Dwa wywiady o IPN: z Andrzejem Friszkem w „Rzeczpospolitej” z 9 sierpnia i po trzech dniach na tych samych łamach z prezesem IPN Jarosławem Szarkiem. Acz intencje i oceny odmienne.
Friszke był członkiem Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej; od powołania Rady Instytutu Pamięci Narodowej w 2011 r. należał też do zacnego jej grona. Już nie jest w obu instancjach, ponieważ w bieżącym roku wskutek nowelizacji ustawy sejmowej o IPN Rada Instytutu Pamięci Narodowej została zniesiona. A przecież wszystko uchwalane na Wiejskiej i przez rząd to, jak wiadomo, inspiracja PiS, sterowanego wolą autokratycznego i apodyktycznego, jak wszyscy wiedzą, prezesa. Trzeba tedy pomniejszać znaczenie działalności Jarosława Kaczyńskiego w każdej dziedzinie i w ogóle, to znaczy od lat osiemdziesiątych. Friszke jest w tej deprecjacji o tyle sprytny, że Jarosławowi przeciwstawia pozytywnie dokonania polityczne jego śp. Brata, pozoruje bowiem bezstronność i chce, żeby nikt nie myślał, iż przyczyną owej niechęci do PiS jest utrata synekur w Instytucie Pamięci Narodowej.
Friszke nawet dezawuuje prezesurę śp. pamięci. Janusza Kurtyki. Wyznaje, że nie podobał mu się „nacjonalistyczny ton(?), który wnosił” nieżyjący prezes. A także nie odpowiadał Friszkemu patriotyzm Kurtyki – to już brzmi kuriozalnie - „budowany tylko na militariach, a nie na patriotyzmie obywatelskim”(?). Friszke nie był również zadowolony, że podczas kadencji Kurtyki „IPN mówił jednym głosem, a instytut powinien być instytucją pluralistyczną, zdolną do dialogu z ludźmi o różnych wrażliwościach”. Ten czysty werbalizm świadczy, że Friszke odczuwa taki sam imperatyw dezawuowania za wszelką cenę (nawet śmieszności) IPN, jak i pomniejszania Jarosława Kaczyńskiego, wedle niego spiritus movens wszystkich zmian ustrojowych, a więc i ipeenowskich
Friszke ma nawet osobisty powód do nielubienia pamięci Kurtyki. We wspomnianym wywiadzie o trzy dni późniejszym „Nie uciekniemy od lustracji” nowy prezes IPN Jarosław Szarek powiedział wprost: „Być może niektórzy pracownicy IPN nie podchodzą do czasu Kurtyki z entuzjazmem, bo to był czas dużego wysiłku i pracy”. Widocznie więc prof. Andrzejowi Friszkemu nie odpowiadają takie warunki „dużego wysiłku”.
A najbardziej go złości, że Ministerstwem Edukacji Narodowej kieruje, także - wiadomo - z polecenia lidera PiS, Anna Zalewska, którą trzeba zdymisjonować. Albowiem jej słowa: „w pogromie kieleckim były również zawiłości” oraz „...w Jedwabnem doszło do wielu nieporozumień i bardzo tendencyjnych opinii” – są kłamstwem, które stanie się podstawą edukacji społeczeństwa. Winę za to ponosi również nowy prezes, mianowany przecież, a jakże!, z woli Jarosława Kaczyńskiego. I opinia Szarka, że za zbrodnię w Jedwabnym odpowiadają Niemcy, „podważy – zdaniem Friszkego - wiarygodność IPN, który z mocy ustawy odpowiada za prawdę historyczną”. Zaraz też Friszke dodaje, że „wiele środowisk i pracowników IPN źle odebrało tę wypowiedź” prezesa Szarka. Wszelako jak przyjąć ten pewnik naukowca, skoro zamiast konkretnych wskazań: kto, gdzie, kiedy, ile etc. – jest słowo „wiele” określające liczbę niewymierną, inaczej zwane ogólnikiem.
