„Szafa Kiszczaka” to najnowsza nasza szajba polityczno - medialna. Szajba odbijająca tak mocno, że nawet rozsądni ludzie zdają się jej ulegać. Opowieść pod tytułem „Przychodzi wdowa do IPN” (skojarzenia mile widziane!) nasuwa niemal wyłącznie wątpliwości, którymi spróbuję się podzielić.
Pierwsza – to ta, że Kiszczak nie był idiotą i chyba żony idiotki by sobie nie wybrał. Niektórzy komentatorzy zwracają uwagę, że Maria Kiszczak to już wiekowa pani i mogło jej się to i owo… hmmm… no, wiadomo… Ale mając w ręku materiały o TW „Bolek” iść z tym do IPN prosząc o 90 tysięcy?! Toż jak by poszła do samego zainteresowanego, czyli Wałęsy, dostałaby na pewno 10 razy więcej! I wtedy Wałęsa wygrałby każdy proces z „oszczercami”. No, chyba żeby coś się w archiwach Łubianki znalazło… Ale zawsze jeden dokument mniej!
Idźmy dalej. Jak podano – dokumenty, które sobie „sprywatyzował” Kiszczak, przechowywane były „w kartonowych pudłach”. Bardzo ciekawe… Szczury mogły zjeść… Proszę przypomnieć sobie świetny serial „Oficerowie” wg scenariusza Wojciecha Tomczyka – tam inspektor Kondeja swoje „PiZetJu” trzymał w opancerzonym sejfie, do tego sejfie starannie ukrytym. W innym filmie o podobnych motywach – w „Uwikłaniu” – teczki trzymane były w specjalnych szafach w dobrze zakonspirowanej willi. A w mieszkaniu Kiszczaka były w kartonowych pudłach?! Chyba głównego „człowieka honoru” też na stare lata skleroza rąbała… Albo… Albo…
I dalej. Jakie to dokumenty pani Maria Kiszczak chciała sprzedać IPN-owi (choć nie były, dalibóg, jej własnością!)? Zapewne „haki” na opozycję solidarnościową. To Kiszczak trzymał z lubością – to dawało jemu i jego komilitonom z byłej SB możliwość trzymania krótko „przy pysku” tych, co to by mogli „chojraczyć”, domagając się np. pełnej lustracji i dekomunizacji. Owszem, interesujące, ale w części już dobrze znane dzięki ludziom pokroju Macierewicza, Olszewskiego, Naimskiego czy Wojciechowskiego (Piotra). Dzięki Kurskiemu i jego „Nocnej zmianie”. Dzięki Piotrowi Wierzbickiemu, który „listę Macierewicza” z r. 1992 opublikował w swojej wówczas „Gazecie Polskiej”. Jasne, że dobrze będzie dowiedzieć się, kto jeszcze z ludzi „opozycji demokratycznej” prostytuował się jako TW, donosząc na kolegów.
Jest jednak sprawa ważniejsza, a w każdym razie co najmniej równie ważna.
Mam na myśli materiały SB dotyczące zwalczania opozycji po roku 1980, materiały na temat działań przeciw bł. ks. Popiełuszce, ks. Zychowi, ks. Suchowolcowi, mam wreszcie na myśli tzw. „listę 100” – wykaz ok. 100 niewyjaśnionych morderstw politycznych, popełnionych w okresie stanu wojennego i po nim. Tą „listą 100” miała zajmować się w 1990 r. specjalnie powołana komisja Rokity, ale nic z tego nie wyszło. I to jest właśnie bardzo, ale to bardzo interesujące: kto wydawał rozkazy? Kto je wykonywał? Kto zlecił morderstwo ks. Jerzego, kto chciał zamordować ks. Stanisława Małkowskiego i pozostałych księży? Jak to było z młodym Bartoszcze, którego znaleziono z głową w studzience kanalizacyjnej? Dopóki tego nie będziemy wiedzieć, mit „ludzi honoru” oraz sprawa „nieznanych sprawców” będą jak zadry ropieć i jątrzyć.
Ale tego z pewnością w „szafie Kiszczaka”, a właściwie w „kartonach Kiszczaka” nie znajdziemy. To spłonęło dawno lub wylądowało gdzieś w Moskwie. Bo takie materiały nie mogą nigdy wpaść w niepowołane ręce – to święta zasada wszelkich służb, a tych totalitarnych na pewno.
Niech więc się gawiedź cieszy, że „szafa Kiszczaka” zostanie ujawniona. Niczego „elektrycznego” tam z pewnością nie będzie. Ot, kilka jeszcze „autorytetów moralnych” legnie w gruzach. A prawda? Ta najważniejsza „prawda prawdziwa”, czym naprawdę był PRL?
Może kiedyś…
Ale nie teraz, kiedy to „przyszła wdowa do IPN”.
