Winniśmy wdzięczność Joannie Siedleckiej za książki o naszych pisarzach; swego czasu wydała monografie publicystyczne o mistrzach prozy i poezji, ludziach prawych i zasłużonych - Marii Kuncewiczowej i Zbigniewie Herbercie. Natomiast w trzech ostatnich książkach jest – i chwała jej za to – bezkompromisową demaskatorską tzw. życia literackiego w Polsce ludowej. Po „Obławie. Losach pisarzy represjonowanych” i „Kryptonimie «Liryka». Bezpieka wobec literatów” kilka tygodni temu dała nam „Biografie odtajnione. Z archiwów literackich bezpieki”. We wstępie autorka przyznaje, że ta książka jest „trzecią już opowieścią o temacie wciąż nieprzerobionym, objętym ciężką zmową milczenia...”. Owa trzecia część tryptyku to więc w miarę szerokie życiorysy kilku twórców zrzeszonych w polskoludowym Związku Literatów Polskich. To jakby fresk malowany… błotem.
Porażają wiadomości o życiu publicznym i prywatnym wielu luminarzy literatury. Właściwie w tym, jak przenośnie i zarazem stosownie do przedmiotu opisu określa autorka „literackim terrarium pełnym kąsających się żmij”, osoba Władysława Broniewskiego jest sympatyczna nawet ze swym alkoholizmem. Bo Broniewski czuł, przeżywał, doznawał, myślał jak Polak z Polski minionej w 1939 r.; nie grał żadnej roli w tym „terrarium” - był po przejściach w Sowietach letnim wykonawcą nakazów ideologicznych i zarazem ich ofiarą. Natomiast jego żona, komunistka z wyboru (i głupoty) pasowała bez reszty do tamtego świata. Jej niemoralne zachowanie, a przecież zgodne z obyczajowością komunistyczną, doprowadziło do samobójstwa ich jedynej córki, nad wszystko kochanej przez poetę. Była ona już wtedy żoną Stefana Kozickiego, cenionego już w latach sześćdziesiątych reportażysty, który tę śmierć przeżył również boleśnie.
Jest jeszcze jedna postać w tej książce wzbudzająca sympatię, nawet współczucie – Anna Kamieńska, poetka, tłumaczka poezji, bułgarskiej, serbskiej, chorwackiej, rosyjskiej, autorka wielu znamienitych książek dla dzieci i młodzieży, matka Pawła Śpiewaka, naukowca i publicysty. Jak na „czasy pogardy” polskoludowej twórczość i życie Kamieńskiej były niezwykłe, bo determinowane tradycyjnym systemem wartości, gdzie było owo ewangeliczne „tak za tak, nie za nie”; uczciwość, życzliwość, współodczuwanie losów bliźnich stanowiły niewzruszony wojną i sowietyzmem kanon jej postępowania. Bezpieka osaczyła ją delatorską troską Marty Tomaszewskiej, grafomanki, autorki książek dla dzieci, a oprócz tego lesbijki. O tak, tajne służby policyjne PRL umiały werbować alkoholików i dewiantów, którzy albo im świadomie służyli, albo swym lekkomyślnym i nieetycznym zachowaniem bezwiednie ułatwiali inwigilację siebie i dużej części środowiska.
Do drugiej kategorii należeli Jerzy Zawieyski i Jerzy Andrzejewski. Obaj byli homoseksualistami. Z powodu tej dewiacji i niefrasobliwości wyrządzali szkody o wiele większe od niejednego najbardziej cynicznego szpicla.
Zawieyski wiódł życie niczym w teatrze – dwojakie W życiu publicznym (i politycznym) występował pod szyldem katolicyzmu: był posłem rekomendowanym przez „Znak” i bliskim współpracownikiem, prawie przyjacielem, prymasa Stefana Wyszyńskiego, prezesem Klubu Inteligencji Katolickiej, autorem wielu powieści i dramatów ideowo wyrastających z najszczytniejszych polskich tradycji kulturowych. Tymczasem opisy jego ekscesów pederastycznych przerażają. Nie donosił wprawdzie, ale, jak wyrażali się jego koledzy po piórze, „kłapał dziobem przez telefon” o wszystkich i wszystko. A nadto bezpieka podstawiała mu chłopców, w których się zakochiwał (na krótko) i którzy składali bezpiece detaliczne raporty z poczynań „figuranta”, a jako że bezpieka zainstalowała podsłuch i telefoniczny, i mieszkaniowy, to miała także niczym z radia najświeższe i niemal natychmiastowe wiadomości o tym, co się działo w związku literatów, co twórcy mówili, co zamierzali. Zawieyski płacił swym partnerom „nie tylko gotówką czy przydziałem niedostępnego wtedy telefonu, ale ułatwieniem artystycznych i kościelnych karier, raczej homokarier” – pisze Siedlecka. W ten sposób pisarz-homoseksualista stawał się „źródłem osobowym” kompromitującym katolicyzm i Kościół katolicki, czyli spełniał najważniejsze dążenia PPR/PZPR. Notabene, doświadczając współczesności chciałoby się powiedzieć, że partia ta w pewnej mierze dopięła swego…
Twórczość Andrzejewskiego, wyniesiona przez polskoludowych Kulturträgerów na piedestały sztuki literackiej, jest świadectwem przeniewierstwa pisarza. Zadebiutował w 1938 r. powieścią „Ład serca”; wyrasta ona z inspiracji francuskich pisarzy katolickich tego czasu: Mauriaka (autora m.in. powieści „Kłębowisko żmij”), Maurois, Bernanosa. Zresztą kultura polska pierwszej połowy XX w. przyswajała i rozwijała osiągnięcia myśli katolickiej zarówno w filozofii, jak i literaturze; sporo zawdzięczała również Anglikom, Huxleyowi czy Greenowi. W okresie stalinowskim Andrzejewski opublikował zaś serwilistyczny esej „Partia w życiu pisarza” oraz ni to opowiadanie, ni nowelę, ni farsę „Wojna skuteczna, czyli opis bitew i potyczek z Zadufkami”, gdzie naigrawa się z religijnych praktyk katolickich. Zwrócił więc na siebie uwagę strażników sowiecko-polskiej dyktatury pragnącej po wymazaniu ze świadomości społeczeństwa wszelkiej tradycji narodowo-państwowej stworzyć „nowego człowieka” i „nową sztukę”. Dzisiaj wszelkiej maści „poprawnościowcom” udaje się to osiągać i u nas, i na świecie. Jakoż z osobistego polecenia Jakuba Bermana, szefa ówczesnej bezpieki, Andrzejewski stworzył „Popiół i diament”. Genezę tego utworu opisał swym wybornym piórem już śp. Krzysztof Kąkolewski w eseju „Diament znaleziony w popiele”. Powieść Andrzejewskiego jest schematyczna, ideowość czarnobiała: po stronie dobra bojownicy nowej władzy, po stronie zła obrońcy starych porządków, czyli tutaj Armii Krajowej. Zleceniodawcy byli zachwyceni tym dokonaniem pisarza do niedawna katolickiego zdradzającego teraz swój rodowód ideowy, toteż zachęcili wschodzącą gwiazdę „nowej” kinematografii”, Andrzeja Wajdę, do przeniesienia tej fabuły literackiej na ekran. Reżyser jeszcze bardziej niż Andrzejewski ukontentował dysponentów: pokazał, jak idee AK symbolicznie giną na śmietniku – śmietniku historii, ma się rozumieć. I od razu Wajda stał się „arcymistrzem” kina...
Andrzejewski wypijał codziennie trzy butelki wina, starzejąc się zmieniał chłopców z częstotliwością podobną do Zawieyskiego; popadł w megalomanię i uznał siebie za największego pisarza Europy, któremu należy się nagroda Nobla. Owszem, w połowie lat siedemdziesiątych przystał do opozycji, który to akces przydawał mu, jak mniemał, nimbu wśród niezawisłych twórców (bo przecież, choć w małej liczbie, działali i tacy poza błotem swych licznych kolegów ze związku literatów); uważał siebie wręcz za twórcę KOR. I wreszcie był prekursorem dzisiejszego klękania przed „inaczej się kochającymi”. Wystosował apel do władzy o przywileje dla homoseksualistów. Partia skrzętnie ukrywała ten epizod chroniąc „swego” pisarza przed ostracyzmem ówczesnej znakomitej części społeczeństwa. Oczywiście, był osaczony gromadą donosicieli - zaczynając od zięcia, a kończąc na swych kochankach…
Zasygnalizowałem zaledwie treść ostatniej części tryptyku publicystycznego Joanny Siedleckiej. Resztę niech czytelnik pozna bezpośrednio, zapewniam, że się nie znudzi; być może będzie się nieco zżymać na dziwolągi słownikowe w rodzaju „ekspiując” (od „ekspiacji”) i czasami niezbyt komunikatywne konstrukcje składniowe. Wszelako książka godna jest uważnej lektury.
Lecz właściwie po co?
Ten temat będzie tkwił w naszym życiu publicznym niczym oścień, dopóki społeczeństwo nie będzie miało swobodnego dostępu, powiedzmy, jak w bibliotekach, do w s z y s t k i c h archiwów bezpieki. Po to, żebyśmy doznali katharsis. „Prawda was wyzwoli” powiedział Prawodawca naszej kultury. Nie ma, nie może być, nie było i nie będzie przeto żadnej normalnej społeczności, żadnej zdrowej organizacji wspólnotowej (narodowej i państwowej) bez świadomości prawdy o sobie. Tak jak znamy raczej powszechnie zdrajców, sprawców upadku I Rzeczypospolitej, tak musimy być świadomi prawdy o naszej elicie z lat 1944-1989.
Wiem, to błoto opisane przez Siedlecką może zniesmaczyć niejednego czytelnika, lecz bez tego „zniesmaczenia” nie przezwyciężymy jego toksycznych duchowo wyziewów. I po to, sądzę, Siedlecka napisała tę książkę, żebyśmy poznając brudy PRL i to, co po nich trwa, mogli się od nich wyzwolić. Inaczej będą nas one gnieść przez pokolenia.
Jacek Wegner
