Studia dziennikarskie to oszustwo. Wyciąganie kasy z państwa i od studentów. Beneficjentami są dziennikarze-wykładowcy. Tylko oni mają pracę – napisał na Twitterze Jacek Naliwajek z Radia Gdańsk.
A mnie nasuwa się pytanie: kogo trzeba znać, żeby w ogóle odpowiedział, że pracy dla ciebie nie ma?
Ciężkie jest życie freelancera bez znajomości. Sprzedanie materiału graniczy dziś z cudem. Redakcje w Polsce pilnie strzegą wrót do swoich wierszówek. Byle kto tam się nie przeciśnie. Byle kto nie dowie się nawet, że nie ma na jego pracę zapotrzebowania. Ba! Nawet nie usłyszy: pocałuj mnie babo w de!
Dlaczego?
Bo strony większości mediów wyglądają dziś, jak strony CIA: dużo treści, za to kontakt do pracowników mocno ograniczony. O ile jestem w stanie pojąć politykę CIA, to w przypadku tygodnika czy codziennego portalu i gazety nie jestem w stanie tego zrozumieć. Mogłoby się wydawać, że w dziennikarstwie kontakt z człowiekiem, np. z czytelnikiem, jest kluczowy. Widać jestem w błędzie. Chyba że kontakt z czytelnikiem jest, tylko z dziennikarzem nie ma.
I tak na kilkanaście wysłanych do mediów w Polsce maili dostaję tylko dwie odpowiedzi. Odpisuje mi Sylwester Latkowski z Kulisy24.com oraz Ewa Ablewicz – Rzeczkowska z IAR. Pani Ablewicz – Rzeczkowska dzwoni nawet do mnie wyjaśniając, jak wygląda u nich sytuacja z zatrudnieniem. Pan Latkowski znajduje czas na spotkanie i rozmowę.
Reszta nie raczy zareagować wcale. W końcu modne w Polsce od lat: „skontaktujemy się tylko z wybranymi osobami” usprawiedliwia wszystko.
Zajadły dziennikarz-freelancer nie odpuszcza jednak tak łatwo. W dobie Internetu znalezienie kogoś na Facebooku nie powinno być w sumie problemem. Szczególnie, jeśli jest to redaktor naczelny konkretnego medium.
I tak na trzech redaktorów naczelnych, do których nie ma szans się dodzwonić przez telefon podany na stronie medium i „dopisać” na redakcyjnego maila - na prośbę o kontakt wysłany na  Facebooka odpisuje tylko jeden – Bartosz Węglarczyk. Dwóch pozostałych wiadomości nie widzi. Nie ma jednak powodów do zmartwień. Żyją! Regularnie publikują na łamach gazet, dla których pracują.
Żyje też pan z biura ogłoszeń i reklamy; on jeden biedny nie może zignorować telefonu. W końcu jest źródłem pieniędzy dla swojego pracodawcy. Bo jeśli to właśnie dzwoni reklamodawca? Dzwonię jednak ja, więc pan nie może mi pomóc. Nie ma żadnych telefonów do redakcji. Jak współpracuje z redakcją? Nie współpracuje.
Aha.
Pozostaje numer telefonu do kontaktu z czytelnikami. Komórkowy. Również zaklęty w sokoła. Niejaki pan Paweł, wyznaczony na stronie do tegoż kontaktu, nie odbiera telefonu i nie oddzwania.
Postawiam sprawdzić, jak to wygląda u naszych sąsiadów. Wysyłam propozycje współpracy do redakcji niemieckojęzycznych. Jeszcze tego samego dnia dostaję odpowiedź od niejakiej Pauli z taz.de. Następnego dnia odpisuje też Meike Stapf ze Spiegla, który informuje mnie, że przekazuje mojego maila do działu „Polityka”. Na przekazaną przez niego korespondencję odpisuje mi Nadja Behrens; kontaktuje się ze mną także Walter Asperl z unzensuriert.at.
Można? Można. Ale nie w Polsce. Tu pracę rzeczywiście mają chyba tylko dziennikarze wykładowcy i nieliczni wybrańcy znający kod dostępu do drzwi. Można też zadzwonić - zbyrcokiem. Na święta wielkanocne - dla owcy i barana - jak znalazł.

Iza Małkowska

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl