Tak, to prawda, co napisała tu 23 bm. koleżanka Elżbieta Królikowska-Avis, że Brazylia stała się gigantem gospodarczym, ponieważ nie zmogła jej lewica. A zakusy ideologiczne marksizmu-leninizmu-sowietyzmu od zarania, od rewolucji październikowej, były nader silne w Ameryce Łacińskiej. Notabene w przyszłym roku przypadnie setna rocznica tej rewolty, przeto już teraz powinniśmy przygotowywać się do odpierania kłamstw apologetów lewicy polsko-sowieckiej, które zapewne będą z tej racji zatruwać nasze umysły.
Lenin wiedział, jaki potencjał stanowią społeczności Ameryki Łacińskiej rozdarte nierównościami materialnymi, toteż głosił potrzebę przenoszenia bolszewizmu tam właśnie, tym bardziej że nie wyszło mu rozniecenie po trupie Polski ognia rewolucji w Europie i nadto już po niecałym roku, w lutym, musiał krwawo w Kronsztadzie stłumić bunt marynarzy floty bałtyckiej odrzucających bolszewizm.
Zaczął bodaj od Meksyku, gdzie wcześniej, w latach 1910-1917, rewolucjoniści, prekursorzy bolszewizmu, spowili zbrodnią cały kraj. Wstrząsające świadectwo owej prebolszewickiej rewolucji meksykańskiej dał w powieści „Moc i chwała” Graham Greene, angielski pisarz katolicki. Idea utworu powinna być dzisiaj – ku przestrodze - rozpowszechniana właśnie w Europie trawionej epidemią postkomunizmu. Słabnąc w Ameryce Południowej i Środkowej ta pandemia przenosi się na Stary Kontynent, gdzie wciąż znajduje podatny klimat („osobniczy”) do niszczenia wszystkiego, co jeszcze chrześcijańskie.
Od roku 1917 r. trwa burzenie ładu moralnego również w krajach Ameryki Łacińskiej. Z inspiracji i przy politycznym poparciu Moskwy ruchy rewolucyjne ogarniały coraz większe połacie tamtego kontynentu. Pamiętamy dobrze zachwyty władzy peerelowskiej nad przywódcami komunistycznymi czy komunizującymi państw tamtego rejonu świata dążących do uzależnia go od Związku Sowieckiego, którzy bez skrupułów dopuszczali się zbrodni na przeciwnikach politycznych To było, można by rzec, spełnianie testamentu wodza rewolucji bolszewickiej. Dzieciom i młodzieży w szkołach władze PRL kazały uznawać krwawego Che Guevarę za wybawcę biednych, niczym legendarnego Janosika. Zapotrzebowanie Kulturträgerów w całym tzw. obozie socjalistycznym na „świętych rewolucjonistów” spełnił Ryszard Kapuściński wydając w połowie lat siedemdziesiątych minionego wieku głośny zbiór reportaży pod powabnym, trzeba przyznać, tytułem „Chrystus z karabinem na ramieniu”. Ach, jaki zachwyt wzbudzała ta książka będąca apologią walk rewolucjonistów spod znaku sierpa i młota tudzież krypto-najemników sowieckich z legalną władzą krajów tzw. Trzeciego Świata, w tym nade wszystko Ameryki Łacińskiej.
Siła fermentów lewicowych po II wojnie światowej, zwłaszcza w latach siedemdziesiątych, w społeczeństwach Ameryki Łacińskiej była tak wielka, że promieniowała na Stary Kontynent. Koncesjonowani w PRL pisarze, krytycy literaccy i tłumacze wynosili pod niebiosa, bez względu na wartości literackie i ideowe, twórczość prozaików z tamtych krajów. Obawialiśmy się, że polska kultura literacka zostanie do cna zdominowana pisarstwem ameryko-łacińskim, którego dzieła, choć nie najwyższych lotów, były też wyróżniane Nagrodą Nobla.
Kres tym procesom i manipulacjom położył papież Jan Paweł II; jak nikt przed nim zdający sobie sprawę z konsekwencji zawieruchy lewicowej w obu Amerykach, środkowej i południowej. Wydaje się, że gdyby nie jego pontyfikat, Kościół mógłby ugrząźć w tamtych zbrodniach i mistyfikacjach, wszak spora część duchownych bez dystansu, poważnie przyjmowała ową retorykę „Chrystusa z karabinem na ramieniu”, a jej treść była przecie równoznaczna ze zgodą na przelewanie krwi w imię tzw. sprawiedliwości społecznej typu sowieckiego.
