne biuro nazwano Głównym Urzędem Kontroli Prasy i Widowisk.
A siedemdziesiąt lat temu, 5 lipca 1946 r., następnego dnia po sprowokowaniu przez władzę masakry Żydów kieleckich, instytucja ta została prawnie usankcjonowana dekretem. Później przechodziła pewne zmiany kosmetyczne, przede wszystkim zelżała nieco w roku 1981, kiedy reżym przyparty do muru przez masowy ruch wolnościowy Solidarności, wprowadził jej działanie do szerokiej świadomości publicznej słynną ustawą z dnia 31 lipca 1981 r.- oto wydawnictwa prasowe bezpośrednio niedyspozycyjne wobec PZPR (np. katolickie) mogły już zaznaczać w druku ingerencje cenzorskie. Co też ochoczo czyniły ku uciesze złaknionych choćby namiastki wolności myśli i słowa czytelników. Były nadto w latach 1983, 1987 i 1989 r. drobne modyfikacje w zadekretowanych przed siedemdziesięciu laty zasadach działalności cenzorskiej. PZPR obawiała się eskalacji fermentów niepodległościowych, toteż ustępowała krok po kroku, lecz liberalizując zapisy cenzorskie stworzyła sobie na wszelki szaniec obronny: powołała w 1981 r. Trybunał Konstytucyjny, który rozpoczął działania w 1985 r. I miał blokować w ówczesnych układach parlamentarno-rządowych ewentualne kontestacje polityczne osłabiające dyktaturę. Był więc czymś w rodzaju kontroli działań ustrojowych, ich hamulcem.
Któż z nas, starszej i średniej generacji, nie mocował się i nie bał się terroru cenzorskiego, naznaczonego, jak rzekłem, piętnem bezpieki. I pomyślmy: to wszystko działo się wtedy gdy ustrój „państwa ludowego”, niby Polski, określały tzw. Mała Konstytucja uchwalona w 1947 r., a potem konstytucja PRL z 22 lipca 1952. zapewniające wolność słowa, opinii i zgromadzeń. Żyliśmy, pracowaliśmy w sytuacji zgoła schizofrenicznej – wedle konstytucyj byliśmy obywatelsko wolni, natomiast w praktyce zmuszeni do milczenia w sprawach żywotnych dla nas, dziennikarzy, i w ogóle naszej ojczyzny.
Przed zatrudnieniem w „Kulturze” 1972 r. redaktor naczelny Janusz Wilhelmi oświadczył, że jego redakcja jest jedynym pismem od Władywostoku do Łaby, gdzie nie ma ingerencji cenzorskich, to znaczy, tak jest prawomyślnie redagowane, i muszę z tego faktu wyciągnąć właściwe wnioski. Chciałem, ale nie umiałem - w jednym moim tekście cenzor dwukrotnie skreślił jakieś słowa. To dla naczelnego było horrendum, wszak zdeflorowałem dziewiczość jego ideologicznego oportunizmu.
W różnych gazetach różnie sobie radzono z jarzmem cenzury. Mieczysław Rakowski, redaktor naczelny „Polityki”, głosił w dekadzie Gierka, że jego periodyk nie podlega kontroli cenzorskiej. I część elity rozczytująca się w tym tygodniku uwierzyła w tę mistyfikację. Na łamach nie ukazała się żadna publikacja niezgodna z pryncypium PRL, albowiem reaktor naczelny, sekretarz redakcji, kierownicy działów skutecznie wykreślali wszystko, co godziło w status quo PRL. Leopold Tyrmand napisał w szkicu „Fryzury Rakowskiego”, że to pismo wypracowało „własne, dość wyraźne oblicze, wraz z wszelkimi śladami szpetoty. Jego początkowa koncepcja sprowadzała się do odwoływania Października i był to program przerażający w swej prostocie. Polacy, w myśl tego programu, osiągnęli politycznie wszystko, co było do osiągnięcia – dalszy rozwój przemian prowadziłby do anulacji socjalizmu, lecz anulować go nie wolno nie tylko ze względu na Ruskich, którzy mogliby poczuć się dotknięci, lecz ze względu na niewzruszalny fakt, że socjalizm jest dobry (...). »Polityka« wróciła do obskuranckiego, poznawczego misz-masz, w którym – jak wykazało doświadczenie – nie sposób żyć, a tym bardziej budować (...). Numer »Polityki« jest dość prosty i polega na zręcznym przedstawieniu ersatzu w miejsce autentycznego problemu czy autentycznej odkrywczości (...). »Polityka« troszczy się o Polskę i socjalizm, o los człowieka, i dystrybucję, i chuligaństwo, i prawa ruchu ulicznego, i felczerów, i teorii kwantów na uczelniach, i jakość smarów, i służbę zdrowia, i nieznany aspekt piłsudczyzny obiektywnie, to znaczy: nie chodzi jej o »Ding an sich« (co byłoby zgubnym subiektywizmem), lecz o jego funkcję w (...) komunizmie”
