Do masowego ataku na rząd i partię władzy przystępuje w dzienniku „Rzeczpospolita” coraz więcej prominentnych polityków i tzw. intelektualistów. Choć różni osobowościowo i z odmiennymi doświadczeniami politycznym, mają jednaką umysłowość pozwalającą im w swych wywodach abstrahować od faktów, które są przecież, przepraszam za oczywistość, sensem wszelkich publicznych enuncjacji, ocen i uzasadnień.
Na przykład kol. Jerzy Surdykowski, nasz dawny lider, żarliwy wyznawca, jak dzisiejszy prezes honorowy Stefan Bratkowski, ideologii nieboszczki Unii Demokratycznej/Unii Wolności - wolności na modłę wszystkich partii lewicowych, byłych i obecnych, wszystkich krajów naszej (i nie tylko) cywilizacji. Surdykowski konstatuje 31 maja, że Jarosław Kaczyński „rozpętał zawieruchę” o Trybunał Konstytucyjny. Aż tak ma krótką pamięć? Jak na czynnego wciąż dziennikarza byłaby to ułomność wykluczająca działania publiczne.
A może to jednak nie kwestia amnezji, natomiast – ciarki chodzą po krzyżu od takiego przypuszczenia – jest to najpospolitsze kłamstwo. Przecież powszechnie wiadomo, że głupią kłótnię o tę instytucję państwową, nb. utworzoną na początku lat osiemdziesiątych minionego wieku przez juntę partyjno-woskową dla swych niecnych celów – wznieciła Platforma „Obywatelska” i zaraz doniosła o tym sporze Unii Europejskiej. Podobnie oburzeni na Konstytucje Trzeciomajową renegaci Rzeczypospolitej donieśli carycy Katarzynie i prosili o ratowanie ich wolności; dzisiaj to pojęcie zastępuje „demokracja”, wyświechtana na wszystkie strony. W ten sposób politycy PO rozpalili ogień na zewnątrz kraju i szukają takich cudzoziemców, którzy by dmuchali w coraz słabiej palący się płomień konfliktu, żeby nie wygasł. Trudno więc, wprost nie sposób, uwierzyć, że Surdykowski nie zdaje sobie sprawy, iż spory wywołane o Trybunał Konstytucyjny to alibi Platformy będącej dzisiaj największą partią opozycyjną i nadal jak przed wyborami najłapczywszą ze wszystkich na wszelkie dobra, nawet na własnością indywidualną rządzonych, zaoszczędzone w trudzie niemałym OFE.. Dlatego pielęgnuje te kontrowersje, dzięki którym może ze swymi satelitami o aparycji cyrkowców pokazywać się w Sejmie i na manifestacjach; ostatnio z trzema byłym prezydentami. Dopiero teraz poznajemy bez uprzedzeń politycznych poziom umysłowy naszych wybrańców po 1989 r. którzy chętnie występują na igrzyskach KOD, PO et consortes. Brakuje tylko rozpiętego namiotu, areną jest ulica, a kolorowe hasła ornamentyką dla gawiedzi. Mówiąc zaś na uboczu, ciekaw jestem, jak historycy ocenią prezydentury owych trzech byłych głów państwa, który zawinił najbardziej? A może to my, którzyśmy ich wybrali, jesteśmy winni, nie oni; oni brali to, cośmy im w dobrej (lub wyrachowanej) woli dawali. Przed wiekami od Jana Kazimierza, z wyjątkiem Sobieskiego, kładliśmy korony polskie i wielkoksiążęce litewskie na głowy najgorszych z najgorszych kandydatów, ponieważ widzieliśmy w nich gwarantów używania życia, „jedz pij i popuszczaj pasa”... Co gorsza – Surdykowski podaje czytelnikowi, że „masy wyborców” pisowskich uzyskały „świeżo i nie całkiem (sic!) przyzwoicie stołki”. Niewiadomo, jakie to miałyby być stołki „masy wyborców”. Wyżej podpisany i liczni jego znajomi należy do tej „masy” i nie zyskał ani przyzwoicie, ani nieprzyzwoicie żadnych stołków, czyli porzucając wyszukaną retorykę Surdykowskiego, apanaży. Tego rodzaju „informacje” w publicystyce nazywa się obraźliwą retoryka albo po prostu dobitniej - insynuacją.
I one właśnie są głównym narzędziem „dyskursu” luminarzy partii i grup opozycyjnych z rządem i PiS. Ale samorządy musi ta partia opanować jak najszybciej - ironizuje poważnie Surdykowski - bo w 2018 r., „gdy poczują zagrożenie, staną murem przeciw PiS”. Co za pycha przenikliwości. A jak poczuje się ów domorosły profeta, gdy za dwa lata jego wieszczba okaże się funta kłaków niewarta? Będzie odważny i przyzna się do pomyłki? Zrozumie swe dzisiejsze zadęcie i przestanie publicznie się wypowiadać?
