Ostatnio bardzo dobrze ogląda się „Wiadomości” TVP, przypominają pitawal polityczny, w wielu bowiem sekwencjach, zwłaszcza na początku serwisu, pojawiają się wątki kryminalne o wielkich oszustwach i wyziera chciwość oraz sensacyjna błazenada polityków przeciwnych rządowi.
Opozycja wpadła na pomył, żeby bawić się publicznie w wojnę partyzancką. Scenariusz błazeński zakłada, że zachodzi podobieństwo z rokiem 1944, trwa więc podziemna wojna patriotów-demokratów suwerennych politycznie z nową władzą Polski, która ku zgrozie pierwszych umacnia władztwo antydemokratyczne. Ciekawe, jak zakończy się ten humbug, czy w ogóle będzie mieć jakieś zakończenie? Kto kogo będzie więzić, sądzić, skazywać na śmierć, rozstrzeliwać? Owa błazenada wyrządza szkody w umysłach młodzieży i tak już zdezorientowanej politycznie. Chociaż... może nie zaszkodzi, wszak nasze latorośle są chyba mądrzejsze od współczesnych im i nam polityków opozycji.
A prezydent Warszawy broni się równie błazeńsko przed zarzutami, przepraszam za słowo nazbyt trywialne, ale dość powszechne w PRL, machlojek z reprywatyzacją. Trzeba wstydzić się za nią, i to nie po raz pierwszy, wszelako obecny wstyd jest bardziej piekący od poprzednich (ze słupkami ulicznymi, z biurokracją Ratusza). Czy Hanna Gronkiewicz-Waltz nie zdaje sobie sprawy, jak śmiesznie wygląda na mównicy, ciskająca w przestrachu pozorowanym hipertroficzną pewnością siebie gromy na swych pracowników, przecież to ona jako głównodowodząca jest wyłącznie odpowiedzialna za ich działalność; jakie rozbawienia budzą jej krętactwa, że nie było nieuczciwości w reprywatyzacji majątku municypalnego.
Krętactwo to dziedziczona specjalność Platformy „Obywatelskiej” po rządach jedynej nieomylnej partii marksistowsko-leninowskiej, z której umysłowości wyrosła ta formacja. Zresztą, nawiasem mówiąc, nie trzeba wcale być prominentem Platformy, w ogóle do niej należeć, jak Andrzej Rzepliński, żeby mataczyć niczym prezydent Warszawy, a nawet misterniej, bo prezes Trybunału Konstytucyjnego jest jednak inteligentniejszy i o wiele bardziej cyniczny. Jemu mniej nie chodzi o zaszczyty, a więcej o 28 tys., które co miesiąc będzie pobierać, aż skończy się jego kadencja. I zabiega również, to też dlań bardzo ważne, o gratyfikacje kolegów z tegoż, jak opiniowałem wielekroć i nadal twierdzę, zupełnie politycznie niepotrzebnego Trybunału Konstytucyjnego, żeby mogli oni jak najdłużej wikłać działania PiS, bo może w przyszłości to ugrupowanie utraci władzę. A wtedy hulaj dusza, nowe nieprzebrane możliwości wyszarpywania po kawałku czerwonego sukna i apanaże, apanaże. Rzepliński też gra w Commedia dell’arte – kamery wciąż wychwytują jego twarz zamyśloną, poważną, nadętą (o tym wyrazie nie wie zapewne, bo gdyby wiedział, byłby się trochę choćby sztucznie uśmiechał).
Cały świat naszej cywilizacji oszalał na punkcie pieniędzy; gdzie spojrzeć, wszędzie korupcja, oszustwo, złodziejstwo i granie roli obrońców demokracji. Wydaje się Polakom, że plagi nieuczciwości, przekupstwa, oszustwa, złodziejstwa płyną ze Wschodu – z Rosji sowieckiej i teraz z Federacji Rosyjskiej. Nie! My od wieków nie pozostajemy w tyle, dlategośmy przed wiekami postradali ojczyznę. Aż skóra cierpnie na myśl, że może grozić nam powtórka...
Mamy wielowiekową tradycję korupcji. „Zrywacze” sejmów otrzymywali wysokie honoraria albo od rodzimych magnatów, albo od dworów cudzoziemskich. U schyłku panowania Jana Kazimierza stawka za unicestwienie sesji sejmowej wynosiła 500 dukatów, czyli 1,72 kg czystego złota. Ostatnim posłem, który sparaliżował sejm w roku 1762, tuż przed elekcją Stanisława Poniatowskiego, był Michał Szymanowski, pobrawszy za ten wyczyn od rezydenta dworu rosyjskiego 1507 dukatów – trudno przeliczyć, jaka dzisiaj byłaby to suma, w każdym razie przeogromna, można by za nią urządzić sobie luksusowe życie na antypodach. Natomiast Adam Poniński w 1773 r. za kierowanie sejmem zatwierdzającym pierwszy rozbiór Polski, został księciem rosyjskim i otrzymał dożywotnie pensję (rosyjską). Ten wyczyn naśladowali władcy Polski ludowej, również eseldowskiej i platformerskiej, lecz oni w o wiele mniejszym zakresie, bo nie ma (na razie) nikogo z zewnątrz, kto by dawał krocie za zdrady i oszustwa.
Wręczenie komuś pieniędzy za usługi nieuczciwe nasi antenaci nazywali przepięknie „zarękawnym” - od wkładania brzęczących walorów w rękawy szerokich sukien urzędniczych. To słowo zostało w XVIII w. zastąpione „łapówką” pod wpływem języka rosyjskiego, gdyż Rosjan w tym stuleciu wszędzie było u nas pełno. We współczesnej polszczyźnie są stosowane oba słowa – łapówka i korupcja; pierwsze jest zawsze „grubsze”, drugie – nobliwsze, bo z łaciny, choć tam znaczy co innego. Zniknęło za to doszczętnie, brzmiące niemal pieszczotliwie, „zarękawne”, acz pozostawiło po sobie pamięć złowrogą.
O tak, mamy wzorce do naśladowanie. Sejm za Sobieskiego i przy jego walnym udziale udowodniwszy Janowi Andrzejowi Morsztynowi, wybitnemu poecie, ministrowi skarbu Korony, branie zarękawnego, skazał go na banicję. Sam król dopilnował, żeby wyrok egzekwowano. Ale dla winowajcy to wcale nie była kara. Morsztyn przybrał (czytaj: kupił) we Francji tytuł arystokratyczny i nazwisko francuskie, nie musiał już brać zarękawnego, nabrał w Rzeczypospolitej tyle, że wystarczyło na wystawne życie we Francji., którą zresztą zdradził i musiał się ukrywać...
W roku 1667 zawarliśmy z Moskwą rozejm w Andruszowie. Na jego mocy Rzeczpospolita straciła, teoretycznie tymczasowo, a w rzeczywistości na zawsze, terytorium większe od dzisiejszej Polski oraz zezwalała Moskwie wtrącać się w wyznania swych obywateli tam mieszkających.
Szlachta (chłop i mieszczanin nie mieli bowiem nic do powiedzenia), która musiała opuścić swe majątki, tzw. egzulanci, uzależniła zgodę na sejmową ratyfikację traktatu, czyli przekazania Moskwie tych ziem, na razie niby pod zastaw, od wypłacenia s o b i e odszkodowań. Obywatele Rzeczpospolitej po prostu sprzedawali część swego państwa za jeden milion złotych polskich. Moskwa jeszcze wtedy płaciła nam za to, co brała. Rozdzieleniem pieniędzy zajęła się komisja sejmowa. Pierwszą jej czynnością było wyłonienie komisarzy, którzy pojechali do Moskwy po pieniądze. Pobrali pierwsze kwoty z owego jednego miliona tytułem honorarium za... fatygę podróży. Przy rozdziale pozostałych pieniędzy w Warszawie komisarze upijali się, sprzeczali, a „większą część (sumy – J. W.) przeznaczyli na rozmaite donacje i podzielili między siebie” – napisał Michał Kulecki w książce „Wygnańcy ze Wschodu. Egzulanci w Rzeczypospolitej w ostatnich latach panowania Jana Kazimierza i za panowania Michała Korybuta Wiśniowieckiego”. Jednak nikt nie miał, nie chciał znaleźć dowodów na bezprawny podział pieniędzy, ponieważ „to nie dziesięciu albo piętnastu narzeczoną sumę brali, ale wszyscy(...) w walce o pieniądze każdy argument był dobry bez względu na jego wartość” – napisał cytowany historyk i dodał, że złodzieje, których nazywano elegancko komisarzami, nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności. Mutatis mutandis – nasze czasy...