Takeśmy przez 45 lat robili gazety, wydali programy radiowe i telewizyjne, kręcili kroniki filmowe i filmy. Aż nadeszła dla niechcianej władzy katastrofa. Ostatecznie 11 kwietnia 1991 r. Sejm, tzw. kontraktowy, przyjął ustawę o likwidacji cenzury instytucjonalizowanej przez Główny Urząd Kontroli Prasy i Widowisk. Ówczesny premier Tadeusz Mazowiecki powierzył Wiesławowi Johanowi, znanemu już i zasłużonemu dla niepodległości adwokatowi, zadanie wykonania tego nakazu ustawowego. Ów likwidator cenzury jest naszym kolegą, pełni w SDP funkcję rzecznika dyscyplinarnego i zarazem jest sędzią Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku. To zaszczyt mieć w naszych szeregach tak znamienitą osobistość. A szczególnie wyżej podpisany szczyci się z prawie półwiecznej koleżeńskiej z nim zażyłości. Zawdzięczam mu i jego żonie wiele dobra uczynionego mi w trudnych latach schyłku PRL. Jednak nie mogę nakłonić kol. Johanna do spisanie swych doznań i spostrzeżeń z tamtych czynności. A przecież przekazanie opinii publicznej relacji z działalności likwidatorskiej urzędu cenzorskiego jest, jak mi się wydaje, obowiązkiem wobec historii i społeczeństwa. Chcemy wiedzieć, ilu pracowników liczył GUKPiW, jakie warunki trzeba było spełniać, żeby zostać cenzorem, ile cenzor zarabiał, jakie i gdzie premier zaproponował mu zatrudnienie po likwidacji urzędu cenzorskiego? I na uboczu pytanie do nas wszystkich: jakie cenzorzy PRL mają emerytury? Przecież oni byli pracownikami aparatu politycznego i ponoszą odpowiedzialność za zło wyrządzone kulturze narodowej w latach 1946-1991.
A Trybunał Konstytucyjny, działający bez przerwy ponad 30 lat? Krępuje naszą wolność obywatelską, wszak jest władny blokować na bieżąco uchwały i ustawy sejmowe oraz rozporządzenia rządowe, pełni zatem, jak powiedziałem wyżej, rolę swoistej cenzury, wprawdzie niewymierzonej przeciw opinii wyrażanych przez obywateli, lecz wobec aktów najwyższych dwu władz państwowych, od których teraz zależy rozwój naszego kraju, tak – nareszcie rozwój!
Ile kosztowało w PRL i kosztuje dzisiaj utrzymanie tej instytucji? Czy jego urzędnicy sprzed 1989 również noszą tytuły sędziów Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku i otrzymują comiesięczne sute gratyfikacje, tak jak dzisiejsi? Czy po likwidacji tej instancji, czego oczekuje elita niepodległościowa, będą oni nadal mieć prawo do tego tytułu i honorarium?
Kolega Wiesław Johann broni w mediach racji bytu Trybunału Konstytucyjnego, bez którego przecież obywa się wiele państw cywilizacyjnie od nas starszych. Niedawno kol. Elżbieta Królikowska-Avis pisała tu z entuzjazmem o ustroju Anglii, który nazywa najstarszą demokracją świata, znakomicie obywającej się bez tej instytucji.
Dzisiaj cenzura typu sowiecko-rosyjskiego, jaka trapiła nas przez czterdzieści pięć lat, jest niemożliwa, choćby z powodów technicznych. Ale okazuje się, że przepoczwarzywszy się w Trybunał Konstytucyjny dalej utrudnia, acz inaczej, nam życie i paraliżuje sprawy wagi państwowej tudzież kształtuje złą opinię świata o Polsce.
Jacek Wegner