Inny i także były wielbiciel lewicowości spod znaku UD/UW, doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego, Jan Lityński, poważnie zaś twierdzi 30 maja, że „wychodzi na wierzch to, co było ukryte, mniej tolerowane, potępiane - ksenofobie, antysemityzm, brakuje zupełnie miejsca na odmienności i tolerancję. Wszystko podporządkowane mnie przerażającej perspektywie”. Gdzie w tej chropowatej składni przykłady antysemityzmu? Gdzie, by trzymać się wykwintnej stylistyki Lityńskiego, widać brak miejsca na odmienności? Pytać próżno. Tak jest, bo tak konstatuje zasłużony lewicowiec. Wyrzuca dalej, że władza milczy, gdy jakaś dziennikarka (nie podaje nazwiska i okoliczności) wzywa do przywrócenia kary śmierci i skazania na nią byłego premiera, a na stadionach pojawia się transparent wzywający do wieszania ludzi o odmiennych poglądach. Takie są zasady wolności słowa, że każdy może mówić głośno, co uważa za stosowne, pod warunkiem, że nie emanuje nienawiścią, nikogo nie obraża, nie krzywdzi, nie nawołuje do przestępstwa. Biedny Lityński, zapomniał, że nienawiść, jaka sączy się z ust polityków Platformy doprowadziła w Łodzi do zbrodni politycznej, niczym morderstwo, zachowując odpowiednie proporcje, na pierwszym prezydencie Rzeczypospolitej wywołane szczuciem endecji. Lityński nie pamięta też, że minister, a nie jakaś tam anonimowa dziennikarka czy kibic, Radosław Sikorski, nawoływał publicznie po ukonstytuowaniu się rządu Jarosława Kaczyńskiego podczas prezydentury jego śp. brata do „wyrżnięcia watahy”. A Bronisław Komorowski jako marszałek Sejmu przed całą Polską i światem cywilizowanym poniżał prezydenta Lecha Kaczyńskiego po wiadomości o nieudanym nań zamachu, że „jaki prezydent, taki zamach”. I teraz Lityński ma czelność zarzucać nowej władzy „wytwarzanie atmosfery nienawiści” – wedle: „łapaj złodzieja” .
Ubolewa, że „premier polskiego rządu grzmi zaś w Sejmie o targowiczanach, zaś jej ministrowie oskarżają poprzedników o zdradę narodową i kilka innych przestępstw”. Ale na wymienienie owych „kilku przestępstw”; zabrakło Lityńskiemu faktów. Tymczasem podobieństwo do Targowicy jest mutatis mutandis wyraziste dla każdego, kto nie frymarczy honorem Polaków.. Lityński i jego środowisko „intelektualne” nie rozumie, że donoszenie na własny kraj innym nacjom jest apostazją narodową. Od wieków funkcjonuje w naszym języku potoczne porzekadło o ptaku kalającym własne gniazdo. Ale lewicowcy nie chcą mieć „własnych gniazd”, ich ojczyną jest mamona, gdziekolwiek i jakkolwiek ją znajdować – cynicy wszystkich krajów, łączcie się...
Wszelako wszelkie rekordy, przepraszam za dosadność, ale nie mogę znaleźć innego słowa - głupoty pobił 3 czerwca Bronisław Komorowski. Już tytuł jego całostronicowej elukubracji „KOD budzi respekt” przygnębia aż do bulu. Pisze o „opluwaniu” KOD i daje do zrozumienia, że czyni to rząd. Opluwaniem opozycji, jak subtelnie wyraża się były prezydent, zajmował się do niedawna on sam i jego konfratrzy partyjni. Rząd ma teraz poważniejsze zadania niż interesowanie się KOD. To tylko w wyobraźni Komorowskiego cyrkowcy spod Urzędu Radu Ministrów „budzą respekt”. Ale przynajmniej wiemy, kogo eksprezydent szanuje. Może przypominają mu się stare, dobre czasy, kiedy PZPR, gdy nie umiała porozumieć się z poddanymi, uwalniała ze smyczy „aktyw robotniczo-chłopski”, by tumanił (zawsze daremnie) protestujących.
Takich przeciwników ma prezydent, rząd i PiS. No to możemy spać spokojnie. Jeszcze trochę cierpliwości, wkrótce masowe ataki lewicowców i ich zwolenników rozpłyną się w próżni. I pozostanie jedynie pamięć o cyrkowcach, tak samo odrażająca jak o przegranych najemnikach sowieckich z Aleksandrem Kwaśniewskim w ostatnim szeregu a w pierwszym rzędzie cyrku w obronie demokracji.
Jacek Wegner
