O dziejach pisano i pisze się uczenie, publicystyczne, gawędziarsko, sensacyjnie. Ale dzisiaj nikt nie pisze, a i dawniej niewielu pisało tak jak Tomasz Łysiak. Jego pisarstwo jest gatunkiem łączącym publicystykę z... poezją. I to o nie byle jakich proweniencjach. Jest on historykiem-poetą romantycznym, gdyż wyznaje bezwzględną wyższość ducha nad materią, dlatego przeciwstawia się krytykom Józefa Becka obarczających go odpowiedzialnością za wybuch II hekatomby. Tomasz Łysiak nazywając Becka „ministrem spraw honoru” uważa, że nie mógł on postąpić inaczej, albowiem, abstrahując od determinant czysto politycznych, honor - a ja pozwalam sobie tu nieskromnie dodać: oraz ofiary - są motorem dziejów.
Lecz twórca nie jest – i tu odkrywa się nowy wymiar jego historiozofii – „zwykłym”, rzekłbym, romantykiem. On niczym nasi dziewiętnastowieczni geniusze (z początku i końca stulecia – np. Wyspiański) chce być „siłą fatalną”, co „zjadaczy chleba w aniołów przerobi”, toteż chyli czoła przed najwyższą mocą naszej, polskiej Historii – panującym w niej Królem Duchem. Czytając te eseje odnosi się przedziwne wrażenie, jakoby autor niemal „zmysłowo” odczuwał działania Ducha swego narodu...
Publikuje eseje w „Gazecie Polskiej”, gdzie jest kierownikiem działu historycznego, i „wSieci”. Wydał ich wybór w tomie o porywającym, poetyckim tytule „Medalion na pancerzu”. Pierwszy rozdział to „Medalion z Matką Boską”; ów medalion staje się więc jakby symbolem duszy polskiej, której patronuje Królowa Polski. A pancerz symbolizuje, jak mniemam, moralność, która broni tę duszę przed złem. Właściwie powinienem napisać: broniła, bo teraz przestał być tarczą. Jesteśmy A. D. 2016, po najstraszliwszych historyczno-moralno-politycznych doświadczeniach i ranach, właściwie odsłonięci, nieodporni na wszelkie działania ciemności.
Publicysta jak przystało na romantyka tropi prawdę, by nią rozumieć i doskonalić świat, polski świat. Andrzej Nowak we wstępie do tego zbioru szkiców przywołuje słynną dewizę o. Jacka Salija o „braniu prawdy w posiadanie” I właśnie autor „Medalionu na pancerzu” bierze ją bez reszty, dosłownie, tak konkretną, że aż nie wypada pytać, jaka to prawda – chrześcijańska; jest osnową jego duszy i tej książki. „Jeśli popatrzeć na historię sercem – wywodzi Tomasz Łysiak - jeśli zrozumieć, że dzieje ojczyste to nie tylko ciąg faktów i suchych zdarzeń, lecz także rozwój ducha, przepływ sił niezwykłych, ponadfizycznych,, które potrafią się wzbudzić i dawać ludziom napęd do czynienia rzeczy niezwykłych” - to dochodzi się do oczywistego wniosku, że duch rządzi światem, że on zawsze wprawia w ruch naturę ożywioną. Kto dzisiaj ma odwagę publicznie to głosić? Zagłuszają nas wrzaski moralnych ślepców, głupców i cyników. Dlatego „Medalion na pancerzu” jest krzykiem, który miałby wstrząsnąć sumieniami Polaków. Czy wzruszy?

Moralność jednostek i narodów tworzy wspomniana na początku supremacja ducha nad .materią. „Istnieją wartości wyższe – miłość do Boga i Ojczyzny, wiara w ludzką Godność i szacunek dla Życia człowieka (...) nie ma półśrodka, nie istnieje ścieżka na skróty”. Treść owych dwu ostatnich zdań to przesłanie płynące ze źródeł kultury: w moralności nie ma kompromisów, jest jedynie jej wierność, aż po gotowość Golgoty. Tymczasem „do głów dzieci płyną (...) przykłady, jeden za drugim. Wszystkie mówią - «na tym świecie nie ma reguł przyzwoitości». Uczciwość przestała być cnotą tych, którym poruczono władanie Rzecząpospolitą”.
