Po przeczytaniu takiego tekstu chce się pracować dla Rzeczypospolitej. Kol. Kłopotowski 13 maja na naszym portalu pyta retorycznie, puentując swą irytację publicystyczną, czy dziennikarze z „Gazety Wyborczej” znają słowa „dla ciebie zjadłe smakują trucizny, dla ciebie więzy, pęta niezelżywe”. I radzi, żeby spytali naczelnego, bo on je zna, przynajmniej kiedyś znał. Odpowiadam za nich nieretorycznie: redaktor naczelny i znał je, i zna. Bez wątpienia. Przecież to niepośledni publicysta, moralista, autor wielu książek historyczno-politycznych; siedział w więzieniu, ma więc prawo udawać, przepraszam, to lapsus liguae, b y ć Katonem, a krytykować Katona-męczennika byłoby niegodnie. Ów Katon wydał w 2008 r. książkę eseistyczną „W poszukiwaniu utraconego sensu”; zamieścił w niej motto z wiersza Wisławy Szymborskiej. Nie, nie o miłości do tej, dla której „smakują trucizny”, przeciwnie - o nienawiści: Utwór nie musi wyraźnie wskazywać nienawidzących, bo czyni to książka; jakaż to wyrafinowana komplementarność. I wiersz, i książka próbują implicite przekonać, że inni Polacy, którzy kierują się honorem, godnością, dumą, czczą tradycję, a więc wyrażają poglądy przeciwne „poprawnościowcom” rodzimym i zachodnim, nienawidzą pamięci Szymborskiej, osoby Michnika i miłośników ich salonu, są wrogami demokracji. W każdym razie: spójrzcie, jaka sprawna/ jak dobrze się trzyma/ w naszym stuleciu nienawiść / Jak lekko bierze wysokie przeszkody. /Jakie to łatwe dla niej – skoczyć, dopaść. To wiersz „inżyniera dusz”: silny dydaktyzm wyzbyty środków artystycznych, gdyż upiększanie nimi poezji jest przeżytkiem burżuazyjnym i nie pozwalałoby czytelnikowi inaczej rozumieć niż autorka i Michnik ową „nienawiść”, która dobrze się trzyma/ w naszym stuleciu. Oto prekursorstwo, wciąż korzystam z określeń Kłopotowskiego, rozpadania się wspólnoty tracącej język.
I w rzeczy samej dziś nienawiść rzeczywista, a nie insynuowana, stała się imperatywem działania opozycji krytykującej rząd wyłoniony w wolnych, egalitarnych, niesfałszowanych wyborach. Czyż owo działanie nie jest zatem zdradą duchową ojczyzny demokratycznej i wolnej (jeszcze)?
Większość z nas postradała w 45 latach nieznanej nam wcześniej niewoli zmysł humoru, poczucie autoironii, sarkazmu, żartów, straciła dystans do samych siebie, a tylko dystans warunkuje trzeźwą ocenę spraw publicznych i własnego zachowania, gdyż wynika z najpiękniejszej pokładów duszy ludzkiej – pokory. Fragmenty poetyckie przywołane przez kol. Kłopotowskiego pochodzą z „Hymnu do miłości Ojczyzny” biskupa Ignacego Krasickiego. Czy cynicy i ponuracy z Platformy „Obywatelskiej”, Nowoczesnej, wszelkich kod-ów, pozbawieni dystansu, gdyż cynizm zawsze jest ponury – i butny – wiedzą, że Krasicki włączył ten wiersz podniosły do „Myszeidosa”, poematu żartobliwego o walkach kota z myszami, nazwanego przez historyków literatury heroikomiczno-parodystycznym, który jest - był!... - omawiany w szkole średniej? Mogliby oni powiedzieć, i jeszcze na dokładkę donieść cudzoziemcom, że hymn w tym kontekście ośmiesza patriotyzm, że Polacy to zbiorowisko kpiące z własnej tożsamości - i znaleźliby trochę dowodów: „polskość to nienormalność”...
Kłopotowski konstatuje, że fundamentem tradycji jest język wspólnoty narodowej: ”Gdy utracimy język, co będzie nas spajać?”. A tradycja bierze się z kultury, substancją zaś kultury jest religia. Tyle jest kultur, ile religii, niekoniecznie dzisiaj wspólnie wyznawanych.
A z językiem jest naprawdę strasznie. Naprzeciw Urzędu Rady Ministrów postawiono transparent białoczerwony (a tak!) z napisem „Precz z faszyzmem”. Co to w takim razie jest faszyzm w świadomości, raczej nieświadomości głębokiej niczym Rów Mariański autorów i „wystawiaczy” tego wezwania? Pierwszym przejawem destrukcji języka, przeto tradycji, kultury i religii, która tę kulturę tworzy samoczynnie, jest niszczenie uświęconych wiekami znaczeń słów i ich związków. Słowa publiczne w niektórych dzisiejszych środowiskach, tak samo jak w Polsce ludowej i prymitywnych społecznościach, nie tłumaczą rzeczywistości, natomiast stanowią jedynie narzędzie jej „zaklinania”, aby kreować urojone światy i równie wymyślane „aksjologie” spełniające doraźne potrzeby ideologiczne, polityczne i gospodarcze. Trafnie pisał o tym przed dziesięcioleciami akademik Michał Głowiński (m. in. „Nowomowa po polsku”). Konsekwencją - a może przyczyną? – takiego zinstrumentalizowania słów jest odrzucanie wszelkich rygorów, które organizują słowa w zdania, czynią je zrozumiałymi i pięknymi. Współcześni Polacy, nawet dziennikarze i spikerzy w TVP i PR, wymawiają wyrazy nonszalancko, niechlujnie, za szybko, by je można uszanować i łatwo zrozumieć. Nadto zasady gramatyki zostały w pochodach KOD, Platformy, Nowoczesnej i PSL zostały podeptane. Niedawno młoda adherentka tych, powiedzmy uprzejmie, ugrupowań wykrzykiwała z twarzą wykrzywioną nienawiścią: „panie Dudo...” Przypomniał mi się niegdysiejszy służbowy pobyt na jakiejś uroczystości barbórkowej, kiedy przyjechał Edward Gierek. Według ustalonego szczegółowego scenariusza kilku górników wygłosiło krótkie przemówienia, tak serwilistyczne, jakby mówili przed ołtarzem na klęczkach. Jeden zwracał się do I sekretarza w pieszczotliwej intonacji „towarzyszu Gierku”. Biedni - tamten górnik i dzisiejsza miłośniczka KOD. Oni nie wiedzieli, że w wołaczu nazwisko ma taką samą końcówkę jak w mianowniku i takie zwracanie się publiczne do kogokolwiek jest, proszę wybaczyć słowo, chamskie... Ale owa antykultura uczestników marszu w obronie demokracji nie wadzi naszym tzw. intelektualistom; widziałem w tłumie Jacka Żakowskiego i Adama Michnika, który oprócz tego, że ma zawsze rację jest specjalistą od dystyngowania ciemiężców.
Kol. Kłopotowski pisze też, że teraz tych manifestacji nie rozbija policja, jak bywało niedawno, nie dławi gazami, nie pałuje uczestników, nie strzela gumowymi pociskami; i nie zabija, jak bywało dawniej. Bardzo dobrze – niech więc pochodów będzie jak najwięcej. One stanowią przecież najlepszy dowód, że w Polsce wszyscy obywatele są wolni, że nie ma żadnej opresji i represji władz z powodów polityczno-ideologicznych, że wolność zgromadzeń i manifestacji jest zachowana... aż do przesady.
Nie warto tedy utyskiwać na te uliczny ekscesy. Musimy natomiast dbać o język, aby spełniał odwieczne funkcje przejrzystego komunikatu i spoiwa wspólnotowego. Żeby w umysłowości szerokich kręgów społeczeństwa nie doprowadził pojęcia demokracji do absurdu niszczącego jej istotę. Inaczej, jak wieszczy Krzysztof Kłopotowski, naprawdę zatracimy się i zbudujmy tylko naszą polską Wieżę Babel, bezwiednie i bezbronnie wydawszy się na łup chciwości rodzimej i obcej.
Bez wspólnego języka czeka nas piekło wspólnego bytowania.
Jacek Wegner
