Przebojem tygodnia był piątkowy alarm bombowy w wielu redakcjach (i nie tylko). W ilu nie do końca wiadomo. Tzn. mam nadzieję, że wiedzą to chociaż policja i służby, ale zwykli zjadacze chleba, a nawet dziennikarze nie bardzo.
Ta niekompletna wiedza to wynik swoistej polityki zastosowanej przez media. Jedne informowały o tym dość oględnie (np.: „w licznych redakcjach i galeriach handlowych), inne media wymieniały tylko niektóre instytucje, a jeszcze inne niektóre inne miejsca. Pomimo takiego chaosu jeszcze tego samego dnia posłanka Krystyna Pawłowicz wiedziała kto za tym stoi. Jej wpis na Facebooku pojawił się już o 10.28, czyli jeszcze zanim wiadomość o „bombach” dotarła do niektórych bezpośrednio zainteresowanych.
Posłanka ustaliła, że „targowicka opozycja peowsko-kodowsko-noeopalikotowa plus pozostałe uliczne i unijne lewactwo rozpoczęli teraz z Polską WOJNĘ HYBRYDOWĄ? Zastraszania i mściwego terroryzowania "niegrzecznych" Polaków? Dzisiejsze synchronizowane alarmy o podłożeniu ładunków wybuchowych w wielu miejscach Polski taki logiczny wniosek nasuwają”. Uważam, że to rozumowanie powinno być przedmiotem prezentacji podczas wykładów na wydziałach dziennikarstwa w celu pokazania przyszłym dziennikarzom jak nie należy wyciągać pochopnych wniosków, bo to co dla polityka i tak nie może być już bardziej kompromitujące, to dla dziennikarza jednak takie być może.
Osobną sprawa jest przebieg akcji antyterrorystycznej czyli sprawdzanie prawdziwości bombowych ostrzeżeń. Nie wiem jak to wyglądało w całej Polsce, ale mogłem to obserwować na przykładzie jednego z oddziałów regionalnych TVP. Wiadomość o ogłoszeniu alarmu i ewakuacji budynku… nie do wszystkich dotarła. Ci, którzy w tym czasie korzystali z pomieszczeń socjalnych po wyjściu z nich zastali budynek opuszczony z niewiadomego dla nich powodu. Możliwe, że w toaletach powinny znajdować się napisy, że korzystanie z nich w wypadku ataku terrorystycznego, może być groźne dla zdrowia, a nawet życia. Tak więc ci co wyszli to wyszli, a ci co zostali… zostali.
Potem przyjechała straż pożarna. Co robili strażacy nie wiem, bo byłem na zewnątrz. Coś robili, a potem pojechali. Policyjny pies wykrywający ładunki wybuchowe przyjechał po trzech godzinach. Sympatyczne zwierzę. Mogliśmy obserwować jak pracuje, bo w tzw. między czasie wynegocjowaliśmy powrót do redakcji w celu przygotowania programu. Tak więc, policja pracowała nieśpiesznie (nieco zaskoczona skalą alarmu), a my pośpiesznie (by nadrobić stracony czas). Chyba nikt (my na pewno) nie traktował zgłoszenia poważnie, choć minęło zaledwie kilka dni od podłożenia we wrocławski autobusie prawdziwej bomby przez jakiegoś „samotnego wilka”.
Przypomniała mi się bajka o pastuszku, który dla jaj z nudów budził wioskę okrzykami „Wilki! Wilki”. Pewnego dnia alarm nie będzie fałszywy i wtedy nasza nonszalancja może mieć (delikatnie mówiąc) nieprzyjemne konsekwencje.
Na szczęście jeszcze nie tym razem, więc na koniec jak zwykle przypomnę, że uważam, iż reklamy z mediów publicznych powinny być usunięte!
