Ostatnio kilka razy znalazłam się w studiu telewizyjnym, aby komentować decyzję opublikowania przez francuski magazyn „Closer” zdjęć Kate, żony następcy brytyjskiego tronu Williama, opalającej się topless na terenie prywatnej rezydencji w Prowansji. Mała sprawa, która rozpaliła wielką debatę na temat granic prywatności celebrytów i zwykłych Smithów, bezwzględności tabloidów oraz komercjalizacji magazynów plotkarskich i portali internetowych typu „Pudelek”. Adwokaci królewskiej pary natychmiast rozpoczęli procedurę sądową i otrzymali injunction order czyli zakaz publikowania i sprzedaży zdjęć księżnej przez magazyn „Closer”. W kilka godzin później policja francuska urządziła rajd na redakcję i zatrzymała wszystkie sporne fotki. Ale mleko już się rozlało, zdjęcia poszły w świat i ostatecznie zostały opublikowane przez prasę irlandzką, włoską, szwedzką i duńską.
Trzeba jednak przyznać, że żadne z nich nie pojawiło się w prasie brytyjskiej, ani w poważnych nationals, ani w niepoważnych tabloidach. Po śmierci matki Williama i Harry’ego, lady Diany, która zginęła w wypadku samochodowym, ścigana przez grupę papparazzich, rodzina królewska zawarła z tutejszymi mediami dżentelmeńską umowę, że nie będą ingerować w życie prywatne obu książąt ani przez czas ich nauki w Eton, ani podczas studiów. I media dotrzymały słowa, a w przypadku Williama umowa obowiązuje do dziś. I nie wydaje się, żeby następca tronu ani jego żona musieli ubiegać się o injunction order w Anglii. Co to takiego? Otóż wiele krajów, w tym USA, Wielka Brytania, Francja, Australia, mają w swoich zapisach prawnych injunction order, który zakazuje np. zbliżania się brutalnego męża do maltretowanej żony (domestic violence), „podglądacza” do nękanej przez niego ofiary (stalking), agresywnego szefa prześladującego podwładnego (bullying), etc. I nie zastosowanie się do nakazu sędziowskiego grozi delikwentowi poważnymi sankcjami, łącznie z karą więzienia. Generalnie injunction order spełnia pozytywną rolę, bowiem chroni osobę poszkodowaną przed krzywdzicielem, do sprawy karnej i potem. Ale w całym tym bloku mamy segment, który wydaje się kontrowersyjny: super-injunction order, zakaz publicznego informowania o sprawach, dotyczących prywatnego życia celebrytów, znanych artystów, polityków, dziennikarzy. I tu zaczynają się schody.
Niedawno w Londynie eksplodowała bomba: okazało się, że jeden z najpopularniejszych komentatorów politycznych BBC Andrew Marr, podczas romansu z pewną panią, załatwił sobie taki super-injunction order, zakaz upublicznienia przez brytyjskie media wszelkich informacji o swoim „skoku w bok”. Kiedy sprawa wyszła na jaw, wybuchł skandal, zwłaszcza że Marr – moralista lubił wytykać politykom ich potknięcia, także w życiu intymnym. Dziennikarz wprawdzie publicznie przeprosił, ale niesmak pozostał. Właśnie dowiedzieliśmy się, że sir Fred Goodwin, były prezes Royal Bank of Scotland, także załatwił sobie super-injunction, tym razem zakaz identyfikowania go przez media jako „bankiera”, którym przecież jest. Kilka dni temu sąd udzielił super-injunction „żonatemu mężczyźnie, pracującemu w show businessie, który miał romans z zamężną koleżanką z pracy”. Sędzia stwierdził w uzasadnieniu: „Ujawnienie nazwiska być może usatysfakcjonowałoby publiczną pasję do pikantnych szczegółów, ale to nie jest dostateczne usprawiedliwienie dla ingerencji w prywatne życie ludzi, których to dotyczy”. Tyle podały media.
A oto kilka innych przypadków uzyskania zgody na zamiecenie seksafer pod dywan: żonaty piłkarz brytyjskiej Premier League, który miał romans z modelką topless, Imogen Thomas; żonaty aktor, który spotykał się z Helen Wood, prostytutką; super-injunction otrzymała także gwiazda klubu Chelsea, John Terry, którego nakryto z byłą dziewczyną kolegi z boiska. itd, itp. The Guardian twierdzi, że w ciągu ostatniego 1,5 roku sąd przyznał prawo do super-injunction około 20 osobom, a naczelny Timesa Frances Gibbs sugeruje, że było ich nawet około 30. I teraz pod pióro ciśnie się pytanie: czy ujawnienie nazwiska znanego piłkarza, wątpliwego bohatera seksskandalu, naprawdę leży w publicznym interesie, ergo nie powinien otrzymać s-i? Dalej – czy prawo do ochrony życia prywatnego powinien otrzymać Andrew Marr, znany komentator polityczny, który jest dla swoich widzów i czytelników rodzajem role model, wzorca osobowego? Albo Fred Goodwin, który poprzez zapis na swój zawód „bankier” próbował uciec od współodpowiedzialności za doprowadzenie do bankructwa RBS, a przy okazji uchronić tytuł szlachecki, który otrzymał za „wybitne zasługi w dziedzinie brytyjskiej bankowości”, a który ostatecznie mu odebrano?
Dziś nie wiadomo, ilu celebrytów w Wielkiej Brytanii za duże pieniądze, procedura jest bowiem kosztowna, otrzymało prawo do trzymania w tajemnicy swoich wyskoków. Wiadomo jednak, że istnieje cała informacyjna „szara strefa”, z której legalnie, oficjalnie, korzystają skompromitowani celebryci. Czy super-injunction nie jest przypadkiem „wrzodem na nosie” praworządności, kpiną z prawa obywateli do informacji o życiu elit, zwłaszcza tych, które mają bezpośredni wpływ na nasze życie (parlamentarzyści, prezesi banków, znani dziennikarze)? Oczywiście, w Polsce taki zapis prawny nie jest w ogóle potrzebny. W sytuacji, kiedy większość mediów z całych sił wspiera polityczny establishment i większość czasu poświęca na upychanie rządowych afer pod dywan, podobny zapis to zbędna fatyga. Ale w prawdziwej demokracji? Otóż prawdziwa demokracja krytyk się nie boi, bo jest wyposażona w „system wczesnego ostrzegania”. Kilka dni temu podano wiadomość, że powołana została komisja pod przewodnictwem lorda Neubergera, która ma zbadać potrzebę istnienia super-injunction.
Elżbieta Królikowska-Avis
Londyn
13 października 2012
