Najpierw ktoś się żachnął – jak to w Klubie Publicystyki Kulturalnej naszego stowarzyszenia prelekcja i dyskusja  o husarii? To przecie odległa historia i na dodatek tematyka wojskowa, a my zbieramy się, żeby pogawędzić o kulturze. Dopiero wypowiedź ostatniego dyskutanta, profesora historyka militarysty, (prosił o anonimowość) przekonała  nieprzekonanych, że temat, jeśli mogę tak się wyrazić, wart jest kultury.

       Klubem Publicystyki Kulturalnej kieruje od śmierci nieodżałowanej pamięci kolegi Wiesława Stradomskiego koleżanka dr Teresa Kaczorowska. Organizuje spotkania w każdą pierwszą środę miesiąca. I właśnie to, o jakim tu mówię, odbyło się 6 kwietnia. Protagonistami byli dr Radosław Rafał Sikora, ceniony w środowisku historyków specjalista od husarii; towarzyszyli mu Radosław Szleszyński, współautor książki z roku 2014 „Husaria”, promowanej na tym spotkaniu, oraz wydawca ich dzieł. Pierwsi z wymienionych przyszli w zbrojach husarskich, bronią i długą na ok. 6 m. słynną kopią; zaprosili nadto muszkietera z „prawdziwie”, zrekonstruowanym muszkietem siedemnastowiecznym i lontem (na szczęście niezapalonym), który służył do odpalania prochu.   

Dr Sikora mając 41 lat zdołał już napisać ponad dwanaście książek o husarii; jedna „Fenomen husarii” miała pięć wydań; dwie – „Z dziejów husarii” i „Husaria Jana III Sobieskiego”-  przetłumaczone na ukraiński uzyskały tytuł Książki Roku w ukraińskim rankingu „Bukvoid” (2012 i 2013). 

Aż zdumienie ogarnia, że można napisać tyle dzieł na jeden temat. A można! Dlatego że husaria była w Europie chrześcijańskiej formacją wojskową bez precedensu. Powstała w połowie  XVI w. i przyczyniła się walnie do wielu zwycięstw Rzeczypospolitej. Zaryzykowałabym ocenę, że gdyby nie ona, nie bylibyśmy przez prawie dwa wieki mocarstwem. Podziwiali ją cudzoziemcy, nawet wrogowie. Karol Gustaw, król szwedzki, który sprowadził na nasz kraj „potop”, zajął w połowie XVII w. dużą powierzchnię ogromnego państwa (prawie milion km kw.), ponoć powiedzieć, że gdyby miał 10 tysięcy takiej jazdy to ze swoją piechotą (rzeczywiście ówcześnie najlepszą na kontynencie), zdobyłby Stambuł. Wprawdzie tego nie dokonał i nikt tego do dziś nie osiągnął, lecz właśnie husaria w liczbie niemal dziesięciokrotnie mniejszej rozgromiła armię sułtańską pod Wiedniem w 1683 r. ratując tym samym Europę przed zalewem  islamu.

To było właściwie ostatnie wielkie zwycięstwo oręża polskiego na miarę kontynentalną. W następnym stuleciu husaria straciła znaczenie, zdegenerowała się z całym wielkim państwem. Inna rzecz, że do schyłku husarii przyczyniły się również nowe techniki wytwarzania i wykorzystywania broni palnej.

       W każdym razie przedtem ta formacja była niezwyciężona. Raz jedyny w czasach swej świetności przegrała na polu walki – w drugiej  bitwie ze Szwedami pod Warszawą. Dowodził nią bezpośrednio król Jan Kazimierz, kiepski polityk i jeszcze gorszy taktyk. Otóż husaria była formacją odwodową, nigdy w czasach swej wielkości nie uderzała na początku bitwy, natomiast zawsze pod koniec, gdy dowódca dopatrzył się w przestrzeni bitewnej odpowiednich miejsc do jej szarży. Tymczasem Jan Kazimierz, nie wiadomo czym powodowany: małostkową ambicją? – husarii użył w początkach owej drugiej bitwy warszawskiej. Husarze polecieli, jak wtedy się mówiło, w dym (prochowy po palbie muszkietowej), znieśli regiment piechoty, starli się z rajtarami, rozbili następny czworobok, lecz zmalał impet, który był z komasacją żołnierzy uzbrojonych w każdy rodzaj broni stosowanej wówczas w Europie głównym atutem zwycięstwa, i poszli w rozsypkę...

Jeszcze, jak wiemy, Sobieski pod Chocimem (drugim 1673 r.) rozbił husarią nieprzebrane zastępcy tureckie, a później pod Wiedniem dokonał niemal cudu. Bo tak pokierował bitwą i atakiem chorągwi husarskiej, że wdarł się w środek pozycji nieprzyjaciela.

Mieliśmy w XVI i XVII w. w każdej generacji geniusza wojskowego. Sobieski był ostatni chronologicznie w tym szeregu. Widocznie w XVI i XVII w. wyczerpała się energia polsko-litewskiego geniuszu. Potem nastąpiła pustka aż do Piłsudskiego.

Wojsko litewskie, dowodzone przez własnych hetmanów, a politycznie podlegające wspólnej władzy królestwa polskiego i zarazem wielkiego księstwa litewskiego nie miało husarii. Ale los mu zesłał na przełomie obu stuleci genialnego wodza – Jana Karola Chodkiewicza, który wsławił się m. in. rozbijając właśnie husarią (polską) niemal czterokrotnie liczniejszą armię szwedzką w 1605 r. pod Kircholmem.

       W 1611 r. hetman wielki koronny Stanisław Żółkiewski pokonał armię moskiewską pod Kłuszynem też głównie husarią. W latach siedemdziesiątych XX w. wydawnictwo „Bellona” wydało pionierską w owych czasach książkę o tej staropolskiej formacji wojskowej. Graficy oficyny sporządzili mapki bitew wygranych dzięki husarii, lecz zabrakło kampanii kłuszyńskiej. Autorzy upomnieli się o mapkę, skoro mają być wszystkie. Tej nie dano, bo Kłuszyn leży… za blisko Moskwy…  Fałszowanie historii w PRL nie miało granic. A dziś nauczania tego przedmiotu w gimnazjach i liceach budzi grozę, urąga tradycji dydaktyki Dwudziestolecia, kiedyśmy mieli najlepsze w Europie szkolnictwo średnie. Dlatego niektórzy współcześni politycy i publicyści postulują uprawianie tzw. polityki historycznej. Określenie językowo może nie najzgrabniejsze, ale jego idea jest więcej niż słuszna. Skoro dziejów ojczystych nie uczyło się w Polsce ludowej uczciwie, a dziś historii uczy się byle jak (w niewielkim zakresie, powierzchownie, chaotycznie), tak że młodzież niewiele wynosi z lekcji historii i zraża się do przedmiotu – to trzeba innymi sposobami uświadamiać społeczeństwo, co i dlaczego powinno wiedzieć o swych dziejach, dalekich i bliskich.

       Wspomniany profesor historyk militarysta zwrócił w dyskusji uwagę na tę właśnie konieczność. Dodał, ze w uczelniach wojskowych też zupełnie nie dba się o wiedzę z dziejów oręża polskiego, a bez niej kadra nie wychowa żołnierzy gotowych za każdą cenę stanąć w obronie ojczyzny. Dlatego uznał temat naszego spotkania w Klubie Publicystyki Kulturalnej za nieoceniony Wszak kultura rozkwita jedynie w niepodległości. A niepodległości strzeże się  w razie potrzeby broni orężnie, a więc między orężem, którym włada głównie wojsko, a kulturą powstaje, jakby powiedzieli cybernetycy, sprzężenie zwrotne.   

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl