„O czym tu dumać na paryskim bruku przynosząc z miasta uszy pełne huku”, martwił się Mickiewicz i wpadł na pomysł poematu o Litwie. Z dzisiejszej Warszawy też uciekłby w sielankę. Przykro znosić co się dzieje w mediach. Zderzają się sprzeczne wypowiedzi znawców i dziennikarzy a każda poparta komentarzami w internecie często wołającymi o pomstę za złą wolę, brak logiki i niski poziom obelg.
Ponoć generał Kiszczak podłożył zza grobu bombę pod gmach III Rzeczpospolitej. Jeśli to prawda, to pod odpaleniu teczki Wałęsy odpalali się następne. Legną w gruzach filary jako takiego ładu. Będziemy żyć na ruinach, nim zbudujemy coś solidniejszego i utworzą się nowe autorytety. Bez nich nie może istnieć społeczeństwo. Komuś musimy ufać, nikt nie zna się na wszystkim. Zwłaszcza, gdy nasza okolica znów stała się niebezpieczna.
Dlatego nie cieszy mnie ta heca wokół Wałęsy, że oto runęło kłamstwo i runą następne, fałszywe idole. Traktuję to jako sprzątanie mieszkania. Czynność konieczna ale przykra, dlatego wynajmuję pana Andrzeja do porządków. Co nasuwa mi pytanie czy i kiedy inny pan Andrzej posprząta po swym filmie o Wałęsie. Na kolejną „wersję reżyserską” już za późno, więc przydałoby się jakieś oświadczenie publiczne. Na oświadczenie scenarzysty Janusza Głowackiego nie liczę. A przecież ten ich film miał być pomocą dla młodzieży na lekcjach historii w szkołach!
Lepszy, prawdziwszy film o Wałęsie raczej nie powstanie. Ale można nakręcić fabułę o Kiszczaku. Sterował „polską transformacją”. Dlatego musiał cieszyć się uhonorowaniem Wałęsy przez Stany Zjednoczone mową na połączonym posiedzeniu obu izb Kongresu. Trudno o lepsze referencje na powrót Polski do Zachodu, lecz na esbeckich warunkach. Oberubek to bardzo interesujący bohater naszych czasów. Powiadają, że był czarujący w obejściu. Trzymał rozmówców w żelaznym uścisku a uwodził kulturą osobistą.
Za moim oknem mieszkał ludożerca. Nie rzucił mi się w oczy ani do gardła. Wiemy już z mediów, że to kulturalny młody człowiek z prokuratorskiej rodziny, nawet stażysta w czołowym tygodniku opinii III Rzeczpospolitej. Ofiara także nie byle jaka, mogłaby być z warszawskiego towarzystwa, lektorka języka włoskiego, una bella donna. A ubogacona nowym obyczajem multi-kulti odciętą głową.
Z Nowego Jorku przywiozłem głowę Buddy. Tani posążek za 20 dolarów, nowy, jednak z obłażącą tu i ówdzie farbą. To nie jest niechlujstwo wytwórcy a najważniejszy przekaz nauki Mistrza. Nietrwałość. Nietrwałość wszystkich rzeczy. Także jego nauki. Buddyści zachęcają, ażeby samemu sprawdzać, czy Mistrz miał rację. Jeżeli twe doświadczenie nie potwierdza, to odrzuć naukę Mistrza. Na stole położyłem książkę „The Meditative Mind” Daniela Golemana o sposobach medytacji w różnych religiach. Raczej dla przestrogi, bo nie wiem, czy się zdobędę na żmudną praktykę oczyszczania umysłu z różnego śmiecia, jakie dmucha mi w głowę wiatr historii.
W Metropolitan Museum of Art znajduje się mnóstwo posągów Buddy i jego uczniów. Niektóre piękne. Ale największe wrażenie robi, gdzie Mistrz naturalnego wzrostu siedzi w pozycji lotosu, brakuje mu przedramion, nogi także niepełne i widać, że posąg pusty w środku, z zewnątrz obłazi kilkubarwna patyna. Nie, to nie sprawka kanibala. Tak wyraża się istota buddyzmu, dlatego muzeum wyeksponowało posąg z rewerencją. Nietrwałość. Świat jako przelotne złudzenie umysłu. Co za ulga!
O czym tu dumać na warszawskim bruku? O tym, kto będzie nas obgryzał z kolejnych złudzeń aż zostanie pustka.
