Ustawa swoje, a życie swoje. Nietrafione akty prawne wcale nie są rzadkością. Co z tego, że obowiązują, jeśli według ich zapisów nie da się rozstrzygać problemów. Bo trafny przepis po to jest. W tej „gorączce legislacyjnej” (proszę porównać poprzednią kadencję Sejmu) trafiają się kompletne gnioty. Politycy nie zdają sobie z tego sprawy, jak zły przepis fatalnie oddziaływuje na społeczeństwo. Nie zaspokaja potrzeb, do załatwienia których go uchwalono. Gasi tym samym społeczny zapał i oczekiwania. Denerwuje, wywołuje niezadowolenie. A na koniec bardzo mocny spadek zaufania do polityków. I czy mamy się dziwić, że źle się mówi o nich i o zaufaniu do Sejmu, jako do organu państwa?
Ale do tej ustawy przygotowano się starannie. Przede wszystkim, w ustawie o nieodpłatnej pomocy prawnej, która weszła w życie od dn. 01 stycznia 2016 r., chodziło o stworzenie mechanizmu, który by dostarczał chociażby minimum wiedzy prawniczej i był podporą w nieraz bardzo trudnych i skomplikowanych sytuacjach życiowych, a powiązanych z przepisami prawa. Każdy, kto na różny sposób spotykał się z prawem, wie doskonale jak trudno je niekiedy zrozumieć, a co dopiero zastosować, czy na nich się opierać w swoich działaniach. I to dotyczy i tych wykształconych (w innych dziedzinach wiedzy), jak i osoby bez wykształcenia, mieszkające w małych miasteczkach, czy odległych wsiach. I choć ustawa zakłada pomoc osobom będącym w szczególnej sytuacji, choćby z racji wieku (nieukończone 26 lat lub skończone 65 lat), którym przyznano pomoc społeczną, mającym Kartę Dużej Rodziny, zaświadczenie o kombatantach, mających legitymację weterana to praktycznie przychodzą wszyscy. Tabliczka z napisem w różnych miejscach w mieście, czy gminie „Punkt nieodpłatnej pomocy prawnej” (ciemnoszary kolor) jest bardzo mocnym magnesem. Bo przychodzą ci, którzy stracili lub są w sytuacji zagrożenia z powodu klęski żywiołowej, katastrofy naturalnej czy poważnej awarii technicznej. Taka szeroko rozumiana pomoc prawna była jednym z postulatów obecnie rządzącej partii. A także samego Prezydenta Andrzeja Dudy. Co można powiedzieć o działaniu tej ustawy po 5 miesiącach. Osoby z tych zapadłych wsi mówią i powołują się na: „tych prawników od Prezydenta Dudy”. Wiele osób zastanawiało się, czy ta inicjatywa jest trafiona? Życie i praktyka pokazała, że jak najbardziej. W wielu gminach, zanim przyjedzie radca prawny (to oni najczęściej udzielają pomocy, obok adwokatów) ustawiają się nawet kolejki. 10 osób, a nawet więcej czeka już od samego rana pod drzwiami. Dopiero tu widać, jak naprawdę wykonywane jest prawo. I co ono znaczy dla tych najniżej w społecznej drabinie?
Przede wszystkim kompletna bezradność. Wystarczy, że wójt się powoła na przepisy, paragrafy, skomentuje kilkoma okrągłymi zdaniami. Po prostu niewiedza, co z tym zrobić, są całkowicie bezradni. A to przecież dotyka ich najważniejszych życiowych spraw. Przykłady? Przychodzi mieszkaniec gminnej wsi z pismem obciążającym go za garaż, który nie jest stale związany z gruntem. Ot, zwykły blaszak. A ma płacić podatek od nieruchomości. W gminie nikt się nie upewnił jak to dokładnie jest. A podatki łatwo „solić”. Wymierzono go i przymus jest. Zaczęły się „numery”, gdy właściciel nie tylko zażądał odstąpienia od podatku. Bo także zwrotu za poprzednie lata, i to z odsetkami. Odsetki, wiadomo. To ma być przywilej wierzyciela za korzystanie z jego pieniędzy. Najpierw bardzo nieprzyjemna urzędniczka powiedziała mu, że zwrotu w ogóle nie będzie. Potem, że tylko za nadpłacony rok. Ale facet był twardy. Sprawdził, że w tych sprawach nie ma przedawnienia. Czyli nie tylko zwrot kwoty głównej za 10 lat, ale także odsetki za ten okres. Gdyby nie „ci od Prezydenta Dudy” bulił by cały czas.
Bo urzędnicy wiedzą, jak się mają bronić, nawet wtedy, gdy nie mają racji. Obowiązuje niepisana zasada, że „urzędnicze” musi być na wierzchu. I już. Niby obowiązuje pisane prawo, ale nie w relacjach urzędnik-petent.
