Żeglowanie jest konieczne i wymagane, a życie niekoniecznie, jak stwierdził Pompejusz starszy podczas podróży statkiem w czasie burzy (Navigare necesse est, vivere non est necesse).
Bo to przede wszystkim walka dwóch żywiołów. Wody i wiatru. Nic tu ze szpanowania. I lekceważenia żywiołów. Może dlatego na Mazurach: w Mikołajkach, czy w Giżycku, czy na Święcajtach pod Węgorzewem, ci z największą kasą (i brzuchami) wolą te okropne motorówki, pardon jachty motorowe. Też mi coś! Sztuką jest odpowiednie wykorzystanie sił przyrody. A nie włączę silnik i będę straszył przyrodę!
A tu wiatr sobie i woda sobie. Częste zmiany pogody, a z nią nawet gwałtowna zmiana wiatru, nagła silna i krótka fala. Dlatego tak ważne jest doświadczenie. Bo sztuką jest umiejętność przewidywania. A ta przychodzi z czasem, z coraz większą praktyką. I nie ma mowy o lekceważeniu. Czegokolwiek i w jakiejkolwiek chwili. Sam tego doświadczyłem podczas regat na Zalewie Zegrzyńskim. Podczas jednego z wyścigów i tak silny wiatr nagle stężał do „siódemki”. I „grzybek”, wywrotka gotowa. Był to koniec września, zimna woda, a my na środku „podwarszawskiego oceanu”. I wtedy jedna z „470”, która mogła kontynuować zawody, podpłynęła do dwóch nieszczęśliwców (ja i mój kolega z „cadeta” mieliśmy razem 24 lata) i zabrała nas do brzegu. Lekarz natychmiast kazał nam ściągnąć całe mokre ubranie, wstydziłem się nagości, i zawinęli nas w koce i dali gorącą herbatę. Dopiero wtedy zrozumiałem, co nam groziło. Ale to doświadczenie zaowocowało w całym moim żeglarskim życiu. Gdy na Mamrach za Wyspą Upałty przyszła nagła burza z piorunami, wiedziałem, iż mam uciekać do nawietrznego brzegu. Bo z tego kierunku natężenie wiatru będzie coraz słabsze i to jest szansa na dopłynięcie. I sam doskonale zdaję sobie z tego sprawę, iż ani z wiatrem, ani tym bardziej z woda nie ma żartów. W żadnej sytuacji.
Karol Jabłoński, wielokrotny mistrz świata i Europy w żeglarstwie, w wydanej właśnie książce „Czarodziej wiatru. Życie na regatach, czyli historia wyjątkowego żeglarza” z udziałem Wojciecha Zawioła określa to tak:
„Woda jest nieodzownym elementem mojego życia, czuję się w niej bardzo bezpiecznie. A jednocześnie mam przed nią duży respekt. To jest żywioł, trzeba zachować ostrożność”.
Jabłoński jest absolutnie wyjątkowym żeglarzem. Zna się na tym sporcie jak mało kto. A może zupełnie i bardzo wyjątkowo. Przecież zdobył najwięcej tytułów ze wszystkich polskich żeglarzy. Sam mówi o sobie „World Class Sailor”, żeglarz światowej klasy.
Zaczynał, jak wielu innych kolegów w jego wieku: od „Cadetów”, potem „470”, gdzie wygrywał z najlepszymi. Pływał też na katamaranie „Tornado”. Ale sprzęt miał beznadziejny. Na regatach w Tallinie, świetny rosyjski żeglarz Potapow powiedział mu: „Karol, ty jesteś bohaterem, że się ścigasz na czymś takim”. A gdy wraz z Mirkiem Szymczakiem reprezentowali coraz lepszą klasę, nagle Polski Związek Żeglarski zrobił, co chciał: „zabrano dwudziestojednolatkowi cały sprzęt i zostałem w ręką w nocniku”-stwierdza Karol. Następny sezon miał być dla nich przełomowy. A tu działacze stwierdzili, że jest „nierozwojowy”.
Piszę o tym po to, by pokazać, że do wielkości nie tylko w sporcie, ale także w życiu dochodzi się pod górę i po schodach niechęci i braku wspierania przez innych, tych, którzy zobowiązani są do pomocy, a robią...na odwrót.
W końcu, jak w Polsce nie było szans, Karol miał rodzinę w Niemczech i tam pojechał. Ma 2 paszporty: polski i niemiecki. Był okres, gdy startował z literą „G” (Germany-Niemcy) na żaglu.
Tu tez nauczył się doskonale fachu szkutnika: jak buduje się kadłuby jachtów, miecze, płetwy sterowe. Przyjeżdżał na Mazury. Gdy zobaczył w jednej ze stoczni, sprowadził Sportinę 680. Polepszał jeszcze detale i wystawił na targach Hanseboot. I potem jeszcze ładnych parę lat sprzedawał jachty produkowane w Polsce w Europie i nie tylko.
Ale-jak sam pisze-dzięki pomocy znawcy bojerów Staszka Macura z Olsztyna i dyrektora Bazy Mrągowo Józefa Nowickiego przed sezonem 1993 udało się odkręcić sytuację. I z USA na bojerach (o tym za chwilę) przywiózł srebrny medal mistrzostw świata już dla Polski.
