Wciąż czuję się nieswojo po pogrzebie „sumienia polskiego dziennikarstwa”, jak nazwał Janinę Paradowską jej wieloletni szef, redaktor naczelny „Polityki” Jerzy Baczyński. Z równowagi wytrąciły mnie medialne relacje z tego wydarzenia, również na takich antenach radiowych i telewizyjnych, po których spodziewałbym się większej dozy trzeźwości w ocenie charakteru i rangi tego, co się relacjonuje.
Gdybym miał po temu okazję, spytałbym redaktora Baczyńskiego, czy na status „sumienia polskiego dziennikarstwa” redaktor Paradowska pracowała również podczas wycinania z własnego wywiadu z Leszkiem Millerem tematu afery Rywina (co uczyniła na prośbę Adama Michnika), czy może wtedy, gdy wmawiała telewidzom „Superstacji”, że różne przedmioty, w tym rękawice chirurgiczne, moskiewscy patolodzy zaszyli w głowie Anny Walentynowicz po to, „by ułatwić rodzinie identyfikację?” (Powyższy cytat pochodzi ze źródeł drukowanych, bo nagranie samej audycji zostało z You Tube usunięte „z powodu wielu powiadomień o naruszeniu praw autorskich przesłanych przez osoby trzecie”.)
Z kolei Donald Tusk na pogrzebie redaktor Paradowskiej nie tylko topornie dowcipkował, że jej fotografia z papierosem w ustach (czy ta sama, którą eksponowano obok urny?) powinna trafić do Wikipedii jako ilustracja do hasła „inteligent”, ale przyznał jej także pośmiertnie certyfikat nieprzejednanego wroga „chamstwa i cynizmu” dołączając wyrazy najwyższego uznania dla stosunku Zmarłej - jako dziennikarki - do świata polityki. W ustach szefa rządu mającego za uszami specsłużby inwigilujące dziennikarzy te peany miały posmak szczególny. Przemawiający po ex-premierze Tusku ex-minister Władysław Kosiniak-Kamysz przelicytował go w pokorze i zachwycie: „stając przed Nią jako rozmówcy, zawsze chcieliśmy być lepsi niż jesteśmy, podnieść się do jej poziomu. Niewielu to się udało”.
Ja wiem, że taka jest poetyka pogrzebów w alejach zasłużonych, bez względu na rodzaj i jakość zasług nieboszczyków. I poza rzadkimi przypadkami (jak oficjalna pompa pogrzebu Jaruzelskiego) niespecjalnie mnie to nawet drażni. Taki obyczaj. Ale skoro wiele mediów upowszechniło więcej niż tylko przesadną narrację o pochówku „sumienia polskiego dziennikarstwa”, to trzeba jednak przypomnieć, że rzymska maksyma De mortuis aut bene, aut nihil, nakazuje powstrzymanie się przed zniesławianiem osób zmarłych, czyli przed oszczerstwami na ich temat. Nie oznacza natomiast zakazu przypominania i trzeźwej oceny ich postawy za życia.