Właśnie! Tomasz Łysiak przepełnia eseje materiałem wybuchowym: wydarzenia historyczne zestawia ze współczesnymi, współczesność mierzy miarą czasu minionego. Taki ogląd eksploduje umysłowo, politycznie, moralnie i siła wybuchu niszczy sybaryckie zadowolenie z III Rzeczypospolitej, której wielu się wstydzi, zamiast odczuwać z niej dumę. Ile majestatu jest w pojęciu i słowie „Rzeczpospolita”, a ile razy były one hańbione z naszej i obcych winy. Pisząc o bohaterach narodowych, o wielkości narodu i państwa polskiego, eseista idzie śladami Sienkiewicza - pokrzepia nasze serca zasmucone szalbierstwem politycznym tych, którym do 25 października zeszłego roku „poruczono władanie Rzecząpospolitą”. O PRL nie wypada tu nawet wspomnieć, bo to nie była żadna rzeczpospolita. Na szczęście!
Język i styl autora jest, powiedziałbym, osobliwie „miękki”, czasami uroczysty, niekiedy wzniosły, a przy tym zdarza się, że święta pasja ponosi autora, wtedy język „twardnieje”, zbliża się do potocznego, takim, jakim od stulecia z górą rodacy mówią między sobą – nazywając Niemców Szwabami, Rosjan Moskalami z łapami wyciągniętymi na nas.
Nie bez satysfakcji, którą łatwo wyczuwa się w lekturze, eseista posługuje się poetyckimi przenośniami. Toteż w pierwszym akapicie skonstatowałem, że uprawia (tworzy?) gatunek „publicystyki poetyckiej”. Pisze na przykład o łzie (domniemanej?), która w 1919 r. w Wilnie pod obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej stoczyła się po policzku Piłsudskiego, że „wwierciła się w bruk, roztrzaskała czas i przestrzeń i dotarła do tych trudnych lat Solidarności”. Jakież to piękne!. Albo przypomina krótką sekwencję z „Pożogi” Zofii Kossak-Szczuckiej, jak to fura z pijanymi sołdatami uderzyła w jadącą bryczkę, a potem przenosi się myślą (poetycką) do XX w., czasów straszliwych: „taka fura właśnie, rozpędzona, pełna pijanego hultajstwa spadła na nas 17 września”.
Autor ma niepospolity talent literacki i umie obficie zeń korzystać. Za swego mistrza w owym „poetyzowaniu” eseistyki historycznej obiera Juliusza Kadena Bandrowskiego, legionistę, pisarza i publicystę. Nazywa go „reportem o duszy poety”, uznaje za „wspaniałego poetę ukrywającego się pod skórą pisarza, krytyka literackiego i reportera”. Pisze, że „muzyczne wykształcenie musiało mieć swoje znaczenie, pisał bowiem z wielkim wyczuciem rytmu, bawiąc się słowami, brzmieniami, kontrastami. «Piłsudczycy» są z ducha młodopolscy, jakby wywiedzieni z Wyspiańskiego, pełni patosu, polotu, uniesienia, gorącego tętna polskiego. Ale też (...) pełni genialnej ostrości spojrzenia. Taką ostrość mają jedynie poeci, którzy piszą prozą. Tak pisał swe eseje kulturalne Herbert, teraz robi to Rymkiewicz. Nie trzeba pisać wierszy, by być poetą”. Wystarczy zdaniem Łysika umiejętnie obserwować i przeżywać świat i owo doznanie zapisywać „za pomocą tak uderzająco trafnych słów, że całość stanowi zapis iście metafizyczny, poruszający wyobraźnię i serce”.
No to mamy klucz do zrozumienia i przeżywania esejów historycznych Tomasza Łysiaka – on też swą poetyckość ukrywa pod powłoką pisarza-publicysty, dając nam, spragnionym duchowości i uczciwości w życiu publicznym, literacko piękną pociechę, że polskość to normalność i nie zginie, póki ją kochamy. „Medalion na pancerzu” pobudza do miłości żarliwej.
Jacek Wegner