Ale jego sława i trud to żeglowanie na dużych jachtach. Ja się tym zaraził? W 1990 r. na regatach we Włoszech po raz pierwszy zobaczył ogromnie popularnego tam wówczas Paula Cayarda. Akurat wpływał swoim wielkim jachtem do portu:
-Prawdziwy bohater narodowy, sternik włoskiego teamu Azzurra startującego w Pucharze Ameryki-opisuje Jabłoński. – Na parkingu stało jego porsche 911. To „spotkanie” wywarło na mnie piorunujące wrażenie, a zarazem uświadomiło mi jeszcze mocniej, że warto iść tą drogą, którą obrałem.
Od 1992 r. pływał razem z Romanem Paszke na jego jachcie klasy Jednej Tony, Gemini. O nazwie MK Cafe. Zdobyta wiedza owocowała. Jednak największą szansę dał mu Thomas Friese, designer mody z Hamburga, fanatyk żeglarstwa, weteran regat Admiral’s Cup z lat 70 o 80. W mistrzostwach świata w 1993 r., w Cagliari, zajęli drugie miejsce. Po regatach Admiral’s Cup otrzymał propozycję od Willy’ego Illbrucka by sterować jachtem klasy Pinta. Startował w Nowej Zelandii, na Florydzie i całej Europie. I to z wielkimi sukcesami.
A w 1999 r. w Kilonii na jachcie klasy Mumm 36 wygrał mistrzostwo świata. To trzeba sobie koniecznie uzmysłowić, bowiem sukces gonił kolejny sukces. A każdy nie byle jakiej rangi. Po prostu żeglarska znakomitość.
Zupełnie naturalna była zamiana żaglówek na zimowe łódki, czyli bojery. Dla kogoś wychowanego nad Jeziorem Tałty pod Mikołajkami, to było oczywiste. Z tatą latał jeszcze na dużym Monotypie, tak zwanej „piętnaście”, gdzie rekord Polski wynosił powyżej 110 km/h. To było szaleńcze, lodowe latanie. Przerwa zimowa w żeglowaniu trwa w Polsce aż 5 miesięcy. To trzeba ją wykorzystać. Budował bojery od podstaw. Najpierw w Mrągowie, a potem w Niemczech, tak opowiada:
Kupowało się drewno i suszyło. Potem cięcie, dobieranie odpowiednich desek, słojów. Materiał był najważniejszy. Kiedyś z Tallina przywiozłem świerk syberyjski. I to było to. A teraz jest inaczej. A teraz jest epoksyd, włókno szklane i węglowe.
Na bojerach się „lata”, a nie ślizga, bo to pierwsze ma w sobie coś magicznego. W tym sporcie najważniejsze jest bezpieczeństwo. Lód jest dokładnie sprawdzany przed każdymi zawodami. A w USA walczy się o miejsce z...wędkarzami. Wjeżdżają na lód wielkimi samochodami, rozbijają namioty, wiercą ogromne dziury. I cały dzień łowią ryby. Aż trudno sobie wyobrazić wpadnięcie do takiej dziury, przy szybkości jaką rozwija DN, od 70 do 130 kilometrów na godzinę. A propos nazwy. W roku 1937 gazeta „Detroit News” rozpisała konkurs stawiając za zadanie zaprojektowanie atrakcyjnego niedrogiego sprzętu, który można by spopularyzować do zabaw na lodzie. W wyniku tego konkursu powstał mały ślizg z przednią płozą sterującą (a w Monotypie, na których też się teraz lata, steruje się płozą z tyłu i używa normalnej kierownicy), a jego konstruktor William D. Sarns z Michigan uzyskał pierwszą nagrodę. Od pierwszych liter tytułu gazety i powierzchni pomiarowej wyrażonej w stopach kwadratowych powstała nazwa ślizgu „DN-60”. Karol Jabłoński zdobył wiele tytułów mistrza Polski, Europy. A w tym roku po raz...10 został mistrzem świata:
-Na ostatnim znaku byłem 9. Myślałem, że nie mam szans na wygraną. Tym bardziej, że młodzi też są dobrzy i chcieliby ograć starego mistrz.
Ale mistrz to mistrz.
O takim żeglarzu, jego znakomitej klasie niewiele się pisze w Polsce. Nie chwalimy się nim, nie szczycimy. Czyżby dziennikarze naprawdę nie potrafili dostrzec tak znakomitego sportowca? I który przecież rozsławia Polskę, bez żadnej przesady, na prawie wszystkich morzach i oceanach świata. Jak dobrze się stało, że zaproponowano mu rolę konsultanta Mateusza Kusznierewicza na igrzyskach w Atlancie w 1996 r. (żeglarze ścigali się pod Savannah). Do takich zawodów przygotowania trwają kilka lat. I potem następuje ten jeden, jedyny start. Niektórzy zawodnicy nie potrafią tego ciężaru unieść. Poza podpowiedziami co do pogody, taktyki, były wskazówki, co do zachowania zimnej głowy. A odpowiedni stan psychiczny, to istota rzeczy nie tylko w sporcie. Karol mówi wprost, że gdyby nie on, to tego złota by nie było. I o jego udziale też nie wspominało się.
Nie wiadomo, dlaczego o Karolu Jabłońskim, wybitnym żeglarzu, ze znakomitym doświadczeniem i fenomenalnymi osiągnięciami jakby zapomniano. Jest jedynym polskim żeglarzem, który brał udział w żeglarskim najwyższym topie, w Pucharze Ameryki, z tradycją od 1851 r. A przecież to przy okazji znakomita promocja Polski i naszych możliwości. Czyżby na tym nikomu w Polsce nie zależało?
/-/ Andrzej Dramiński
Wiceprezes Zarządu Warmińsko-Mazurskiego Oddziału
Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Olsztynie
