Na promocję (10 marca) do siedziby Zarządu Głównego SDP przybyli licznie, na przekór Internetowi, miłośnicy książki. A właśnie promowana: „Kryptonim «Reporter»”. Wspomnienia figuranta” -   dostarcza sporo niespodziewanej satysfakcji, jest bowiem oryginalnie skonstruowana, pęcznieje od faktów, anegdot, dykteryjek, ale i… grozy, napisana ze swadą przez naszego kol. Jacka Wegnera. Przewertował on cztery opasłe teczki zdeponowane w Instytucie Pamięci Nordowej z raportami esbeków ze śledzenia  go  od 1961 r.

              Opowieść płynie kilkoma nurtami; o tych ściśle „inwigilacyjnych” pisało się często w pierwszych latach nowej niepodległości, i pisze nadal, zawsze z powagą, namaszczeniem, czasem gniewem, ponieważ działalność tajnych służb peerelowskich zachowała w zbiorowej pamięci swój autentyczny tragizm. W utworze tym, o ówczesnych zagrożeniach autor, nazwany przez polityczną tajną policję „figurantem ze sprawy o kryptonimie «Reporter»” opowiada z żartobliwym dystansem. Nie odgrywa bowiem roli głównego bohatera, natomiast daje się wodzić narratorowi, który również wypowiada się w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Ujawnia doświadczenia autora z esbecją, pisze także o jego przygodach w kraju i za granicą, zawsze z odczuciem różnych tchnień bezpieki.

Dzięki narratorowi czytelnik poznaje więc poglądy polityczne Wegnera. Były one przeciwne reżymowi polskoludowemu. I właśnie dlatego tajne służby policyjno-polityczne zajmowały się jego osobą. Ale wedle narratora nieudolnie, groteskowo, niekiedy wręcz śmieszne, np. jacyś esbeccy obserwatorzy uliczni składali raporty sygnowane, a jakże, przez oficerów (kapitana i mgr. majora): „13 października 1978 r. o godz.  14.10 Figurant wyszedł z miejsca pracy do zaparkowanego samochodu przy ul. Koszykowej w pobliżu miejsca pracy. Po wejściu do samochodu  figurant podjechał na ul. AL. Wyzwolenia przy Pl. Zbawiciela. Figurant wysiadł z samochodu i udał się do baru samoobsługowego Salus, gdzie spożył danie na gorąco”. Albo: „o godz. 12.35 Figurant wyszedł z miejsca zamieszkania, podszedł do samochodu, wyczyścił szyby, po czym wrócił do miejsca zamieszkania”.

O autorze esbecy mimo usilnych starań wiedzieli niewiele. Owszem, jego życiorys od 1961 r. mogli recytować na wyrywki, ale irytowało ich, że nie byli świadomi, co robi, kiedy znika z pola obserwacji i donosów. Bezustannie narzekali i siebie wzajemnie obwiniali, że nie mogli w środowisku jego znajomych skaperować szpiclów. Nawet podsłuch telefoniczny - pokojowego nie umieli założyć, choć chcieli – niewielkie im dawał korzyści, dowiadywali się dzięki niemu, że np. „figurant ze sprawy «Reporter« umawia się konspiracyjnie”. Lecz zabrakło im umiejętności, żeby dowiedzieć się, po co, z kim, gdzie i jak konspiracyjnie. Wyżywali się za to w zapisywaniu wymyślanych brudów i odrażających cech osobowościowych ludzi z kręgu „figuranta”. Na przykład ksiądz doktor z Rembertowa, u którego „figurant” często bywał, musiał mieć gosposię zakonnicę i utrzymywać z nią intymne stosunki, podczas gdy w rzeczywistości ta kobieta była osobą świecką. A nie zaglądając przez dziurkę od klucza do sypialni księdza i gosposi, esbecy nie byli przecież w stanie zapisać prawdy o utrzymywaniu bądź nieutrzymywaniu „intymnych stosunków”. Podobnie z jakimś trudnym do wytłumaczenia ukontentowaniem raczyli się wiadomościami, że „figurant”, był „powszechnie nielubiany”, znajomi odeń stronili, aczkolwiek gdzie indziej zanotowali, że „często długo rozmawia przez telefon i spotyka się z wieloma z osobnikami obojga płci”, których nie umieli  zidentyfikować i zwerbować, co ich niezmierne złościło. Toteż według nich „figurant” musiał być „kłótliwy, konfliktowy, megalomański, malkontencki, nieumiejący zawierać i podtrzymywać znajomości i zawsze był w tyle”. A skoro „figurant” kategorycznie odmawiał odpowiedzi na indagacje esbeków o inne osoby, to znaczy, że był tchórzem, no bo kto stróżom porządku politycznego bał się mówić wszystkiego, o co pytali…?

