Biją dziennikarzy! Mocno! Mężczyzna kobietę, dziennikarkę! Gdy zadaje pytanie on prawą silną, męską dłonią na odlew, z zamachem w lewy policzek dziewczyny. Bardzo mocno zabolało. Bo aż się odwróciła i przysiadła i głośno płakała z bólu. Oczywiście w takiej sytuacji nie ma mowy o jakiejkolwiek interwencji dziennikarskiej. Mało tego. Ten sam mężczyzna biegnie za uciekającym kamerzystą, gdyż ten go filmuje. A napastnik chce zniszczyć sprzęt, bardzo drogi przecież. Częściowo i tak już go uszkodził. Przed całkowitym zdemolowaniem kamery, a może także pobiciem ratuje jednego mężczyznę przed drugim to, że po prostu ucieka i jest szybszy. Aż do odległego rowu. I w ten sposób się ratuje. Wszystko to nagrane z innej kamery. Całe te ohydne i wymagające najwyższego potępienia sceny.
We czwartek 14 lipca 2016 r. dokładnie je pokazywano w telewizji publicznej: najpierw w TVP Info, a następnie w „Panoramie”. A historia rozegrała się we wsi Żywa Woda na Podlasiu. Dziennikarka Elżbieta Sinkiewicz z TVP Białystok pojechała tam na interwencję. Chodziło o to, że jeden z bogatszych i przedsiębiorczych rolników chciał rozbudować swoją fermę. Sąsiedzi bali się, że spowoduje to smród w całej wsi i chcieli zaprotestować. Co ciekawe, ostatecznie i skutecznie miała to załatwić telewizja publiczna. A nie wójt w tej gminie, czy jego urzędnicy. Z jednej strony to cieszy, że telewizja, jako środek społecznego komunikowania się, ma aż tak ogromne zaufania. Przede wszystkim do tego, że interwencja będzie skuteczna i na pewno pomoże. I tu się liczy najbardziej „na pewno”. Tak, często się stykam z mieszkańcami gmin z tytułu obowiązków prawniczych i mogę to w 100 procentach potwierdzić. Niestety, ludzie czują się bardzo samotni i opuszczeni. W sensie udzielania im wsparcia, pomocy i tego na kogo mogą naprawdę liczyć w swoich przecież naprawdę trudnych, życiowych i skomplikowanych sprawach. Tak „skomplikowanych” niekoniecznie z ich winy. Trzeba pojechać na tzw. „głęboką wieś” i poprosić tych ludzi by się otworzyli. Doprawdy bardzo często są to przerażające historie. Kto ma pomóc? Właśnie telewizja, którą prawie każdy ogląda, nawet w odległych przysiółkach i skuteczni prawnicy. Wiele mógłby tu powiedzieć niezwykle zasłużony i wręcz poświęcający się takiej „ludzkiej biedzie” i w takich interwencjach Pan Mecenas Lecha Obara, z Kancelarii Radców Prawnych i Adwokatów „Lech Obara i Współpracownicy z Olsztyna”. Lecz często jest tak, że prawo mówi, co innego i ta skuteczność od strony prawnej często nie jest taka, jak dana osoba to sobie wyobraża. Ale to odrębny temat.
Wracając do interwencji, to z drugiej strony traktowanie przez niektórych mieszkańców najmniejszych miasteczek i wsi przestrzeni publicznej jako swojej własnej: „nie będą mi tu włazili z butami”. Kamera w dn. 14 ;lipca 2016 r. pokazała rozmowę z rodziną owego inwestora, gdy padło:
„Won stąd”...i zaciąganie bramy by tylko dziennikarz nie wszedł na podwórko i nie poprosił o odpowiedź na pytania. „Jazda stąd, pocałujcie nas w...” I mocne niecenzuralne słowo. Ale to już po prostu zwykłe chamstwo, kompletny brak wychowania i traktowanie siebie: „ja tu królem”. A po trzecie, chyba niewielki brak zainteresowania władz gminnych takimi sprawami. Przecież także według przepisów administracyjnych można zawrzeć ugodę, można się zawsze porozumieć w każdym sporze. Niestety z wielu obserwacji, także prawniczych i Pana Mecenasa Lecha Obary z którym rozmawiałem wynika, że właśnie samorządy w tych najmniejszych ośrodkach nie do końca spełniają swoją rolę. A dokładniej stanowczo za mało jest pomocy prawnej, czy dokładniejszej informacji o przepisach. Mało tego. Urzędnicy traktują właśnie przepisy prawa jako swój oręż. Swoją przewagę, a nie pole współpracy z mieszkańcami. W końcu są pracownikami wójta i jemu podlegają. I muszą, bo stracą robotę, wykonywać polecenie swojego zwierzchnika.
Dlatego tak dobrze, że jest ustawa o nieodpłatnej pomocy prawnej (obowiązująca od dn. 01 stycznia 2016 r.), świetnie, że są niezależni prawnicy, którzy udzielą dokładnej informacji, wskażą jak napisać pismo, gdzie udać się z interwencją, jak najlepiej argumentować i po prostu nie dać się zbyć. Pisałem o tym w felietonie „Ci tak potrzebni prawnicy Prezydenta Dudy” 10 czerwca 2016 r. na tym portalu (nawet w Warszawie sam widziałem 2 tygodnie temu taki szyld i lokal na tyłach ul. Świętokrzyskiej, na prawo od kościoła Wszystkich Świętych).
Zaznaczam, że były już takie głosy, że ustawa nie spełnia swojej roli, że zbyt mało osób przychodzi po porady. Hola, hola! A kto upowszechnia taką wiedzę? Wciąż stanowczo za mała rola środków społecznego komunikowania się. Czas potężnie się uderzyć w pierś. Poza tym zbyt wiele osób, co wynika z doświadczeń Pana Mecenasa Lecha Obary jest po prostu wystraszonych, autentycznie się boi: zapytać i walczyć o swoje! Gdy ja sam mówię o prawach obywatelskich, wiele osób jest zaskoczonych. Nikt, nigdy nie mówił do nich takim językiem. Po prostu to przekracza granice ich świadomości, że dziennikarze, prawnicy, a nawet gminni urzędnicy przede wszystkim mają wspierać petentów. A nie ich zbywać! Nie mamy społeczeństwa obywatelskiego. Nawet partia, która ma taki szyld nie potrafi zrozumieć, iż ma służyć obywatelom, a nie tylko celebrować władzę, czy celebrować swoje zadania polityczne. Bo trzeba bronić obywateli i być ruchem obrony obywateli, a nie demokracji. Na tym polega hipokryzja tych, którzy kryją się pod szyldem „obywatelska”.
Oczywiście rolnika-agresora w Żywej Wodzie, który sam wymierzał waląc w twarz dziennikarki natychmiast przesłuchiwała policja. Art. 43 prawa prasowego stanowi, iż „kto używa przemocy lub groźby bezprawnej w celu zmuszenia dziennikarza do opublikowania lub zaniechania opublikowania materiału prasowego albo do podjęcia lub zaniechania interwencji prasowej-podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”. I taka kara czeka-miejmy nadzieję-owego bezczelnego sprawcę. Na pewno powinna być jak najsurowsza. I o tym fatalnym przykładzie należy jak najszerzej informować. By ktoś inny, w dalekim zakątku Polski nie wyobrażał sobie, że z dziennikarzami można poczynać sobie jak się chce. Co prawda w doktrynie prawniczej wciąż toczy się spór, czy „przemoc” ma obejmować poza osobą, także rzecz, a w tym konkretnym przypadku kamerę telewizyjną. Wydaje się, że tak zwane prawdziwe życie pokazuje, że tak powinno być. Należy dodać, że groźbą bezprawną wobec dziennikarza będzie groźba pobicia, spalenia mu samochodu, uprowadzenia dziecka, a także groźba ogłoszenia o nim oczerniającej wiadomości. Jest to przestępstwo mające charakter formalny. To jest dochodzi do niego nawet wtedy, gdy sprawca niekoniecznie osiągnął cel i zmusił dziennikarza do opublikowania lub zaniechania publikacji materiałów prasowych (lub innych materiałów dziennikarskich). Albo do podjęcia lub zaniechania interwencji. Należy mocno zaznaczyć, że także wtedy, gdy sprawca nie osiągnął celu, ale sam fakt użycia przemocy lub groźby oznacza wprost dokonanie przestępstwa.
Przypadek we wsi Żywa Woda na Podlasiu, na szczęście dokładnie pokazany w dn. 14 lipca 2016 r. w telewizji publicznej, wcale nie jest odosobniony. Inne takie zdarzenie, o którym wiadomo, miał miejsce 2 lata temu pod Szczecinem. Dziennikarz do rolnika z mikrofonem, a ten za sztachetę i go sztachetą po głowie...
Wolnoć Tomku w swoim domku? Czy może gorzej? Kompletnie zdziczenie? Czy stosowanie własnego, prywatnego prawa? Trzeba to tępić! I to jak najszerzej. Bo to jest właśnie realne zagrożenie demokracji! Bez wolnych mediów i wolnym wykonywaniu medialnych obowiązków jej nie ma!
/-/ Andrzej Dramiński
Wiceprezes Zarządu Warmińsko-Mazurskiego Oddziału
Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Olsztynie
