W weekendowej 'Gazecie Wyborczej' Jacek Wesołowski - jak pisze o sobie 'programista, twórca i producent gier komputerowych' - w artykule 'Wiedźmin idzie do powstania Potrzebujemy własnych mitów', w obowiązkowo sarkastyczno-ironicznej dla polskich lewych liberałów formie konstatuje, że Polacy masowo interesują się Powstaniem Warszawskim (co bardzo charakterystyczne, pisanym przeze mnie wielką literą, a przez Wesołowskiego małą), po czym przyznaje iż: 'Błędem pokolenia mojego i moich rodziców jest to, że nie stworzyliśmy niczego w ich miejsce, a z samego powstania nie pozbawiliśmy aury zakazanego owocu, którą otoczył je poprzedni reżim. Nie podjęliśmy nawet prób, bo nasze pokolenie woli antybohaterów "Dnia świra" i "Psów".'
Wesołowski sam przyznaje, że poza wyśmiewaniem i wyszydzaniem takich drogich Polakom wartości jak m.in. wspomniane Powstanie, 'postępowo-europejska' strona sceny publiczno-kulturalnej nic nie zaproponowała młodemu pokoleniu, jeśli nie liczyć jedynie wyszydzających i prześmiewczych produkcji w rodzaju wspomnianych 'Psów' czy 'Dnia Świra'.
Jaki jest skutek takiej bezwartościowej, prymitywnej i płytkiej tresury, mającej na celu wyłącznie wyszydzanie i ośmieszanie? Wesołowski tak konkluduje: 'Z wielu złożonych powodów pokolenie obecnych 40-latków nie ma zaufania do poczucia wspólnoty. Wypada to uszanować, choć w swojej niechęci skłaniają się ku zarzutom chybionym, takim jak to, że poczucie wspólnoty jest koncepcją "prawicową" i że ma ścisły związek z wykluczeniem. W rzeczywistości wspólnoty degenerują się, gdy przynależność do nich staje się przedmiotem przymusu. Jego skrajnymi przykładami są, w równym stopniu, prawicowe i lewicowe reżimy totalitarne.'
O ile przyznać trzeba, że rzeczywiście jednym radykalnym marginesem stosowania w sposób ekstremalny wartości wspólnotowych mogą być takie totalitaryzmy jak faszyzm, narodowy socjalizm czy komunizm, to jednak umyka naszym tzw. lewym liberałom także drugie potencjalne ekstremum, w postaci skutków rozpadu jakichkolwiek więzi międzyludzkich i społecznych, które można obserwować np. w Somalii – państwie upadłym i zatomizowanym, w którym w miejsce wartości takich jak normalny i odpowiedzialny patriotyzm panuje anarchia i rządzą uzbrojone bandy. Zresztą wagę i potrzebę istnienia wartości przyznaje chwilę dalej nawet sam Wesołowski: 'Wspólnoty oparte na wartościach są dobre, bo konstruktywne. Te z nich, które osiągają trwałość, są ponadto źródłem stabilności, ciągłości i bezpieczeństwa.'
Ale ja chciałbym wrócić do jego wcześniejszego spostrzeżenia: 'Z wielu złożonych powodów pokolenie obecnych 40-latków nie ma zaufania do poczucia wspólnoty.' Te wiele rzekomo 'złożonych powodów' ma tak naprawdę swoje bezpośrednie źródło w niczym innym tylko konsekwentnie toczonej od końca lat osiemdziesiątych wojnie środowisk polskich 'lewicowych-liberałów' z wszelką konkurencją polityczną: począwszy od Tuska i jego nie-sławnego 'polskość to nienormalność', poprzez wielokrotnie obrzydzanie polskiego patriotyzmu jako czegoś rzekomo 'wstecznego' i 'wstydliwego', aż po wsadzanie polskich flag w psie kupy czy deklaracje w rodzaju 'Nie oddałabym ci Polsko, ani jednej kropli krwi'. Ponieważ patriotyczno-solidarnościowa część sceny politycznej była i jest przywiązana do takich słów jak 'Polska', 'ojczyzna', 'patriotyzm', czyli ogólnie do tzw. wartości, to strona przeciwna używała wszelkich środków do tych wartości ośmieszenia i obrzydzenia. Stąd dzisiejsze zdziwienie co po niektórych lewych liberałów – 'Ojej, nie mamy wartości?' Ano nie macie.
Małpia złośliwość i konsekwentne wyszydzanie wszystkiego, łącznie z tragedią w Smoleńsku, osiągnęły taki poziom natężenia zaciekłości i zacietrzewienia, że można by odnieść wrażenie, iż gdyby dziś sam Jarosław Kaczyński powiedział, że np. lubi kolor fioletowy, to natychmiast postały by analizy i dysertacje pokazujące 'obiektywnie' i 'bezstronnie' że jest to 'typowy przykład polskiej zaściankowej ksenofobii', powstałby ruch w 'przeciwko promowaniu faszyzmowi', a własciwe organy Unii Europejskiej zostałyby natychmiast powiadomione o kolejnym przypadku 'zamordyzmu polskiej prawicy'.
Jednak wszystkie te kolejne wojny i bitwy ideologiczne i kulturowe polscy tzw. lewicowi liberałowie konsekwentnie przegrywają: czy będzie to pamięć o I i II Rzeczpospolitej, Armii Krajowej, Powstaniu Warszawskim, Żołnierzach Wyklętych, tradycji jagiellońskiej czy sarmackiej, wspólnych śpiewach patriotycznych, słowach takich jak Polska, ojczyzna, patriotyzm, naród. Bo w końcu nawet politycznie poprawny KOD demonstrował nie tak dawno pod hasłami 'My Naród' i 'Polska' – nawet, jeśli robił to najprawdopodobniej ze wspomnianej zwykłej przekory.
Całe młode pokolenie po 1989 roku było poddane próbie wychowywania w 'pedagogice wstydu' i poczucia niższości wobec innych krajów zachodniej Europy przez polski tzw. Salon, czyli ludzi mocno zakompleksionych, o mentalności fornali, służących i lokajów. Jeśli kogoś oburzają te określenia, to przypomnę tylko słowa samych komunistów - którzy ukształtowali odziedziczoną w znacznej części przez III RP strukturę społeczną PRL-u - że gdyby nie komunizm, to paśli by krowy, albo kozy…
Tyle że dzisiaj 'lemingi' i 'słoiki' jak widać same zaczynają powoli rozumieć, jak bardzo ich poraniono i pokaleczono, odmawiając im naturalnego poczucia odpowiedzialności za współtworzoną wspólnotę, czyli normalnego patriotyzmu.