Przy tym jest w tej działalności esbeckiej niewytłumaczalna zagadka. Nakazywali sobie wzajemnie skompletowanie materiałów do wytoczenia procesu sądowego przeciwko „figurantowi”, pod byle pretekstem odebrania mu prawa jazdy, skompromitowanie go „w miejscu pracy” i w jego środowisku zawodowym, zastrzeżenia wyjazdów zagranicznych. I żadnej z tych planowanych restrykcji nie spełnili. Dlaczego? Jeden drugiemu wyrzucał, że nie usłuchał tych poleceń. Aż trudno uwierzyć! A jednak książka Jacka Wegnera nie zostawia tu najmniejszych wątpliwości – esbecy mimo że mordowali wiele swych ofiar, źle wykonywali podstawowe obowiązki. Natomiast perfekcyjnie posługiwali się insynuacją, potwarzą, kłamstwem, zastraszeniem, szantażem, zbrodnią.  Jaki był ich poziom umysłowy, świadczą chociażby przytoczone powyżej sprawozdania szpiclów ulicznych. Całe szczęście – niska inteligencja utajnionych pretorianów PRL uratowała tysiące Polaków od dotkliwych cierpień.

Autorowi udawało się więc, czemu SB w porę nie zdołała zapobiec, aczkolwiek zapisywała swe zamiary szkodzenia „figurantowi”, trochę jeździć po świecie, bo zdobył na początku lat siedemdziesiątych uprawnienia pilota wycieczek zagranicznych. I właśnie w drugim nurcie tej niezwykłej książki płyną wspomnienia z ekskursji po kraju i zagranicą. Tu też jest sporo sytuacyjnego humoru, gdy na przykład pilot „Jacques” (tak był nazywany przez swych podopiecznych) nie umiał francuskim turystom wytłumaczyć, dlaczego w ekskluzywnych restauracjach Warszawy, Krakowa, Wrocławia, Gdańska, Zakopanego nie było w środku lata wody mineralnej czy piwa. Albo dlaczego na głównych trasach było dużo objazdów…

Wreszcie osiemnaście dni przed stanem wojennym autor imał się taksówkarstwa. Wspomnienia z tego czasu, choć równie barwne, nie są już groteskowe, autor przyznaje się do przegranej. Boleśnie doświadczył, że w Polsce ludowej nie było miejsca dla małej przedsiębiorczości. Ze smutkiem więc konstatuje, że przez 25 lat wolnej Polski mały i średni biznes również nie rozwinął się tak, jak powinien; jest anemiczny, a przecież klasa średnia w znanych nam dziejach stanowi zawsze motor postępu kulturalnego i cywilizacyjnego.

Co więcej – autor w końcowych partiach wspomnień, ograniczonych ramami lat 1989-2014, spostrzega, że niemała część elity humanistycznej ma pokiereszowane umysły. We wstępie zaś stwierdza, że usidliły nas „cynizm rządzących, biurokracja oraz rozlana jak potop nieuczciwość i nieżyczliwość wszystkich wobec wszystkich”.  I pyta retorycznie  „jak wyzwolić się z tych okowów?”

Jest jeszcze jeden nurt narracji, zrazu niewidoczny, jakby podpowierzchniowy, natomiast aksjologicznie nader istotny - patriotyzm. Autor wszędzie tropi polskość  n i e z a w i s ł ą, a rzadko, niestety, ją odkrywa…

Anna Malinowska

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl