Totalna. Czyli całkowita. Obejmująca wszystko. Polskę i zagranicę, także instytucje unii europejskiej, parlament europejski. Tak swoją rolę widzi lider (p)oważnej (o)opozycji w swojej wypowiedzi z lutego 2016 r.:

„Polska nie jest ojczyzną jednej partii i jednego jej prezesa! To nasza wspólna odpowiedzialność. Jesteśmy racjonalną opozycją, ale jak jeden z dziennikarzy napisał: Platforma zamierza być totalną opozycją. Nie odbieram tego jako zarzutu. Tak, będziemy opozycją totalną! Najtwardszą z możliwych! Będziemy w sposób totalny walczyć z totalną władzą!”

A dlaczego w ten sposób? Czy inaczej się nie da? Ta propagandowa zapowiedź  oznacza jednocześnie metody działania. Racjonalna  opozycja wcale nie musi być totalna, czyli niszcząca  wszystko, krytykująca w czambuł, samą krytykę dla samej krytyki. Właśnie odwrotnie-konstruktywna opozycja to taka, która krytykując  rozwiązania władzy, wskazuje na inne, lepsze i pewniejsze rozwiązania. Tym samym właśnie opozycja może wpływać na jak najlepsze postanowienia rządzących. Tak  widzieli i widzą  to w kolebce demokracji, w  Wlk. Brytanii. Opozycja poprzez swoje krytyczne (a  nie totalne, czyli nieobliczalne), ma pobudzać  do trafniejszych decyzji.  Ale  to tam na wyspach  wymyślono „gabinet cieni”.  Czyli rząd, ale ten opozycyjny.  I choć w historii Polski takie przymiarki były już kilka razy, tym razem  zamiast  swojego gabinetu odwołano się  do totalnego, opozycyjnego działania. Czy słusznie? Czy aby dobrze znają historię? W  historii powszechnej do „totalnego działania” odwoływali się ci, którzy akurat przegrali decydującą bitwę. I wiedzieli, zdawali sobie z tego sprawę w momencie niepowodzenia, że prędzej, czy później  przegrają wszystko.  Krótko po klęsce (całkowitej, totalnej) pod Stalingradem i wycofaniu się niemieckich oddziałów na zachód w lutym 1943 r., Joseph Goebbels w berlińskiej Sportpalast zwrócił się z  apelem o udzielenie poparcia dla wojny totalnej: „naród jest gotów na wszystko. Fuehrer wydał rozkaz, my za nim pójdziemy. Jeśli kiedykolwiek wierzyliśmy w wiernie i niezachwianie w zwycięstwo, to w tej godzinie narodowej refleksji i wewnętrznego pokrzepienia. Widzimy je w zasięgu ręki, wystarczy je tylko podchwycić. Musimy tylko zebrać siły, by wszystko mu podporządkować. To nakaz chwili. I dlatego hasło brzmi: zatem powstań narodzie i niechaj rozpęta się burza...”.

I jak burza się rozpętała, to w tej burzy oni sami zginęli. Zamiast rozsądku i  racjonalnych działań, sama propaganda i  wołanie: „pytam was, czy chcecie wojny totalnej? Czy chcecie, jeśli okaże się to konieczne, aby była bardziej totalna i radykalna, niż możemy to sobie dzisiaj wyobrazić...”

I wcale nie chodzi tu o porównywanie  dzisiejszej sytuacji z tamtą, co o sposób myślenia, który prowadzi albo może  zaprowadzić do tragicznego końca.

Bo totalne  działanie, to szukanie każdego sposobu by  zaszkodzić. I szkodzić bez względu na cenę, czy jak nas będą oceniać inni. I wybór każdej metody, by  tylko swój cel osiągnąć?

