Niedawno największa partia opozycyjna wnioskowała o odwołanie marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego pod zarzutem, że źle (bez wskazania przykładów) prowadzi obrady i Sejm nie kontroluje rządu – inkryminował, jak podała „Rzeczpospolita”, szef klubu PO Sławomir Neumann. Ale ani się nie zająknął, że w poprzedniej kadencji Sejm był wręcz manipulowany przez rząd. Nikt też w niemrawej dyskusji, jaka po tym postulacie się rozwinęła, nie zdemaskował prawdziwej i poważniejszej patologii Sejmu: łączenia mandatów poselskich ze sprawowaniem funkcji urzędniczych w wysokich instytucjach państwowych.
Mieliśmy od 1989 r. kilka rządów, kilka prezydentur – i nic, jak było, tak jest – wyłącznie posłowie są ministrami, sekretarzami stanu, szefami wielu wysokich urzędów państwowych lub nawet niby-społecznych, w każdym razie quasi-apolitycznych, ostatnio na przykład Radę Mediów Narodowych. Kto więc ma kontrolować ich działalność? Koledzy posłowie? Ależ poseł posłowi oka nie wykole...
W latach 70. w kinach wyświetlano film o okolicznościach zamordowania pierwszego prezydenta Rzeczypospolitej. Ukazane są walki uliczne endecji ze zwolennikami Narutowicza, a tymczasem minister spraw wewnętrznych w teatrze ogląda spektakl; woźny wchodzi na widownię z telefonem na długim przewodzie i podaje słuchawkę ministrowi, słychać gniewny głos posła napominającego ministra, że teraz jego miejsce jest na ulicy, nigdzie indziej. Sytuacja dziś nie do wyobrażenia. Nasz poseł raczej pójdzie na wódkę z kolegą posłem-ministrem i wspólnie po cichu naurągają własnemu państwu, aniżeli publicznie zwróci mu uwagę, że postępuje źle. Dzisiejszy Sejm po tym, co w PRL nazywało się też sejmem, w żadnej mierze nie sprawuje funkcji kontrolnej I tu prominent PO ma rację. Czy nowa formacja rządząca Polską od 25 października zeszłego roku to zrozumie i to zmieni?
Przed wiekami łączenie przez oligarchów stanowisk i urzędów doprowadzało szlachtę do furii, toteż w programie egzekucji praw i dóbr koronnych w drugiej połowy XVI w. sformułowała postulat zwany po łacinie incompatibilitas (albo incompatibilia), nigdy zresztą niespełniony przez króla i senat. Zachowując właściwie proporcje można by rzec, że dzisiaj podobne żądania wysuwa rząd, który przeciwstawia się zgoła bizantyjskim zachłannościom na apanaże i współudział we władzy Trybunału Konstytucyjnego. Pisałem tu kilkakroć o tej instytucji, bo kiedy myśli się i pisze o demokracji, raczej: antydemokracji, we współczesnej Polsce, nie sposób pominąć tego tematu.
To nie jest organ niezależny politycznie w rozumieniu monteskiuszowskim. Wszak jego sędziów nominuje po części Sejm i prezydent. Sejm zaś tworzą posłowie wyłącznie partyjni, a nie wyłonieni w powszechnych wyborach (np. w tzw. jednomandatowych okręgach wyborczych). Prezydenci też są duchowo, umysłowo, choć już nie organizacyjnie, ale przez dawną przynależność i swój elektorat związani z konkretną partią, toteż władza i ustawodawcza, i wykonawcza nie może być wolna od nie mniej czy bardziej silnych filiacji partyjnych. Przeto w odniesieniu do Trybunału Konstytucyjnego dezyderat Monteskiusza o niezawisłości władzy sądowniczej staje się po ponad dwustu latach od pierwszej naszej konstytucji n o w o c z e s n e j fikcją.
O ileż mądrzej było w I Rzeczypospolitej; sędziów do trybunału, rozstrzygającego zresztą jedynie sprawy kryminalne lub sporne, szlachta wybierała jak posłów - na sejmikach, czyli był to wybór powszechny, nie nominacja. Trybunały były demokratyczne w takim znaczeniu, w jakim demokratyczne były państwowe instytucje szlacheckie. Senat zatwierdzał albo odrzucał czy kazał poprawić decyzje posłów ziemskich, ponieważ takie jest w europejskiej kulturze parlamentarnej znaczenie senatu. I tak też było w Dwudziestoleciu. Nikomu do głowy nie przychodziło, żeby działalność ustawodawczą podać pod ocenę innego organu niż parlament. Natomiast dzisiejszy Trybunał Konstytucyjny ma prawo samodzielnie osądzać wszystko, nawet uchwały siebie dotyczące, to tak jakby sąd sądził się sam we własnej sprawie. Taka działalność polityczna tej instytucji kompromituje Senat jako bezcelową część parlamentu i nade wszystko ośmiesza ustrój państwowy Polski.
Owszem, jest Trybunał Stanu do sądzenia polityków uczestniczących w kierowaniu nawą państwową, bo nie tylko że są omylni, to także i oni ulegają pokusom sił ciemnych. W staropolskim ustroju nie był potrzebny, przedstawicieli bowiem najwyższych władz państwowych sądził sejm lub powołane przez posłów komisje. I to nie było czcze. W latach dziewięćdziesiątych XVI w. wywiad Rzeczypospolitej przechwycił tajną korespondencję Zygmunta III Wazy z cesarzem, w którym nasz monarcha prosił adresata o pomoc w odzyskaniu (raczej uzyskaniu) korony szwedzkiej w zamian za... polską i wielkoksiążęcą litewską. Za mniejsze nikczemności niż frymarczenie niepodległością państwa, na czele którego się stało, w Anglii i Francji władcy poszli na szafot. Ale polskie serce jest łagodne, wybacza największe nawet łajdactwa i zdrady. Król się ukorzył, poddani wprowadzili nowy zapis do Artykułów Henrykowskich, że panujący bez zgody stanów (posłów i senatorów) nie może opuścić kraju. Tak więc panujący stawali się odtąd więźniami stanu...
Trybunał Stanu utworzyli zaś ojcowie niepodległości polskiej po zwycięskiej jej obronie w 1921 r. Przetrwał do września 1939 r. W historiografii i publicystyce mówi się o jego reaktywowaniu w roku 1982. Jaruzelski dążący do legitymizacji swych rządów powoływał trybunały, żeby do nich się odwoływać, czy też stawiać w stan najpoważniejszego oskarżenia towarzyszy i towarzyszy-oficerów, jeśli byliby przeciwni temu, co on zadekretował. Trybunał Konstytucyjny rozpoczął działania w 1985 r. w warunkach braku Izby Wyższej w ówczesnym niby-parlamencie. I działa nadal, choć mamy już Senat, a rządy Jaruzelskiego pozostawiły w duszach większości Polaków poczucie hańby.
Tymczasem nowa Polska wciąż nie dostrzega konieczności oddzielania mandatów poselskich od sprawowania najwyższych urzędów państwowych. Oczywiście że łączenie funkcji poselskich z administracyjnymi to nie to samo co staropolskie incompatibilia, lecz mechanizm jest identyczny i ta sama patologia republikańska. Bo przecież kto ma mandat do parlamentu, nie może być ministrem. I tak jest w wielu krajach naszej cywilizacji o bogatej tradycji parlamentarnej.
Wszelako my jesteśmy, a raczej byliśmy, bogatsi. Zaświadcza o tym Konstytucja Trzeciego Maja z roku 1791. Twórcy Ustawy Rządowej, tak bowiem wówczas powszechnie nazywano Konstytucję, pisali, że dzięki niej są „wolni od hańbiących obcej przemocy nakazów” i „cenią drożej nad życie, nad szczęśliwość osobistą – egzystencję (…) niepodległość (…) i wolność wewnętrzną narodu”. Czyli odwrotnie niż my dzisiaj, wolni zewnętrznie musimy znosić dolegliwości wewnętrznego zniewolenia biurokracją, nieuczciwością wielu posłów i ministrów, którzy mają jednocześnie mandaty poselskie.
Konstytucja z 1791 r. pomna triady Monteskiusza wyraźnie oddzielała stanowiska rządowe, urzędnicze, od misji poselskich. Nasi przodkowie sprzed ponad dwustu lat zapisali expressis verbis: „Wszelka władza społeczności ludzkiej początek swój bierze z woli narodu. Aby więc całość państw, wolność obywatelska i porządek społeczności w równowadze na zawsze zostawały, trzy władze rząd narodu polskiego składać powinny i z woli prawa niniejszego na zawsze składać będą, to jest: władza prawodawcza w stanach zgromadzonych, władza najwyższa wykonawcza w królu i Straży i władza sądownicza w jurysdykcyjach na ten koniec ustanowionych lub ustanowić mających”. Bogusław Leśnodorski (zm. w 1985 r.) napisał w swym dziele monumentalnym z 1965 r. ”Historia państwa i prawa polskiego”, że po maju 1791 r. „rząd ustanowiono mieszany, bo, zbliżając się poniekąd do systemu prezydenckiego w Stanach Zjednoczonych Ameryki, króla uczyniono szefem rządu, czyli ściślejszego grona rady ministrów Straży Praw – n i e b ę d ą c y c h p o s ł a m i, dopisek J. W - jak i całej administracji. Ale ministrów zasiadających w gabinecie i kolegialne ministerstwa, komisje wielkie, równocześnie u z a l e ż n i o n o od sejmu w postaci odpowiedzialności prawnej konstytucyjnej, za naruszenie prawa, i politycznej, parlamentarnej za kierunek polityki ich i króla” (podkr. - J. W.).
To był prawdziwy sejm! Czyż tedy nie trzeba się wstydzić współczesnego polskiego parlamentu, który nadając posłom urzędy ministerialne niweczy triadę, na jakiej wykreowane są ustroje państw nowoczesnych?
Ustrój parlamentarnej Pierwszej Rzeczypospolitej monarchicznej szkodliwie wikłało nadawanie przez sejmiki ziem i powiatów instrukcji posłom wybieranym na sejmy walne lub ekstraordynaryjne; instrukcje owe uwzględniły jedynie interesy wyborców, a nie całego państwa. Wiedzieli o tej ułomności twórcy Ustawy Rządowej z maja 1791 r. toteż postanowili: „…posłowie na sejmikach obrani w prawodawstwie i ogólnych narodu potrzebach podług niniejszej Konstytucyi uważani być mają jako reprezentanci całego narodu, będąc składem ufności powszechnej”. Nie straszyła jeszcze nikogo zmora partyjnictwa, jak ją nazywał Piłsudski, i z jaką nieustannie walczył.
Dobrze, że nie doczekał III Rzeczypospolitej, w której posłowie nie poczuwają się do reprezentacji narodu, a dbają wyłącznie o elektorat swych partii, od którego zależą ich mandaty i równocześnie pobierają pensje ministerialne lub z innych wysokich urzędów państwowych, np. wspominanej Rady Mediów Narodowych.
I jak tu więc mówić o postępie cywilizacyjnym, czyż bowiem nasz współczesny parlamentaryzm w owych dwóch wymiarach: nadawania posłom urzędów ministerialnych i dbałości posłów o dobro partii, zamiast publicznego - nie jest krokiem wstecz naszych dziejów?
Obywatele III Rzeczypospolitej, którzy nie chcą należeć do żadnej partii ani z żadną sympatyzować, mogą jedynie zapisywać w kilku periodykach swe myśli nieujarzmione – lecz wyłącznie dla siebie wzajemnie i własnej, jak mawiał Witkacy, frajdy, gdyż nikogo nimi nie zainteresują. A politycy tym bardziej poglądami obywateli się nie przejmują; zresztą mają na usługi wielu dziennikarzy (powinienem napisać: „dziennikarzy”), którzy za stanowiska, pieniądze, popularność gotowi są schlebiać w swych publikacjach każdemu politykowi, który ich o to poprosi..
Pierwszym przeto warunkiem uzdrowienia naszego państwa jest rozdzielanie funkcji parlamentarnych od urzędniczych. I my, rzemieślnicy pióra, powinniśmy sobie ciągle wzajemnie przypominać o naszym powołaniu: obowiązku k r y t y k o w a n i a rządzących, jeśli na przyganę zasługują,
Nie można przecież lubić i szanować państwa z hipertrofią biurokracji, z lekceważeniem opinii obywateli, z niedorozwojem cywilizacyjnym, z kłamstwem przekupnych dziennikarzy, z arogancją i indolencją urzędników oraz niskim, kompromitującym nas wobec społeczności międzynarodowej, poziomie kultury umysłowej i dyplomatycznej najwyższych reprezentantów naszej woli narodowo-państwowej.
Na szczęście widać już pierwsze skutki podejmowanych od 25 października ub. r. działań ozdrowieńczych państwa. Jest nadzieja na nową, dogłębną transformację.
Jacek Wegner