Papież rozpoczął działania, jeżeli można tak rzec, odwrotne od leninowsko-sowieckich - odbył wiele pielgrzymek duszpasterskich do państw obu Ameryk, przed całym światem, piętnował treść sloganu „Chrystus z karabinem na ramieniu”. Być może uratował tym wielu duchownych i kulturę chrześcijańską, w każdym razie zatrzymał, jak powiedziałem przed chwilą, ekspansję sowietyzmu i lewicowości na tych antypodach.
Są tam naturalnie jeszcze resztki aberracji lewicowo-rewolucyjnych, niekiedy materializujących się nawet zbrodniami, lecz moc ich oddziaływania poczyna w moim rozeznaniu z wolna zanikać. I taka opinia jest właśnie konkluzją aksjologiczną artykułu koleżanki Elżbiety Królikowskiej-Avis, cytuję niewielki, acz wymowny fragment: „lokalna lewica posługująca się (jak wszędzie – dopisek J. W.) hasłami równości i sprawiedliwości społecznej to była w istocie V kolumna Moskwy (...) Niepokoje w kraju, anarchiści, trockiści, maoiści, coraz szersze wpływy Kuby. Setki radzieckich «doradców» i broń przysłana z Rosji sowieckiej, często przez kubańskich companeros. I Brazylia miała do wyboru dwie drogi - pozwolić sowietom na «lewicowy krwawy zamach stanu» i pójść drogą Kuby albo, jak w Chile, zapobiec rebelii. Wybrała tę drugą opcję”.
Owo brazylijskie, największego państwa obu Ameryk, przezwyciężanie presji lewicowych napawa nadzieją, że kontynent amerykańsko-południowy i Ameryka Środkowa wyzwolą się wreszcie z piekła lewicowego, gdzie imię Chrystusa było i jest wykorzystywane do uzasadnienia mordów albo nadal rozbudza wściekłość ludzi z kałasznikowami i prowokuje ich do zbrodni.
Komunizmem emanuje jeszcze z Kuby – ale jest tam coraz wątlejszy; społeczeństwo zaś uzyskuje, a raczej odtwarza, tożsamość katolicką. Niemała w tym zasługa papieża Jana Pawła II, któremu cześć musieli oddawać dyktatorzy komunistyczni. Jeszcze wtedy Europa Zachodnia nie była tak totalnie jak dzisiaj opętana marksizmem sowieckim kryptonimowanym „poprawnością polityczną”. Podobno gdy Jaruzelski po ogłoszeniu stanu wojennego pojechał do Francji socjalisty Mitteranda, ten wprowadził go do Wersalu bocznymi drzwiami. A kiedy nasz dyktator zażyczył sobie przejażdżki łodzią po Sekwanie, to właściciel wehikułu wodnego miał powiedzieć, że „nie będzie wozić żadnych Pinoszelskich”.
Można się spodziewać że za kilka, kilkanaście lat na Kubie po dominacji sowieckiej pozostaną jedynie ślady materialnych spustoszeń, a dusze i umysły Kubańczyków staną się wolne. Serce katolicyzmu będzie bić także poza Rzymem, w Ameryce Łacińskiej.
Natomiast Europejczycy pogrążać się będą w otchłaniach lewackiego hedonizmu - aż do samounicestwienia. Zresztą wizję takiego obrotu historii znajdujemy w powieściach Witkacego z lat trzydziestych oraz twórczości Andrzeja Bobkowskiego z następnej dekady tegoż stulecia. Pierwszy prorokował bolszewizację kultury europejskiej w tonacji groteskowo-sarkastycznej. Drugi przeraża proroczo sugestywną i racjonalną zapowiedzią tego, co teraz dzieje się w Europie.
A czyż nie może być i tak, że intensywność epidemii lewackiej w starej Europie jest oznaką przesilenia choroby i wkrótce nastąpi zmierzch lewicy - i znowu zabłyśnie nad nami słońce tradycji chrześcijańskiej? Oby!
Jacek Wegner
