W ub. tygodniu dostałam od paru znajomych Anglików ten sam link – trzeba było podpisać petycję do Westminsteru o powtórzenie referendum w sprawie Brexitu. Wszystkie zostały wysłane przez laburzystów i lib-demokratów. Od znajomych konserwatystów nie otrzymałam ani jednego. A korespondent PAP Jakub Krupa ze smakiem opisywał manifestację uliczną w Londynie, licząca podobno 50 tys. ludzi, „którzy nie zgadzają się z wynikiem głosowania i uważają, że zostali wprowadzeni w błąd”. Co to znaczy, kto kogo i w jaki sposób wprowadził w błąd, nie powiedział. Opisywał jak to protestanci nieśli flagi UE oraz banery z hasłami „Je suis Europeen”,”We love Europe” i „Europa – tak, ksenofobia – nie”. Już z treści tych haseł widać było, że w marszu uczestniczyli studenci, świetny materiał zapalny, produkowany taśmowo przez lewicowe kampusy uniwersyteckie, wciąż nowe zastępy wyznawców marksizmu – genderyzmu. Zwłaszcza ten ostatni slogan wskazuje trop – Noam Chomsky, Gramsci, etc. lubiący rzucać w konserwatystów to rasizmem, to znów faszyzmem. I od kiedy to zaprzeczeniem Europy stała się ksenofobia? Pewnie od wtedy, kiedy zaprzeczeniem Australii stał się faszyzm, którego to określenia nie szczędzili premierowi Tony Abbottowi tamtejsi lewacy, aż zdjęli go z urzędu i doprowadzili do wcześniejszych wyborów.
Jak pisze Jakub Krupa - w tej londyńskiej demonstracji wziął udział, a jakże, aktualny przywódca Liberalnych Demokratów Tim Farron – ale zapomniał powiedzieć, że jest to dziś partia na którą głosuje 7%. Widać było aktywistów Partii Pracy, która po wyrażeniu votum nieufności dla swego przywódcy Jeremy Corbyna, znajduje się w kompletnej rozsypce, oraz Zielonych, z 1% społecznego poparcia. Pewnie byli też „czerwoni baronowie”, przywódcy związkowi, których 30 lat temu premier Thatcher pozbawiła władzy, a upadek Partii Pracy odebrał im całą resztę. Ta sama klientela, która nigdy nie zawodzi, kiedy trzeba zaszkodzić konserwatystom. Dziwię się tylko, że PAP, który tak znakomicie się reformuje, wreszcie świadom misji dostarczania wiarygodnych informacji ze świata do Polski i z Polski w świat, zatrudnia korespondenta, który kontynuuje dawną linię polityczną PAP – np. o konserwatystach albo żle, albo wcale.
Jednak prawdziwym bohaterem tego komentarza jest zaskakujący twist, jakiego byliśmy świadkiem kilka dni temu – zmian w dołkach startowych wyścigu kandydatów do fotela premiera Wielkiej Brytanii. Od miesięcy faworytem partii i pupilem elektoratu LEAVE był eurosceptyk, były mer Londynu Boris Johnson. A pomoc i wsparcie zadeklarował inny eurosceptyk, minister sprawiedliwości, Michael Gove. Wprawdzie przeciwnicy Johnsona zarzucali mu bufonadę, arogancję, nie przepracowywanie się i „marsz dostojnym krokiem w oczekiwaniu na koronację”, nikt nie miał wątpliwości, że to on – po wyborach wewnątrzpartyjnych – zostanie ogłoszony na wrześniowej konwencji torysów następnym premierem. A tu nagle szast – prast i przed kamerami BBC pojawił się najbliższy sojusznik Johnsona, Michael Gove, i oznajmił, że dołącza do „konkursu piękności”. Ze – jego zdaniem – Boris Johnson nie będzie właściwym przywódcą na trudny czas negocjacji z Brukselą warunków wystąpienie Zjednoczonego Królestwa z Unii, ani nie potrafi stworzyć drużyny, która uczyni to zgodnie z najlepszym interesem kraju. Zaraz potem wystąpił zdenerwowany Johnson, który zakomunikował, że rezygnuje z ubiegania się o fotel szefa rządu. Wiele się przy tej okazji w brytyjskich mediach mówiło o Brutusie i Cezarze, „nożu w plecy” i „nielojalności sojuszników”.
