Mój amerykański przyjaciel John Koza z Bostonu czyta tę zapowiedź artykułu kilka razy: „Liderzy rządu w Polsce promują neofaszystowską  ideologię” (Government leaders in Poland are promoting a neofascist ideology). A nad nią jeszcze  tytuł: „Nowi europejscy faszyści” (The New European Fascists). I od  razu  zastanawia się z niedowierzaniem, co  skłoniło jego amerykańskiego ziomka:  Chris’a  Hedges'a do takiej zapowiedzi:


- Jestem tu już tydzień, mam kontakty z krajem nad Wisłą, dużo, bo prawie codziennie śledzę sprawy polskie w internecie w USA. Ale by mówić o Polsce jako o kraju neofaszyzmu to bardzo gruba przesada-wyrzuca z siebie od razu. -To po prostu nieprawda. Jakieś  wymyślone rzeczy. Bzdury.  Czy ten dziennikarz zdaje sobie z  tego sprawę, co to jest  faszyzm? Chyba nie rozumie tego, jakie on stanowił zagrożenie dla świata. To jest takie bezmyślne powtarzanie określenia, które miało i ma zupełnie inne znaczenie. I na pewno nie odnosi się do obecnej sytuacji w Polsce.

Wszystko to dzieje się akurat w  czasie, gdy papież  Franciszek  przybył do Polski na 31. Światowe Dni Młodzieży. Pojechał  do  miejsca  obozu  Auschwitz-Birkenau i tam w ciszy przeszedł przez bramę z napisem „Arbeit macht frei”. Tak w ciszy, nic nie mówiąc.  Choć  jest zapewne ekstrawertykiem, tym razem zupełnie milczał.  Wielu przedstawicieli społeczności żydowskiej też oczekiwało takiej bezgłośnej modlitwy. Jak najbardziej była ona właściwa dla powagi i tragicznej historii tego miejsca. Tu tylko pomoże przeżywanie wewnętrzne.  A  to cisza krzyczała!
Wyjaśniam amerykańskiemu gościowi, że  więźniowie, którym kazano  wykonać ten napis  dali Niemcom-faszystom prztyczka i „B” w  „Praca” (Arbeit) jest do góry nogami. John wyciąga  komórkę i od razu sprawdza w internecie.  Ogląda też, to co papież  zapisał w księdze w  dn. 29 lipca 2016 r. w  obozie  Auschwitz-Birkenau: "Panie, miej miłosierdzie nad twym ludem! Panie, przebacz tak wielkie okrucieństwo!"

Wiedza  mojego Johna o Polsce  wymaga jednak w wielu miejscach uzupełnień.  Mimo, że  naprawdę „siedzi” w  sprawach polskich, to nie wiedział, i sam się nigdy nie doczytał, że w  Warszawie były 2  powstania:  najpierw w  Getcie Warszawskim rozpoczęte 19 kwietnia 1943 r.  I  oczywiście Powstanie Warszawskie, które wybuchło 1 sierpnia 1944 r. John w Muzeum Powstania Warszawskiego chętnie sięga po kartki z kalendarza, obrazujące poszczególne dni walk i  długo i dokładnie czyta.

Tak samo jak ostatni  artykuł Chrisa  Hedges’a w „The Washington Post”. Nacjonaliści i demogodzy w prawicowej partii  „Prawo i Sprawiedliwość”?

-Rzeczywiście takich wybraliście? - pyta.

Odpowiadam, że  jak  ktoś  stanowczo broni interesów Polski, to  wcale nie oznacza, iż  jest nacjonalistą.  A  demagodzy?  Takie  pisanie bez odwołania się do konkretnych przykładów, to jest dopiero czysta (uwaga: w  czystej postaci) demogogia.  A  poza  tym, to nie mogą być  słowa  samego  Chrisa  Hedges’a.  Bo skąd, nie będąc w Polsce,  miałby o tym wiedzieć?  To kto mu o tym powiedział i użył dokładnie takich słów?  Zapewne ci, którzy z nim rozmawiali i których on cytuje w  tym  swoim artykule, który się ukazał na łamach „The Washington Post” w  dn. 24 lipca 2016 r.


Gwałtownie usuwane prawa konstytucyjne? Blokowanie państwowych mediów przed zanikającą  opozycją polityczną? A w  szczególności Komitetu Obrony Demokracji (The Committee for the Defense of Democracy)? Idąc na niedzielny koncert  chopinowski w  królewskich Łazienkach razem widzieliśmy jak przez  siedzibą pani premier  rozstawiono namioty, wiszą banery i różne  hasła.  Wprost w okna  członków rządu.  Mój  gość  z  Bostonu  znowu nie rozumie tej narracji  swojego ziomka, dziennikarza.  Jak można  jawnie protestować, to jakie to usuwanie przywilejów wynikających z Konstytucji?

I  John też  to  widzi, że  takie  pisanie w postaci  rzucania  haseł, a nie podparte  przykładami jest  bezwartościowe, nic nie daje. Bo być może, że dziennikarz gdzieś  to usłyszał i  tak bezmyślnie  to powtarza.

-Ja  takiego pisania zupełnie nie rozumiem- stwierdza John. -  I  do mnie to nie trafia.  To  jest  nierzetelne, takie  „puszczanie”  haseł. Tak nie piszą prawdziwi, amerykańscy dziennikarze. Znający się na rzeczy.  Tu  chodzi o to by były  to slogany.


Mój gość nie może wiedzieć na czym polega wg Hedges’a sparaliżowanie Trybunału Konstytucyjnego. Pyta, czy ten sąd pracuje. Odpowiadam, że tak. Nie jest zamknięty.

-A co z publikacją wyroków Trybunału Konstytucyjnego?-pyta.

Bo jak sam mówi, z artykułu wynika, że skoro wyroki nie ukazują się w Dzienniku Ustaw i z konieczności można je przeczytać w internecie, to nie mają mocy prawnej. I powtarza, co wyczytał u amerykańskiego dziennikarza, że taka praktyka oznacza, że  jest to: „Bardzo niebezpieczny czas” (very dangerous time).

Tłumaczę, że  to znowu zbyt ogólne stwierdzenia. Owszem, nie są publikowane, bo strona rządowa twierdzi, iż nie zostały wydane zgodnie z prawem. Dlaczego zatem mają  się ukazać w  oficjalnym dzienniku naszego państwa, gdzie publikowane są legalne akty? Bo tylko takie mogą obowiązywać.  To, co  pisze Chris  Hedges  znowu zawiera  ogólniki, które usłyszał.  Ale nie do końca powiedziano mu o  istocie rzeczy.  I sam już  dopowiadam, że  gdyby autor artykułu chciał  faktycznie  dowieść, że  to na co się powołuje, jest prawdziwe, to dlaczego nie docieka, czy Trybunał Konstytucyjny wykazał, iż  te sporne orzeczenia (bo niewątpliwie  chodzi  tu o spór, czyli nic nie jest takie jasne i oczywiste), że  faktycznie  wydał je  zgodnie z obowiązującym prawem.

Jakoś do tej pory  niewiele się o tym mówi, że Trybunał ma cały czas wolną  wolę by wykazać, że działa legalnie. We  wszystkich aspektach. A właśnie tego nie ma. I na to nie powołuje się autor artykułu. Dlaczego? Trudno powiedzieć.

Może nie chce  dociekać jaka  jest prawda?  I  dlatego są  to frazesy i nie ma prawdy.

Piszę o tym, co  czuje „mój” Amerykanin, który przebywając  w Polsce i widząc i rozumiejąc, co się dzieje (biernie dość  dobrze  zna  język polski) potrafi ocenić  jak w  USA poważna gazeta podaje informacje z Polski.  To prawo każdego czytelnika. I nikomu takiego prawa nie można odmówić.

John, który ma krytyczne spojrzenie na wiele rzeczy, które się  dzieją w  Ameryce, nie może  zrozumieć, jak amerykański dziennikarz może  cytować  wypowiedź o jednoczesnym obowiązywaniu dwóch systemów prawnych w Polsce.

-W naszej kulturze prawo odgrywa istotna rolę -mówi. -My szanujemy prawo. Jest ono podstawą porządku w Stanach.

I jak można tak bezkrytycznie pisać, że w Polsce obowiązują 2 systemy prawne: konstytucyjny, czyli ten legalny. A drugi to niekonstytucyjny i nielegalny.  I  cytować innego dziennikarza, który mówi o „problemie”, którym ma być to...że w Polsce obowiązuje...ten drugi.  Czyli nie ma porządku konstytucyjnego i wszystko jest nielegalne. Zupełne mijanie się z prawdą.

Opowiadam John’ owi, kto faktycznie naruszył, i to w sposób oczywisty, demokrację w Polsce.  Gdy Prezydent Bronisław Komorowski przegrał wybory, obecna (p)oważna (o)pozycja, bojąc się przegranej w parlamentarnych rażąco  naruszyła prawo. A mianowicie  wybrał 3 sędziów  Trybunału Konstytucyjnego, którzy zgodnie z prawem nie mogli być jeszcze  wybrani, gdyż nie skończyła się kadencja poprzednich. Właśnie to stanowiło rażące przeciwstawienie się prawu. A po raz pierwszy zdarzyło się w Polsce, po 1989 r., gdy zaczęliśmy  odzyskiwać prawdziwą Niepodległość, iż  jedna partia  zdobyła większość. I zgodnie z tą większością może  decydować o treści aktów prawnych, mając odpowiednią liczbę głosów.  To jest  wypełnianie  demokracji, a nie działanie przeciw niej.

Dlaczego przedstawiciele (p)oważnej (o)pozycji pojechali do Brukseli przekonywać unijnych, wysoko postawionych urzędników, że polska polityka zagraniczna nie może mieć  „twarzy rządzącej partii politycznej”!  A  czyją ma mieć? Od  kiedy  to przegrani w wyborach narzucają sejmowej większości swoją wolę, a szczególnie w tak strategicznych sprawach jak polska polityka zagraniczna?

John słysząc to mówi na koniec:
- Jak ktoś robi taką akcję, bo przegrał i próbuje się odegrać metodami poniżej pasa, to taką sytuację określamy w Ameryce, że są to „kwaśne grona” (sour  grapes). I pokazuje mimiką na twarzy stosowny grymas: niechęci, odrazy i złego smaku.


        /-/  Andrzej Dramiński
                                     Wiceprezes Zarządu Warmińsko-Mazurskiego Oddziału
                  Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Olsztynie








 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl