Oto z dużej chmury spadł mały deszcz, a góra urodziła mysz. Ci, którzy żywili nadzieję, że PiS w szybkim tempie spełni swoje zapowiedzi zbudowania niekomercyjnych mediów publicznych (zwanych przez tę partię narodowymi) powinni czuć się zażenowani. Dużej ustawy medialnej nie ma i nie wiadomo kiedy będzie.

            Rząd PO i PSL przez lata opowiadał, że już stoi u płotu i wita się z gąską racząc nas kolejnymi zapowiedziami finału prac nad reformą finansowania mediów publicznych. Obiecywał, obiecywał, aż wreszcie pracujący nad nową ustawą minister kultury Zbigniew Zdrojewski odchodząc do Europarlamentu przyznał, że „zabrakło woli politycznej”. Nic dziwnego, że zabrakło. Platforma nie rozumiała czym mogą i powinny być media publiczne. Ich ubóstwo i komercjalizacja nie spędzała politykom PO snu z powiek. Najlepszym wyrazem tego była postawa premiera Donalda Tuska, który otwartym tekstem podważył celowość płacenia - obowiązującego (!) wedle prawa – abonamentu.   Po zmianie większości parlamentarnej miała nastąpić dobra zmiana. Miała, ale…

            Zmiana ustawy medialnej była jedną ze sztandarowych obietnic wyborczych PiS. Po wyborach okazało się, że szuflady partyjnych think tanków są puste. To już nowa świecka tradycja naszej polityki, Prawo i Sprawiedliwość nie wniosło tu żadnej zmiany. Ani dobrej, ani złej. Przez ponad pół roku autorzy zmian łudzili nas informacjami, że już za chwileczkę już za momencik… Najpierw ustawa miała być „jeszcze w grudniu”. Potem na Nowy Rok. Potem, niedługo potem. Następie w marcu, no a już na pewno do końca czerwca. Terminów było tak wiele (zupełnie jak u Platformy), że nawet nie jestem w stanie wszystkich z pamięci wymienić.

            Pośpiechem tłumaczono rachityczne konsultacje społeczne, żeby nie powiedzieć ich brak. Najpierw ratowano się „ustawą epizodyczną”, a teraz ratunkiem ma być „ustawa pomostowa”. Ratunkiem, bo ustawa epizodyczna obowiązuje jedynie do końca czerwca. Powodem opóźnienia prac nad nową dużą ustawą ma być obowiązek jej notyfikacji w Unii Europejskiej. Rzecz w tym, że niektórzy autorzy projektu (m.in. Barbara Bubula) o takiej potrzebie wspominali publicznie jeszcze jesienią. Co się więc stało, że pracujące nad projektem grono odkryło tę znaną konieczność dopiero na pięć minut przed północą?

            Konieczność zasadniczych zmian w świecie mediów publicznych PiS tłumaczył nieprzychylnością tych mediów, ich komercjalizacją i antypracowniczą polityka szczególnie widoczną na przykładzie outsourcingu w TVP oraz zapaścią finansową. Ten pierwszy problem rządząca partia rozwiązała grudniową ustawą epizodyczną będącą podstawą prawną dla wymiany kadrowej na skalę większą niż zrobiła to nieśpiesznie odzyskująca wpływy w mediach 6 lat temu Platforma. Ten punkt programu naprawdę leżał PiS na sercu, więc go załatwił i wygląda na to, że jak na razie na tym się skończy. A reszta?

            Powodem dla którego media publiczne ulegały postępującej komercjalizacji, a niektóre z nich prowadziły szkodliwą dla firmy antypracowniczą politykę był brak dostatecznego finansowania i to jeszcze długo się nie zmieni. Pod względem nierozwiązywania tego problemu PiS zdaje się iść w zawody z Platformą. Na ostateczną autokompromitację leniwej PO czekaliśmy 8 lat. Niewątpliwie PiS potrafi działać znacznie szybciej. Czy jak obiecuje da radę?

No to na koniec jak zwykle przypomnę, że uważam, iż reklamy z mediów publicznych powinny być  usunięte!

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl