Tak się czasem zdarza, że nieoczekiwanie kumulują się ważne sprawy – niemal w jednym miejscu i czasie. Coś takiego zdarzyło się w TVP w poniedziałek 21 marca.
Doprawdy był to swoisty Festiwal Prawdy. Prawdy o PRL, a więc prawdy bardzo przez wielu nie lubianej, niezależnie od tego, czy było się „dzieckiem PRL”, beneficjantem tamtego systemu czy jest się dziś „poputczikiem” dawnych towarzyszy, obecnie przebranych w garnitury liberałów, demokratów etc.
Teatr Telewizji pokazał spektakl „Czarnobyl. Cztery dni w kwietniu” Dymka, Popowskiego i Sawina. Tytuł wyjaśnia wszystko: 4 dni piekła – najpierw piekła towarzyszy z KC PZPR, którzy nie wiedzą, co robić, żeby nie narazić się Wielkiemu Bratu, a z drugiej strony jakoś zachować się wobec narodu, wobec Polaków. Oczywiście wybierają kłamstwo lub półprawdy, jak zwykle w PRL. I wtedy piekło przenosi się na społeczeństwo. Pamiętam to wszystko bardzo dobrze: zrozpaczone kobiety z małymi dziećmi szturmujące apteki po płyn Lugola (który podany po czasie pomagał tyle, co umarłemu kadzidło!).
Jeżeli gdzieś dałaby się wyrazić prawda, że komunistyczna Polska była naprawdę piekłem dla ludzi, to właśnie w takich momentach – momentach zagrożenia zbiorowego. Dla „kacyków” to zagrożenie było nieistotne bez względu na zasięg, oni najbardziej bali się zagrożenia, mogącego dla nich przyjść z Kremla. Prócz tego było jeszcze środowisko naukowców,, które w większości niestety zhańbiło się tchórzostwem i kolaboracją z władzą. I byli też ludzie mediów – osobna bajka… Wszystko razem dobrze napisane i zupełnie dobrze zagrane, a co najważniejsze – prawdziwe. I dlatego straszne. Okrutne. Porażające. Że można aż tak! Że można się załgać do szpiku kości, do dna duszy, że można mieć za nic zagrożenie dla innych, byle odbył się pochód 1-majowy, byle odbył się WyścigPokoju (Pokoju! Sic!). Spektakl miał premierę w 2010 r., ale nie bardzo pamiętam, czy rzeczywiście coś takiego miało miejsce, poza tym w 2010 r. Polacy mieli zupełnie co innego na głowach i w duszach. 2010 r. to był rok smoleński…
Niemal zaraz po wspomnianym spektaklu – zupełnie niesamowity dokument Marii Dłużewskiej „Ksiądz”. Autorka dotarła w IPN do milicyjnych nagrań filmowych dotyczących „śledztwa” w sprawie uprowadzenia i zamordowania ks. Jerzego Popiełuszki. I wykorzystała ten filmy znakomicie: wyłowienie zwłok ks. Jerzego pod Włocławkiem… Wizje lokalne z udziałem Piotrowskiego, Pękali, Chmielewskiego, przesłuchania płk Pietruszki… I w tym wszystkim postać ks. Stanisława Małkowskiego, kapelana „Solidarności”, przyjaciela ks. Jerzego, wówczas potencjalnej kolejnej ofiary SB… Jego modlitwy, jego wyznania, jego opinie nt tej koszmarnej, awciąż nie do końca wyjaśnionej zbrodni… I znów zdziwienie – że można było aż tak się spodlić, zatracić całe człowieczeństwo, stać się zimną maszyną do torturowania i zabijania… A potem Pokazanie w TVP tego filmu to tak naprawdę jedyny bardzo, bardzo wyraźny dowód tzw. Dobrej Zmiany ma Woronicza. I Palec Boży. Pomyśleć tylko, co by się stało, gdyby do tych filmów dotarli ludzie poprzedniej władzy… Nikt nigdy więcej nie zobaczyłby tych zdjęć - jak nikt nie zobaczył „wypożyczonych” przez Wałęsę (jako prezydenta) materiałów z jego SBckiej teczki. Jak nikt więcej nie widział i nie słyszał nagranych na kasetę magnetofonową wyznań Wałęsy o jego współpracy z bezpieką – kaseta trafiła w ręce Borusewicza i… ślad po niej Spektakl i film trwały razem 165 minut – najważniejsze 165 minut TVP w III RP, obok video z „narady” u Wałęsy przed obaleniem rządu Jana Olszewskiego, video wykorzystanego w filmie „Nocna zmiana”. Tak tak – dokument… Jakie to ważne…
Ale żeby nie było za radośnie, za dobrze, w ten sam poniedziałek kanał TVP Historia pokazał film dokumentalny (? – raczej propagandowy!) Ireneusza Englera „Prezydent praktyk. Rok drugi”, a w nim wspomnianego już Wałęsę jako prezydenta w 2. roku jego prezydentury. Film wazeliniarski, pokazujący Wałęsę jako błyskotliwego fightera, wizjonera, polityka który sam przeciw wszystkim… Obok oczywiście Drzycimski, obok oczywiście Wachowski, obok oczywiście ks. Cebula, „kapelan prezydenta” (hihihi!) i – jakże by inaczej: cała galeria UDecko – UWeckich wazeliniarzy i krętaczy.
Tak, to też była Polska, tyle że niby już wolna…
