Dziennikarze są sprzedajni? Może inaczej. Czy można ich kupić? Ich jako osoby i produkt ich pracy-artykuły, materiały dziennikarskie? Och, na co te protesty? Nie wierzycie w to! Niemożliwe! Nie ma co ukrywać. Dziennikarze to też zjadacze chleba. Za swoją ciężką niewątpliwie pracę chcą, czy raczej chcieliby dostawać godziwe pieniądze. Wiemy, że jest inaczej. Obecnie na dziennikarzach żeruje się jak nigdy do tej pory. Wiadomo, wydawca to przedsiębiorca lub spółka prawa handlowego i kieruje się zyskiem. Dla siebie. Nie dla dziennikarza. Po co dziennikarzowi zysk? On nawet nie ponosi kosztów. Nie musi przecież jeździć do redakcji, chyba, że wypić kawę, dowiedzieć się co słychać, czy zwyczajnie poplotkować z koleżankami i kolegami. To dotyczy prasowców. Radiowcy, czy ci z telewizji muszą dojechać, bo ich warsztat, to nie laptop i domowe najczęściej archiwum. Co tam archiwum? Internet jest taką kopalnią wiedzy, że wystarczy „wejść” na odpowiednią stronę, by dysponować tym, co się potrzebuje. I tenże wydawca też używa takiego argumentu. Koszty ponosimy my, a nie ty, dziennikarzu. I ma być sprawiedliwie. Więcej dla nas, a mniej dla ciebie. Własne zdanie dziennikarza? Tylko na tyle, na ile mieści się w ogólnej polityce wydawcy. Obiektywizm dziennikarza? Tak, ale ograniczony tym, co nie przekracza wyznaczonych ram. I chyba jak nigdy do tej pory dziennikarze poddani są dyktatowi wydawców, właścicieli. I temu jak oni rozumieją i chcą rozumieć rzeczywistość.
Czy to ostatnie znajduje potwierdzenie? Właśnie rozpoczęło się polowanie na Jacka Kurskiego prezesa polskiej telewizji publicznej. Hasło dnia: jak najszybciej usunąć go ze stanowiska. Siły złej mocy zaczęły działać bez pardonu. Bez pardonu wobec dziennikarzy. Oto przykładowe wręcz traktowanie dziennikarzy jako siły, a może tuby propagandowej. Za napisanie krytycznego artykułu wobec prezesa i zarządzanej przez niego telewizji publicznej można otrzymać wynagrodzenie (uwaga dziennikarzu) od 50 tys. do 200 tys. złotych. Ale parcie na rozwalenie obecnego kierownictwa telewizji jest tak silne, że wyznaczono nawet tak zwane: wynagrodzenie od sukcesu „success fee”. Co należy rozumieć tak, że skoro po mojej publikacji faktycznie nastąpią zmiany w telewizji i prezesa wywala na bruk...dostanę ową super nagrodę za super publikację, czyli 1 mln zł. Ach, co za sytuacja? Co za wyzwanie? Czy nie warto powalczyć? Gruba, a nawet naprawdę gruba kasa leży wprost na ulicy. Tylko chwycić za pióro, czy wziąć kamerę telewizyjną, mikrofon (byle nie w radiu publicznym) i „Jacuś i ta cała reszta bójcie się”. Czy jest się nad czym zastanawiać? Czy nam dziennikarzom nie chodzi o kasę?
Z drugiej strony jaka potęga IV władzy. Piszę, robię materiał i góra kasy przede mną. A jak znajdę „haki” i je pokażę, ujawnię, prezes i jego protegowani wylecą, to mam zupełnie ekstra wynagrodzenie od sukcesu w oszałamiającej wysokości.
Ten rynek i sposób wynagradzania dziennikarzy za odpowiednią robotę dokładnie przypomina sposób wynagradzania adwokatów w USA. Właściwie liczy się tylko sukces. Obowiązuje bowiem zasada: „nie ma sukcesu, nie ma wynagrodzenia” (no win no fee). Adwokat przystępując do pracy, do ciężkiej pracy wielogodzinnego wertowania akt, przewracania orzeczeń sądowych nie dostaje nic. I jeżeli, jak to się mówi, wziął sprawę i przegrał jego klient, to przegrał także on. Czyli napracował się i guzik z tego ma. Ani centa. Ale co się liczy najbardziej? Zasady prawa. Jeśli jest naprawdę dobrym prawnikiem, umie szukać argumentów na korzyść swojego klienta i działać zgodnie z prawem, to wtedy on wygrywa i zgarnia całą pulę.
Ale wszystko w ramach prawa. Dziennikarzom proponuje się coś innego. Oferentów, tych od czarnych sił i czarnej propagandy w ogóle nie interesuje, czy znalezione przez dziennikarza argumenty będą zgodne z prawem. Ba, to nie musi odpowiadać prawu. Decyduje sukces, wywalenie najchętniej całego obecnego kierownictwa telewizji publicznej. Nawet wbrew zasadom, czy przyjętym regułom. Jest to walka polityczna. A w niej liczy się tylko „moje na wierzchu”, choćby to był „sukces”. Tak do brudnej gry wciąga się dziennikarzy za brudne de facto pieniądze. No jak nakłamię w artykule, materiale i wyrzucą „Jacka i innych” to jest Coca Cola! (to jest to!). A potem choćby procesy sądowe, wykazywanie dowodowe, że to wcale tak nie było? Kto by się tym przejmował? Miał być sukces i był, został ottrąbiony i „poszedł w świat”. Brudna polityka rękami polityków została zrealizowana.
Dr Wojciech Szalkiewicz z olsztyńskiej Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania im. prof. T. Kotarbińskiego, specjalista od mediów i marketingu politycznego ostrożnie komentuje tę ofertę dla dziennikarzy. Stwierdza, że nie odegra ona celów zakładanych przez „siły złej mocy”.
A kto to jest? Nikt inny jak spółki producentów programów dla telewizji publicznej. Do czasu dobrej zmiany (bo, że te spółki, które przyssały się do telewizji publicznej jak pijawki wywalono, to była naprawdę dobra zmiana, nie ma co ukrywać) żerowały one jak chciały na nas wszystkich: podatnikach i substancji telewizji publicznej. Po każdym programie telewizyjnym w poniedziałek jednego chytrego dziennikarza, pozornie walczącego o dobro publicznej i obiektywne spojrzenie na nasza rzeczywistość, pojawiał się napis: „wyprodukowała dla TVP...”. I tu padała konkretna nazwa. I przez parę ładnych lat nikomu to nie przeszkadzało. Także (p)oważnej (o)pozycji, która tak teraz chce bronić demokracji i nas wszystkich. A wtedy? Kiedy my przy władzy, to obowiązują inne zasady?
W każdym bądź razie oferta padła. I co dalej? Do kiedy Jacek Kurski będzie prezesem? Jak długo telewizja publiczna sama będzie produkowała programy i zgarniała kasę dla siebie, a nie oddawała obcym? I kiedy na łono telewizji publicznej wrócą producenci-pijawki, zgarniając cały zysk? Czy ktoś jest już w kolejce? W puli jest milion, warto sięgnąć po niego ręką?
/-/ Andrzej Dramiński
Wiceprezes Zarządu Warmińsko-Mazurskiego Oddziału
Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Olsztynie