Ponadto: prawo jest tak interpretowane (a może raczej tak się nim manipuluje), by urzędnik zawsze miał rację. I niestety, przekonanie wielu osób, że skoro mówi to „osoba urzędowa”, to znaczy, że tak musi być. A to jest właśnie nieprawda.
Zasłużony nauczyciel-emeryt z żoną przekonali się jakie „interesy” prowadzą gminy, a konkretnie wójtowie wtedy, gdy chodzi o nieruchomości. I tu gdzie stawki są najwyższe. Zgodnie z ustawą-Karta Nauczyciela byłemu pedagogowi przysługuje dożywotnie prawo mieszkania w lokalu służbowym. Wójt znalazł kupca na cały budynek, wraz z tym mieszkaniem. Jak duża kasa, to i twarda walka. I tu się zaczyna bajka z prawem. Niby przyszła komisja, oglądali, coś pogadali, dali papierek do podpisania po oględzinach. Jak komisja z gminy, to trzeba podpisać? Po pół roku emeryt-nauczyciel dowiedział się na ulicy, że ten dom ma być właśnie sprzedany. A nową umowę najmu podpisze już nowy właściciel. I wójt „na bezczelnego” informuje go o tym. Ale najpierw wójt odmawia sprzedaży lokalu mieszkalnego nauczycielowi, choć ten wystąpił z formalnym wnioskiem. Jak gra jest o większe pieniądze, to kto by się liczył ze starszą osobą? Wójt pisze, że „mieszkanie nie jest samodzielnym lokalem”. A to nieprawda. Ustawa o gospodarce nieruchomościami wprost reguluje, iż w tych sprawach jawność przede wszystkim. Ale co tam prawo! W kolejnym piśmie, już nie wójt, a jego zastępczyni pisze by emeryt „w terminie 14 sprecyzował jego oczekiwania odnośnie lokalu mieszkalnego”. Jak to ładnie napisano-sprecyzował? Kolejna kpina z prawa. To były nauczyciel pisze i opisuje to mieszkanie w którym aktualnie mieszka. Wolno mu? Jak najbardziej? Zachowuje się zgodnie z prawem. Co więcej. Emeryt kieruje pisma jednocześnie do wójta i przewodniczącego rady gminy (bo w tej sprawie podjęto uchwałę). Wójt się chowa za swoją zastępczynię, a rada w ogóle nie odpowiada. Bo przecież obywatel, to „nikt”. Nie trzeba się z nim liczyć, gdy się robi interesy i można na tym zarobić. O większej urzędniczej bezczelności małżonkowie przekonali się, gdy „weszli” na stronę internetową. A tam jednoznacznie: „po sprzedaży przedmiotowej nieruchomości osoby te opuszczą ww pomieszczenia”. Ta urzędnicza nowo mowa, to do nauczyciela-emeryta. Zagroził skierowaniem sprawy do prokuratury ze względu na próby oszustwa i to w majestacie prawa. Wójt milczy, o radzie gminy nie mówiąc, i nie wiadomo, co „wadza” (tak niektórzy niedbale mówią na „władza”) dalej zrobi.
Mimo, że prawnicy wielokrotnie mówią o tym jak wolni są obywatele w RP, że każde działanie władzy państwowej, czy samorządowej musi opierać się na wyraźnie wskazanych przepisach prawa, przeciętny obywatel się po prostu boi.
A prawo i jego przestrzeganie to jedna z najbardziej podstawowych zasad demokracji. Bo tam na tzw. dole dochodzi do prawdziwych batalii o realizowanie praw obywatelskich. I co do tych ostatnich, to zagraża im: 1.kompletna bezradność obywateli, 2. urzędnicy wiedzą, jak się mają bronić, nawet wtedy, gdy nie mają racji, 3.wciąż ma wpływ niepisana zasada, że „urzędnicze” musi być na wierzchu, 4.prawem się manipuluje, a nie je stosuje, 5.gdy samorząd prowadzi interesy, prawo się w ogóle nie liczy. Wystarczy? Im prawo mniej broni zwykłego obywatela, tym demokracja lichsza albo zupełnie licha. Ta ustawa w sposób nieprzewidziany odsłoniła drugie, demokratyczne dno. Szkoda, że nie zauważyli jej na początku roku dziennikarze. Próbowano ją dyskredytować, że bardzo mało osób z nich korzysta. Bo ludzie nie wiedzieli o co chodzi. Teraz jest ich coraz więcej. Prawie każda osoba przychodząca ze swoją sprawą, to materiał na poważny reportaż, artykuł interwencyjny. I z prawem, a dokładnie praktyką jego stosowania, które nie pozwala na realizację podstawowych praw obywatelskich. A jak się realizuje prawo, to na tyle jesteśmy wolnymi obywatelami w wolnym kraju?
/-/ Andrzej Dramiński
Wiceprezes Zarządu Warmińsko-Mazurskiego Oddziału
Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Olsztynie