Zaraz u swego zarania III Rzeczypospolita została zbrukana tzw. aferą FOZZ. Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, utworzony w początek roku 1989, był w następnych latach ograbiany przez osobników znanych z nazwiska, powiązanych z bezpieką i Informacją Wojskową. Niektórzy wzbogacili się tak, że dzisiaj się krezusami. Do roku 2014 „likwidacja” FOZZ kosztowała rocznie 1 mln zł. Tak więc dzisiejsza tzw. afera reprywatyzacyjna z protagonistką Hanną Gronkiewicz-Waltz nie jest największym oszustwem po 1989 r., wszelako stanowi novum, o tyle oryginalne, że łączy się z błazenadą polityków i adherentów PO, a błazeństwa świadczą o ich bezsilnej złości za odbieranie mamony.
Zresztą oszustw kryminalnych, pospolitych przestępstw, które politycy uwielbiający eufemizmy nazywają aferami, w III Rzeczypospolitej było tak dużo, że miejsca mogłoby zabraknąć na tym portalu, gdyby je wymienić i opisać. Zachęcam publicystów o zgoła benedyktyńskiej wytrwałości badawczej do napisania książki „Oszustwa w Trzeciej RP”.
Wszelako nie powinno się synonimicznie pojmować oszustw i przestępstw, wszak Donald Tusk je rozdzielił; w kontekście defraudacji Amber Gold, w którą pośrednio był wplątany jego syn, 14 sierpnia 2012 r. powiedział z trybuny sejmowej, że – cytuję dosłownie - „nie każde oszustwo jest przestępstwem”. Przytaczałem te słowa z podaniem źródła i daty kilkakroć i tu, i w Radio „Wnet”, i w „Gazecie Obywatelskiej” wydawanej przez Solidarność Walczącą – nic, po prostu nic, nigdzie żadnego rezonansu. Oszustwo zostało wreszcie po tylu wiekach udawania, że go nie ma, wprowadzone oficjalnie do życia publicznego i znobilitowane. Polska stała się krajem oszustów.
I błaznów usiłujących swymi grami z nieuczciwością zdezorientować i tak już do cna ogłupiałe społeczeństwo. Ono nie wie, iż jest niemożliwe, żeby na przykład prezydent USA wypowiedział w Kongresie, że „nie każde oszustwo jest przestępstwem” albo Hollande czy premier Wielkiej Brytanii w swych parlamentach. Owszem, mógłby tak to powiedzieć i wywołać powszechny aplauz Władimir Putin.
Więc jednak my i Rosjanie jesteśmy tu podobni. Tak by wynikało z teraźniejszych zachowań Andrzeja Rzeplińskiego i Hanny Gronkiewicz-Waltz i wielu, wielu innych osobistości publicznych tu niewymienionych, bo to i tak nie miałoby to żadnego znaczenia moralnego ni politycznego, wszak oszuści są w dzisiejszej Polsce pod specjalnym nadzorem swych wysoko postawionych kompanów.
Ale co zrobić, żeby raz na zawsze stać się wreszcie narodem uczciwym, takim, o jakim roi Jarosław Kaczyński w książce „Polska naszych marzeń”, nieprzyjętej entuzjastycznie nawet przez elity niepodległościowe. Może dlatego, że czas wydania był niesprzyjający. Wróćmy przeto do niej – niech będzie teraz wskazówką, jak zwalczać oszustwa i błazenadę:
Błazenada jest po to, żeby oszukiwać niezauważalnie, a oszustwa wytarzają błazeństwa, żeby w nich się ukryć. Diabelskie koło schyłku (mam nadzieję) III Rzeczypospolitej.
Jacek Wegner