A teraz kim jest jest Michael Gove i jego aktualna rywalka, minister spraw wewnętrznych Theresa May, i jakie skutki może spowodować wybór któregoś z tych dwojga dla Polaków, mieszkających na Wyspach? Ale najpierw, czy mamy czego żałować po wycofaniu się Borisa Johnsona z biegu do Downing Street? Hm, trudno powiedzieć, zawsze był politykiem kontrowersyjnym i trochę człowiekiem – enigmą. Podobnie jak Cameron, milioner i syn milionera z arystokratycznymi koligacjami, świetne wykształcenie, najpierw Eton, potem Oksford. Błyskotliwy dziennikarz, pisujący do konserwatywnej prasy, „Timesa”, Daily Telegrapha” i „Spectatora”, kilka książek historycznych na koncie. Uważany za ekscentryka i performera, indywidualista i „samotny wilk”, to prawda, że nigdy nie potrafił grać zespołowo. Chrześcijanin „dumny ze swojej wiary”, eurosceptyk, choć bez przesady, zaskoczył wielu, stając się twarzą kampanii OUT. Przyjaciel Izraela, wróg Palestyny, przytomny stosunek do ISIS, ale liberał w dziedzinie obyczajowej, aborcji, małżeństw gejowskich, genderyzmu. Słowem, „nowoczesny, współczujący konserwatysta”, bliski ideologicznie Cameronowi, i pod jego przywództwem trudno byłoby się spodziewać zasadniczych zmian kursu partii torysowskiej, ani wielkiej stanowczości w negocjacjach z twardogłowymi federalistami z Brukseli.
Z kolei Michael Gove, niemal rówieśnik Johnsona, to żaden „chłopiec z wyższych sfer”, ale zwykły śmiertelnik, adoptowany syn drobnego biznesmena i pracownicy laboratorium na Uniwersytecie w Aberdeen. Najpierw uczęszczał do państwowej szkoły, żadna Eton czy Harrow, a potem za dobre wyniki w nauce otrzymał grant, który umożliwił mu studia w Oksfordzie. Podobnie jak Johnson, wzięty dziennikarz, pisujący do „Timesa” i broadcaster BBC, następnie poseł z ramienia konserwatystów i bliski współpracownik Davida Camerona z czasów, gdy ten był tylko szefem partii. Ale – co ciekawe – nie cameronista, lecz thatcherysta i jeden z nielicznych „jastrzębi” w drużynie Camerona. Kiedy już został ministrem edukacji, wsławił się wielką reformą szkolnictwa, zrujnowanego przez 13 lat rządów labourzystów, wróg poprawności politycznej w edukacji i wychowania bezstresowego. Jakim był szefem departamentu szkolnictwa i edukacji, niech świadczy fragment oświadczenia lewicowego Krajowego Związku Dyrektorów Szkół, które brzmi ni mniej ni więcej tak: ”wprowadził do szkół klimat strachu, tyranię i zastraszanie”.
Po zmianach w gabinecie Camerona został chief whipem czyli jednoosobową komisją etyki partyjnej, a po wyborach w 2015 roku otrzymał tekę ministra sprawiedliwości. Jako szef departamentu sprawiedliwości okazał się wrogiem niskich wyroków dla morderców, gwałcicieli i rozbojowiczów, więzień o lekkim rygorze oraz przepustek do domu dla tychże i wykazywał niewiele entuzjazmu dla Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, lekceważącego wyroki sądów brytyjskich. Za to mnóstwo – dla Edmudna Burke’a, ojca brytyjskiego konserwatyzmu i jego epokowego dzieła „Rozważań o Rewolucji we Francji”. Słowem, neokonserwatysta i thatcherysta. A relacja Michael Gove jako premier a losy Polaków w Wielkiej Brytanii? O ile Borisa Johnsona, zwolennika miękkiego kursu wobec imigrantów Polacy nie musieliby się specjalnie obawiać – gdyby premierem został Michael Gove, mógłby wykazać się twardszą postawą wobec przybyszów ze świata, w tym Polaków.
A teraz, co z Theresą May, która minimalnie zdystansowała Johnsona, a teraz o wiele punktów Michaela Gove’a? To eurofilka, słabo widoczna w kampanii wyborczej, w której głosowała za REMAIN, a więc pozostaniem w Europie. Jako minister spraw wewnętrznych zawsze wspierała swojego pryncypała Camerona, i nigdy nie pozwoliła sobie na sprzeciw. A podczas kilku lat jako szefowa Home Office, wsławiła się gromkim hasłem „stańmy i poprowadżmy Unię w przyszłość!” i utyskiwaniami na Trybunał Praw Człowieka – z czego jednak nic nie wynikało, bo zamiast zmniejszyć kwotę przyjmowanych imigrantów z 250 do 50 – 80 tys., zwiększyła ją do 330 tys. Czyli – mocna w buzi, ale jako minister mało skuteczna. Polityk słaby, mało efektywny i bez charyzmy. No, ale kto powiedział, że elektorat lubi charyzmatycznych przywódców za ich życia? Bo po śmierci, owszem, i mamy na to wiele przykładów.
Elżbieta Królikowska-Avis. 4 lipca 2016
PS. I kolejny zwrot akcji – Nigel Farage zrezygnował z przywództwa UKIP. Dlaczego to zrobił, i kim jest Nigel Farage, który rezygnuje teraz, kiedy ma prawie 4-milionowy elektorat, kiedy może budować struktury partyjne i nareszcie wprowadzić swoich ludzi do Westminsteru?
