To prawdziwa groteska, kiedy krętaczowi wystawia świadectwo czystości znana i pogardzana w środowisku gdańskich liderów i bojowników pierwszej „Solidarności” krętaczka. Kiedy pomnik z tektury znalezionej na śmietnisku, stworzony przez Platformę Obywatelską i Donalda Tuska, ręczy za nieskazitelność i szlachetne pochodzenie pomnika skleconego z przeżartej korozją blachy. I próbuje nam wmówić, że pomnik jest z marmuru. Z taką parodią wiarygodności mamy do czynienia, gdy niejaka Henryka Krzywonos, postać tyleż odpychająca, co cyniczna tupeciara, występuje w roli autorytetu moralnego, broniącego Lecha Wałęsę. To przykre dla Lecha Wałęsy. Niewielu jest ludzi w Polsce, którzy mogliby, w jego obecnej sytuacji, bardziej mu zaszkodzić niż taka właśnie obrończyni. W jej ustach, z których leje się trucizna nienawiści do Jarosława Kaczyńskiego i PiS, powiedzenie o Lechu Wałęsie: - Jest czysty jak łza – brzmi jak oskarżenie. Pomijam już całą tandetność takiego świadectwa, nie mającego nic wspólnego z realnym ludzkim światem, nawet w przypadku osób świętych, to przecież sam Wałęsa, ma od czasu do czasu „napady szczerości” i mówi, że coś podpisał. – „Bo gdybym nie podpisał, nie byłoby zwycięstwa” – wyznał kilka dni temu podczas pobytu w Miami na Florydzie.
Oczywiście, że Krzywonos ma prawo do wypowiedzi. Szkoda tylko, że wyłącznie w oparciu o własne przemyślenia. – Mam prawo mieć na ten temat własne zdanie – mówi. Co za skromność, że nie powiedziała: Mam prawo w każdej sprawie mieć własne zdanie. Nie powiedziała, ale w praktyce tę zasadę stosuje. – Ja myślę – twierdzi – że to nie Kiszczakowa poszła do IPN. To oni przyszli do Kiszczakowej. Jej tam wcale nie brakuje pieniędzy – wyrokuje wszechwiedząca Krzywonos. I dodaje: - Oni najpierw jej kazali to zanieść, coś obiecali. A teraz postraszyli. Od jakiegoś czasu chodzi jak po narkotykach. To jest strzęp człowieka.
A jednak Krzywonos mnie rozczarowuje. Boi się postawić kropki nad i. Wszyscy przecież wiedzą, że w piwnicy swojej willi Kiszczakowa wytwarza amfetaminę. Musi od czasu do czasu wciągnąć, żeby sprawdzić, czy jej produkt ma kopa. No, nie? Więc Jarosław nie musi jej podrzucać towaru.
