No i stało się. Media huczą od enuncjacji polityków i publicystów o przyczynach i – co ważniejsze – skutkach rozwodu Wielkiej Brytanii z Unią Europejską. Słyszałem w telewizji TVP INFO mądrą wypowiedź koleżanki Elżbiety Królikowskiej-Avis, naszej, by tak rzec, specjalistki, od spraw wielkobrytyjskich. Miała odwagę powiedzieć, czego się raczej nie doczyta się i „nie dosłyszy” w mediach, że owo odejście Anglii z UE jest w dużej mierze zawinione przez nią samą, gdyż Wspólnota zatraca wartości, które ongiś cementowały nasz kontynent. Co jednak wcale nie oznacza, że Anglia je zachowywała i pielęgnuje, tylko że Zjednoczone Królestwo nigdy nie potrzebowało aż tak bezwzględnie tego lepiszcza, zawsze było za morzem, „z boku”, a więc wystarczyły teraz dążności hegemonistyczne Niemiec oraz rozrost biurokracji i hipokryzji unijnej, aby dystans spotężniał aż do rozbratu.
Owe wartości od wczesnego średniowiecza, powiedzmy, od VI w. tworzyły podwaliny pod jedność europejską. W takim widzeniu genezy wspólnoty kulturowej Europy trzeba by przeinterpretować znaczenie wypraw krzyżowych. W dotychczasowej historiografii, nie tylko polskiej, są raczej potępiane, bo rycerze chrześcijańscy podbijali, zabijali, rabowali, tworzyli na obcych ziemiach nowe, krótkotrwałe państwa. Ale też chrześcijanie równocześnie budowali szpitale, przytułki, szkoły przypariafialne, zakładali klasztory, gdzie się modlili, czyli kształtowali duchowość, bez której nie ma kultury, „wynaleźli” uniwersytety i biblioteki. Odkrywali nowe horyzonty myśli.
Uniwersalizm chrześcijański doznał jednak pierwszego uszczerbku w XI w., kiedy rozdzieliły się we wrogości Kościoły, a z nimi kultura na zachodnią i wschodnią. Drugi Kościół wyzbył się centralizmu i rozsypał się na kilka, jedynie symbolicznie podporządkowanych Patriarchatowi Konstantynopolskiemu. Skutkowało to i skutkuje niedorozwojem filozoficznym Kościołów wschodnich. Zatem Kościół zachodni zaczął przewodzić kulturze kontynentu. Oczywiście państwa chrześcijańskie prowadziły z sobą wojny, ale one nie niweczyły jedności religijno-kulturowej. Dopiero w XV w. pojawiły się groźne rozbieżności., tragiczne w następstwach, ponieważ od Jana Husa, nieszczęsnej ofiary wiarołomstwa Kościoła rzymsko-katolickiego, niczym w reakcji łańcuchowej zaczęły pękać spoiwa i przez dwa następne stulecia Europa zachodnia spływała krwią.
Ma w tym procesie, po Niemczech, spory i niechlubny wkład Anglia. W pierwszej połowie XVI w. król Henryk VIII okazał się despotycznym, zbrodniczym egoistą. To nieprawda, że Albion jest najstarszą demokracją świata. Prawdą byłoby stwierdzenie, że był nią przez dwa lub trzy stulecia od podpisaniu tzw. Wielkiej Karty, natomiast podczas panowania Henryka VIII Anglia upodobniła się do Wielkiego Księstwa Moskiewskiego. Wielu historyków widzi podobieństwa między sprawowaniem rządów przez Iwana Groźnego i Henryka VIII.
Obaj władcy mają na sumieniu wiele zbrodni, nawet na rodzinie. Obaj podporządkowali sobie Kościoły. Henryk VIII radykalnie - stworzył nowy, usiłujący godzić protestantyzm z katolicyzmem i z królem Anglii jako swym najwyższym zwierzchnikiem.
Czyż przeto ten monarcha nie skumulował odwieczne cechy mieszkańców Anglii, znajdujące wyraz również w polityce międzynarodowej? Przywoływałem był na naszym portalu w dniu 8 lutego artykuł Andrzeja Talagi „Sojusz z wytrawnym egoistą”, inspirowany pobytem premiera Davida Camerona w Polsce. Autor przypomina, że Wielka Brytania nie ma stałych przyjaciół, natomiast ma stałe interesy, i konkluduje: „Mimo swej wspaniałości nie nadaje się na naszego strategicznego sojusznika i wcale nie chce nim być”. W rzeczy samej, Anglia nie ma, oprócz Stanów Zjednoczonych od I wojny światowej, przyjaciół politycznych. Myśmy w minionym weku odczuli tę cechę Anglików nader boleśnie.
Mimo to Wielka Brytania była w Unii Europejskiej naszym aliantem. Acz nie decydowały o tym względy strategiczne, a - co zabrzmi dość dziwacznie – doraźnie ideologiczne. Akurat postawy konserwatywne prominentnych polityków angielskich były zbieżne z europosłami PiS. Jednak w polityce jak w kalejdoskopie... Po najbliższych wyborach parlamentarnych w Wielkiej Brytanii konfiguracja polityczno-parlamentarna może stać się diametralnie odmienna.
Nie ma więc czego żałować, że w UE straciliśmy poplecznika – chwilowego, przypadkowego. Zostają nam tam Węgry, chociaż z niewielką siłą głosów. A może i Włosi.
Wielka Brytania poszła utartą drogą swej tradycji: wszystko dla nas, nic dla innych. A Unia Europejska otrzymała sygnał, że nie wszyscy czują się w niej dobrze. Musi z tej nauki wyciągnąć wniosek, inaczej zacznie się rozpadać; następna w kolejce jest podobno Francja...
Dla Polski wyjście Anglii z Unii nie jest żadną tragedią. Jesteśmy narodem inteligentnym, chociaż na razie wciąż jeszcze po 45 latach nigdy wcześniej nieznanej nam niewoli brodzącym w bezrozumności, ale nowa formacja, która zdobyła większość w Sejmie i objęła rządy, ułatwia powrót do racjonalności. Młode pokolenia polskie, wykorzystując metaforykę św. Pawła, rozpoczęły już zwycięski bieg do mety wielkości i dobrobytu. Na pewno niebawem przyczynią się do wyleczenia Unii Europejskiej z biurokracji, chciwości na mamonę, antychrześcijańskiej obłudy, nadadzą Unii Europejskiej energię do takiej przebudowy, iż być może po latach egoistyczny Albion znów poprosi o akces. A dopomoże młodym Polakom świadomość dziedzictwa dorobku I Rzeczypospolitej w XVI i XVII w.
Poniosła mnie fantazja, wiem, zrodzona z nadziei powrotu Europy do tych wartości odrzuconych, których brak wytknęła koleżanka Królikowska-Avis we wspomnianym komentarzu telewizyjnym. Bo one przede wszystkim są lepiszczem kultury europejskiej, tak samo jak były nim od półtora tysiąca lat.
Ktoś niedawno napisał, że pamięć historyczna jest inspiracją polityki. Ta k!
Jacek Wegner