A  takie „totalne” założenie prowadzi właśnie do  wynoszenia  spraw  własnego kraju za granicę, w  tym  wypadku do parlamentu europejskiego. I robią to politycy, którzy wiedzą, że  stracili władzę i być może chcą ją odzyskać nie bacząc na środki i okoliczności. Bo przecież jawnie się teraz pisze i ogłasza, że  (p)oważna (o)pozycja (jej przedstawiciele)  byli autorami niedawnej uchwały przyjętej niedawno przez parlament europejski. I tu jest coś zaskakującego.  Uchwałę, która miała  wyrażać  przecież  stanowisko tej europejskiej, parlamentarnej grupy posłów pisał ten, kto był w jej podjęciu, i w takiej treści najbardziej zainteresowany. Czyli była to  uchwała autorów z jednego kraju, która miałaby  wyrażać  stanowisko  eurodeputowanych z  różnych krajów.  Czy tak pracuje, dbając o obiektywizm,  parlament europejski?  Jakoś nie było słychać, że  uchwałę  przygotowywała komisja parlamentu, czy jakiś  zespół z przedstawicielami rozmaitych krajów. Wyraźnie w telewizji prawie chwalił się tym przedstawiciel (p)oważnej (o)pozycji, „prawie”, bo sam nie wiedział, czy się  przyznać, czy nie. I czy „wyjdzie”  obiektywnie, czy raczej  jako judaszowy czyn. Zdradzania  interesów  własnego kraju. Bo co ma oznaczać  uchwała  podjęta przez parlament europejski, ale napisana przez  przedstawicieli kraju, którzy w ten sposób  załatwiają  swoje niecne interesy, a  pozostali eurodeputowani je po prostu zwyczajnie przyklepują.  Czy naprawdę, to państwa nie  zdziwiło? Jaką europejskość  wyrażała tak przyjęta uchwała? Czy  jeden kraj, jego niektórzy posłowie  rozgrywali swoją grę?  I  tu pojawia się inne pytanie?  Dlaczego tej  tak ważnej dla jednego kraju (w  pojęciu niektórych eurodeputowanych)  uchwały o ściśle określonej przez tych europosłów nie podejmowano u nas, w Polsce?  Aha, bo nie ma się większości parlamentarnej.  Bo się  przegrało wybory.  Siła demokracji polega na tym, że pewne  akty demokracji się uznaje  i zgadza na  związane z nim konsekwencje.

Albo się nie zgadza. Toż już to jest przeciw demokracji? Walka z demokracją? I znowu to pytanie. Po co? Może, gdy przyłoży się do tej uchwały ramy totalnego  działania opozycyjnego, nabiera to sensu?  

Tak myślała  zapewne opozycja: nie możemy zrobić zamieszania w kraju, to  zróbmy to na polu europejskim.  I  dokładnie tak to wyszło.  Taki brak poszanowania dla demokracji we własnym kraju, bo brak akceptacji  wyniku wyborów, ale tam w Europie uchwalą to, co my chcemy.  Doprawdy  szczególny sposób  budowania pozycji parlamentu  europejskiego.  Ale jeszcze  jedno.  Łamiemy demokrację w w jednym kraju, by pokazać, że  szanujemy ją w Europie?  Poprzez  uchwałę, którą sami przygotowaliśmy?

Ten  sposób  myślenia  został przejęty przez niektórych dziennikarzy. A dokładnie dziennikarkę. Otóż  wypowiadając się o aktualnej polityce  zagranicznej stwierdziła ona, iż poprzez  wypowiedź ministra spraw zagranicznych, iż najważniejszym dla Polski obecnie sojusznikiem jest Wielka Brytania, sami postawiliśmy się w opozycji do Unii  Europejskiej. I oczywiście do niektórych polityków tymi instytucjami kierującymi.  

-A  co jeszcze jak do dojdzie do Brexitu w czerwcu 2016 roku-pytała. -Czy Polska zupełnie  przejdzie na pozycje sceptyków w unii? Sami ustawimy się na marginesie w unii. Będziemy postrzegani  jako ci nie zainteresowani jej rozwojem. I jeszcze jedno. Na wizerunek naszego kraju wpływ będzie miało to, że  szeroko korzystamy z funduszy europejskich, a  sami nic nie dajemy.

No właśnie, szeroko korzystamy z  pieniędzy unii. To prawda.  Ale to jest nasze prawo jako pełnoprawnego członka  unii, obecnie jednego z 28 krajów. Dlaczego publicystka wytyka akurat to?  A  poza tym, Polska płaci także składki. Oczywiście niższe niż  otrzymywane kwoty, ale to dotyczy krajów wstępujących z  nowej grupy z 2004 r. To przecież polityka UE  by  wyrównywać poziom rozwoju  wszystkich krajów, w  tym także Polski. To  unia tego chce.

Dlaczego polscy publicyści  akurat to  chcą  wytykać,  co  jest  prawem i przywilejem Polski. Chyba, że  chodzi o  coś innego.  Skoro bierzecie pieniądze, to siedźcie  cicho.  Zachowujcie się jak mainstream, nie wychylajcie się z niczym.  Doprawdy  bardzo pokrętne myślenie.  Mamy się  sprzedać, swoje prawa i ideały tylko dlatego, że  bierzemy pieniądze będące wyznacznikiem  ogólnej polityki UE?

Nie  tylko  politycy  opozycyjni wykazują totalne myślenie.  Ale jak widać opanowało ono  także niektórych publicystów.  Po za tym, co to za dziennikarstwo: służące politykom, także wtedy, gdy „zachowują się totalnie”?

 

        /-/  Andrzej Dramiński

                                     Wiceprezes Zarządu Warmińsko-Mazurskiego Oddziału

                  Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Olsztynie

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl