- Zawodu dziennikarza nie można się nauczyć – mawiał mój pierwszy mistrz. Z tym się trzeba urodzić. Albo się to ma, albo nie. Widzę to po sobie. Dlatego tak daleko i wysoko zaszedłem. Z małej, prowincjonalnej gazety do prestiżowego dziennika opiniotwórczego. A w nim, od szeregowego dziennikarza, piszącego o przeciekających dachach w stolicy do stanowiska wice naczelnego, zabierającego głoś w sprawach ważnych dla kraju. Pamiętam swój pierwszy demaskatorski tekst sprzed 20 laty. Zadebiutowałem nim na łamach powiatowej gazety, wydawanej przez grupę młodych zapaleńców. To znaczy, w pewnym sensie zadebiutowałem.
Dowodził nami doświadczony, były dziennikarz warszawskiej popołudniówki. Byłem świeżo po studiach dziennikarskich, pełen zapału, energii i gotowości do poświęceń, by najlepiej pełnić misję opisywania rodzącej się nowej rzeczywistości. Reportaż opisywał prywatę miejscowego starosty. I to w kilku sferach. Najbardziej oburzająca była sprawa generalnego remontu jego prywatnego mieszkania za pieniądze miasta. Korzystając z tego, że przeprowadzano remont kapitalny urzędu miasta, przez kilka tygodni dwóch-trzech robotników z wynajętej firmy pracowało w jego domu. Wszystkie materiały, użyte przy remoncie mieszkania starosty, instalacje kanalizacyjne, elektryczne, podłogi, kaloryfery, farby malarskie, kleje, listwy, deski, a nawet żarówki, zostały rozpisane w rachunkach, za które płacił urząd.
Swoją kochankę, dwa razy młodszą od siebie, byłą swoja sekretarkę w urzędzie, zatrudnił na etacie nauczycielki angielskiego w miejscowym liceum dla pracujących, mimo, że sama dopiero raczkowała w tym języku. Wreszcie telewizor i radio, które urząd miasta zakupił na nagrody dla biorących udział w konkursie „Najczystsza ulica w mieście”, zatrzymał w swoim gabinecie.
- Ciekawych obserwacji pan dokonał – powiedział mój pierwszy naczelny. – Ale nie widzę nic o remoncie urzędu.
- Skończony już. - Sam pan widzi. Starosta na pierwszym miejscu stawia interes urzędu, miasta – zaczął mój mentor. - Jeśli chodzi o mieszkanie, prawdopodobnie firma remontowa przywiozła za dużo rożnych materiałów. Pan starosta nie chciał dopuścić, żeby się zmarnowały. Ot, i cała sprawa. A przecież nie mógł sam malować mieszkania, kiedy pilnował remontu urzędu. Przyzna pan, że teraz nasz urząd miejski błyszczy. Aż miło tam wpaść. Nowoczesne okna, wygodne ławki dla interesantów, bufet, kiosk z gazetami, toalety, osobna dla mężczyzn, osobna dla kobiet. Tego wszystkiego nie było. A jakie wygodne schody. Czy zwrócił pan uwagę na lampy przed budynkiem i jego oświetlenie wieczorem. A kwietnik? O tym niech zrobi reportaż. O zmianach na lepsze, które zachodzą dzięki panu staroście. No co, młody człowieku? Zgoda?
- Coś chce pan jeszcze powiedzieć? Chodzi zapewne o tę nauczycielkę? Pan ją może zna? - Chodziłem z nią do liceum. – A widzi pan. Zaraz wyciągną, że pan się niej podkochiwał, a teraz pisze o jej nowym związku z najniższych pobudek. Z zazdrości. Ten negatywny motyw zostanie przeniesiony na całą redakcję, na gazetę. Porzućmy ten wątek dla naszego wspólnego dobra.
Tak, wiem – mówił dalej mój pierwszy nauczyciel zawodu. Telewizor i radio. Co innego, gdyby wziął je do domu. Stoją w urzędzie. Ponad rok? W każdej chwili może je przeznaczyć na nagrody. Wtedy się ośmieszymy i skompromitujemy, że fałszywie oskarżamy.
Kilka dni temu do mojego gabinetu wpadł niedawno przyjęty, podobno zdolny, chłopak. - Pokazałem ten tekst swojemu szefowi, ale on kazał przyjść z nim do pana. Mogę? – zaczął świeży adept dziennikarstwa. - Kogo dotyczy?- zapytałem – Premiera – odparł . – Proszę mi dać. Niech pan siada. Po przeczytaniu tekstu powiedziałem: - Poczynił pan ciekawe obserwacje. I zanim zacząłem dalej mówić, intuicja powiedziała mi, że ten chłopak urodził się, by być, podobnie jak ja, dziennikarzem.
Jerzy Jachowicz
14 października 2012