Friszke twierdząc z najgłębszą pewnością, że tu i tam: w Jedwabnym i w Kielcach, morderstw dokonywali Polacy dobrowolnie, z własnej zbrodniczej woli, ujawnia, iż pomieszały mu się pojęcia dowodu i domniemania. Przekonanie, że katastrofa gibraltarska była przypadkowa, jest tak samo hipotetyczne, jak to, że była rezultatem spisku Stalina z Churchillem. Ani na jedną, ani na drugą interpretację nie mamy dowodów i być może nigdy ich nie zdobędziemy. Identycznie z tragedią smoleńską: dwojaka supozycja jednako wiarygodna - że katastrofa nie była przez nikogo świadomie przygotowana oraz że zaaranżowana z premedytacją przez Rosjan i Polaków na jej usługach. Podobnie z Jedwabnym tudzież Kielcami – nie mamy n i e z b i t y c h dowodów, że uczynili to wyłącznie Polacy powodowani najniższymi pobudkami ani też dowodów, że Polacy byli zmuszeni lub skłonieni do współzbrodni przez Niemców i manipulowani przez sowiecki NKWD przy udziale swych rodaków zaprzedanych sowietom. Więc przypisywanie Polakom dobrowolnych zbrodni w Jedwabnem i Kielcach jest hipotetyczne, domniemane, by nie rzec nieuczciwe, insynuatorskie.
Zresztą z przynależnością do narodu jest jeszcze inny kłopot. Friszke wywodzi, że „odniesienie do tradycji i polskości zawsze było pluralistyczne”. Świadomość tradycji jest racjonalna, patriotyzm zaś uczuciowy To znów pomieszanie, jakby w wypracowaniu ucznia gimnazjalnego, sfery rozumu i uczuć. Pluralistyczne i selektywne, wynikające z wyboru, jest, owszem, uznanie tradycji, np. dla jednych to całokształt naszych doświadczeń lewicowych, dla drugich religijnych i wolnorynkowych. Patriotyzm zaś jest uczuciem i zarazem podstawą narodowej aksjologii, w której, jak w każdym systemie wartości ponadmaterialnych nie ma kompromisów: patriotą się jest lub nie jest; ojczyznę się kocha albo ma do niej stosunek obojętny czy wręcz wrogi (za cudze pieniądze). Można najwyżej oceniać siłę i konsekwencję tego uczucia, lecz pojmowanie patriotyzmu pluralistycznie jest nonsensem. Ci, którzy mieliby być egzemplifikacją „patriotyzmu pluralistycznego”, to chyba osobnicy wyznający wartości koniunkturalnie opłacalne, zaprzeczające miłości ojczyzny, a upublicznianie wyrazów ich antymiłości poniżają moralnie ludzi kochających ojczyznę. Mieliśmy w naszej historii i mamy we współczesności takich „patriotów” bez liku, legion publicystów i polityków donoszących na własny naród instytucjom międzynarodowym czy też publicznie z uporem, dogmatycznie głoszących kalumnie upokarzające nasz naród. Jakaż to wielka strata dla kultury polskiej, duchowości polskiej, że ostatnio dwaj historycy o dorobku naukowym nie do przecenienia: Paweł Śpiewak i właśnie Andrzej Firszke swymi zacietrzewionymi, doktrynerskimi enuncjacjami wpisują się w poczet tych drugich – renegatów.
Friszkego oburza tzw. polityka historyczna uprawiana przez MEN, a inspirowana, oczywiście!, przez szefa PiS. Historyk niczym Kasandra przepowiada, że takie działanie „stworzy ludzi wierzących w mity i odrzucających fakty. Będzie elementem poplątania języków”. Właśnie! Ostatnia groźba, acz bez elementów, już się spełnia: jednej części elity poplątały się języki, pojęcia, kryteria, normy moralno-narodowe; druga rozumie słowo „patriotyzm” po prostu, bez ekwilibrystyki semantycznej, wierzy nie w mity, a w to, że zbiór faktów tworzy dowód i że bez niego mogą być jedynie hipotezy, supozycje, stanowiące materiał mniej czy bardziej przydatny do wszelkich spekulacji i interpretacji.
Osobliwe, że profesor historii nie zdaje sobie sprawy z tych prawidłowości. A może zdaje, a plącze po to, by świadomość narodową swych rodaków, zwornik patriotyzmu, poplątać jeszcze bardziej, aż stanie się „pluralistyczna”.
Jacek Wegner
